Mierzenie świętości

Napisałam jeszcze raz, trochę inaczej, trochę spokojniej…

http://gosc.pl/doc/3434880.Mierzenie-swietosci-Matki-Teresy

 

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Nie taka święta (błogosławiona) jak….

Tekst ten napisałam kilka lat temu. Wtedy Matka Teresa była błogosławioną. Dziś jest już w gronie świętych, ale jak widać wciąż problemem dla niektórych  jest jej dobroć, którą starają się umniejszyć. Czyżby przez własne kompleksy?
Poniżej to, co działo się jakiś czas temu.

Nie taka błogosławiona, jak ją malują

Dostało się błogosławionej Matce Teresie. Nie była wcale taka święta, jak by się wydawało. Nie używała jednorazowych igieł, nie podawała środków p/bólowych, nie wykorzystała zgromadzonych środków finansowych na pomoc chorym, leczyła się tam, gdzie nie powinna. Czy coś przeoczyłam? Na pewno. Coś się jeszcze znajdzie, żeby powiększyć liczbę zarzutów i dać szansę tym, którzy łakną takich sensacji żeby móc ujadać i wyciągać „naukowe” wnioski z tego, co się nazywa odruchem serca i naukowo ani zbadać, ani tym bardziej udowodnić po prostu się nie da.

Ja, podobnie jak naukowcy badający życie i działalność bł. Matki Teresy, pisząc te słowa siedzę wygodnie w ciepłym domu, z laptopem (wcale przecież nie tanim) na kolanach,
we względnym poczuciu bezpieczeństwa, z pełnym żołądkiem (czasem pustym na własne żądanie). Jestem w miarę zdrowa, ale gotowa na to, żeby nawet z pominięciem NFZ-u podjąć leczenie w gabinetach prywatnych i tak myślę sobie, że gdybym tylko chciała,
to też mogłabym być dobra. Może nawet święta. Z naciskiem, na „gdybym chciała”.

A jej się chciało. Podjęła się pracy na rzecz najbiedniejszych z biednych, mieszkających
w dzielnicach nędzy, w warunkach wręcz dla nas niewyobrażalnych. Poświęciła się dla ludzi odrzuconych, skazanych na samotność w cierpieniu i umieraniu. Podjęła się tego trudu, ucząc się jednocześnie dzień po dniu jak robić to najlepiej. Zaczynając nie miała środków finansowych i wsparcia możnych tego świata. Na przychylność zasłużyła sobie dużo później. Ale ta przychylność, to było raczej tylko przekazanie datków z tego,
co zbywało. To nie było pochylenie się nad problemem.

Zarzuca się jej dzisiaj, że nie leczyła, nie uzdrawiała, nie starała się rozwiązać problemu biedy jako takiego, lecz ograniczała się do tego, by utrzymać ludzi przy życiu. Przecież mogła, skoro faktycznie była święta. Mogła dać więcej, poświęcić się jeszcze bardziej.
Może i mogła. Ale nikt z nas nie może samotnie uzdrowić świata z wszystkich jego problemów. Nawet jeśliby nie wiem jak się starał.
Ona pochyliła się nad tym, w czym dostrzegała największy dramat ludzkości – na problem odrzucenia, nazwany przez nią biedą odrzucenia.
Głodni, nadzy, bezdomni, sparaliżowani, ślepi, trędowaci, wszyscy ci ludzie w całym społeczeństwie czują się niechciani, niekochani i zaniedbani. Ludzie ci stali się ciężarem dla wszystkich i są przez wszystkich unikani” (bł. Matka Teresa).
I to do nich wyszła z pomocą. Do brudnych, głodnych, umierających i przede wszystkim samotnych w tym cierpieniu. Dała im poczucie godności, łóżko, dach nad głową, jedzenie. Dała to, czego społeczeństwo hinduskie dać nie umie – towarzyszenie w cierpieniu

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Jak rodzi się tradycja?

http://theofeel.pl/index.php/tekst/opinie/57-opinie/3999-2016-08-26-01

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

I nic już nie zamknie mi ust….

Z moich doświadczeń:

http://theofeel.pl/index.php/tekst/opinie/57-opinie/3993-2016-08-19-01

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Życie uśmiecha się do uśmiechniętych

Dzisiejszy THEOFEEL:

http://theofeel.pl/index.php/tekst/opinie/57-opinie/3794-2016-07-22-01

 

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Marta i Adwent

Maria i Marta.
Trudno powiedzieć, żeby jedna starała się bardziej, a druga mniej.
A jednak obie zupełnie inaczej. Obydwie wpatrzone w swojego Gościa,
choć każda z nich postrzegała tę gościnę po swojemu.
Dzisiejsza Ewangelia niespodziewanie przeniosła mnie w czas Adwentu.
Czasu, kiedy czekając na święta robimy wiele, a trzeba tak mało.
Kiedy wokół nas jest ogrom krzątaniny, zabiegania, zakupów, sprzątania,
dekorowania, gotowania i nie ma chwili, żeby usiąść.
I kiedy tak łatwo poddajemy się temu.
Kiedy tak łatwo, nawet mimo wcześniejszych postanowień stać się Martą.
Kiedy tak łatwo zagubić istotę i skupić się na otoczce, a nie na sednie.
Nawet, kiedy tego nie planujemy. Nawet, jeśli nie chcemy.
Piszę to, żebym nie zapomniała o proporcjach, żebym również za kilka miesięcy
potrafiła obrać najlepszą cząstkę.

 

 

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Tak po prostu

„Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w Królestwie niebieskim”

Niby proste, a jednak….
Dzisiaj widziałam scenę, która rozjaśniła moje myśli i ich ciemności.
Bohaterkami były mama i jej córeczka – taka mniej więcej czteroletnia, a sama akcja rozegrała się podczas Eucharystii.
Mama siedziała w ławce, natomiast jej pociecha bardzo „aktywnie” uczestniczyła we mszy. Zwiedzała, oglądała i poznawała nowe osoby. Jednak co pewien czas wracała do ławki
po to, żeby usiąść obok mamy, żeby objąć ją i mocno ucałować. Za co? Za nic albo za wszystko. Tak bez konkretnego powodu, po prostu. Z miłości. Tę miłość widać było w jej gestach i na uśmiechniętej buźce.
Przyglądając się całej sytuacji pomyślałam, że to dziecko właśnie uczy mnie wdzięczności
i dziękczynienia.
Żyję własnym życiem, zwiedzam, poznaję, oglądam, uczę się, zdobywam. Ale raz na jakiś czas powinnam podejść, usiąść obok i podziękować. Za wszystko i za nic, tak po prostu. Moim rodzicom i Bogu.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach?

Kiedy kilka lat temu stan zdrowia mojej siostry (sister, z dedykacją dla Ciebie ;)) postawił nas w stan pełnej gotowości odkryłam, że myślenie jest moją pasją. Lubię myśleć i lubię robić to świadomie. Wtedy, kiedy ważyły się losy zdrowia, sprawności i życia mojej kochanej Asi, działałam jak automat. Każda myśl związana była bezpośrednio lub pośrednio z nią. Rejestrowałam, analizowałam, przetwarzałam, ustalałam, planowałam
i działałam. Owszem, myślałam ale po pierwsze właściwie tylko zadaniowo, a po drugie
na pewne myśli po prostu sobie nie pozwalałam. Bo jak mogłam pozwolić na to,
by pojawiał się w nich strach? Jak mogłam myśleć, że coś pójdzie nie tak, że się nie uda? Nie mogłam. Takie myślenie odebrałoby mi siłę i nadzieję. Być może, a może na pewno odebrałoby je również innym. Zamknęłam się na nie ale ono nie odpuszczało.
To była walka, w której mobilizowałam wszystkie siły. I kiedy mogłam już odrobinę, odrobinkę odpuścić, kiedy pewien etap mieliśmy za sobą, a pacjentka była w dobrych rękach, ze sprawdzonymi przez nas odruchami, z nadzieją przekazaną przez lekarzy
i pod czułym okiem mamy, odpuściłam.
Pamiętam, jak położyłam się na kanapie, odłączyłam się od jakichkolwiek bodźców zewnętrznych i pozwoliłam sobie na to, żeby świadomie pomyśleć. Zebrać myśli, uporządkować je, pozwolić im płynąć. Daleka byłam jeszcze od delektowania się tą chwilą
i pamiętam jak bardzo tęskniłam za ładem w mojej głowie. A może w sercu? Chyba właśnie wtedy odkryłam, że myśli nie płyną tylko z głowy, ale właśnie z serca.

Jest taki fragment w dzisiejszej ewangelii (Mt 9,1-8) w którym Jezus po uzdrowieniu paralityka zauważa, że złe myśli nurtują w sercach niektórych uczonych. Zastanowiło
mnie to. Dlaczego nie powiedział, że w ich głowach? Przecież to rozumowi przypisane
jest myślenie.
Jest najwyraźniej wiele prawdy w tym, że to jednak serce jest miejscem naszych najgłębszych rozważań, najprawdziwszych myśli i wiernych postanowień. Tym naszym sekretnym (jednak nie dla Niego) miejscem, w którym rozkwitają, rozwijają się nasze zadumania, przemyślenia. Serce jest tym centrum, w którym świadomie możemy
je rozwijać, pielęgnować, udoskonalać, kontrolować, ukierunkowywać. I jednocześnie dokonywać selekcji lub naprawy tych złych.
Uwielbiam ten stan, te chwile, te myśli, które wypływają z serca. Lubię z nimi być, dać im
i sobie czas na wspólne falowanie, unoszenie się, odkrywanie, dojrzewanie. Cieszy mnie
i uspokaja przyglądanie się im w ciszy i spokoju, poznawanie ich ładunku emocjonalnego, wyciszanie tych gorszych i wzmacnianie lepszych. Właściwe ich rozpoznanie daje mi szansę na zmianę, na to by nawet te słabsze lub złe stały się budujące i odważne.
Lubię również dzielenie się nimi, takimi już uporządkowanymi – myślami „przemyślanymi”.
Tak, zdecydowanie lubię  sobie pobyć sam na sam z moimi myślami, z moim sercem.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Ty jesteś…

Coraz więcej we mnie pokory. Tak bardzo się z tego cieszę! O ileż łatwiej żyć, kiedy
nie walczy się z wiatrakami, nie płynie pod prąd.
Nie, to nie jest tak, że położyłam się na wodzie i poddaję się nurtowi. Wciąż macham rękoma i to niestety niezupełnie równo. Dalej znosi mnie na różne strony i ląduję
w nieoczekiwanych miejscach. Ale już wiem, że to nie jest dobry sposób na życie,
bo niesamowicie bolą mięśnie i nie ma przyjemności z pływania.
Uczę się więc poddawać biegowi zdarzeń i … nadal ląduję nie zawsze tam, gdzie chciałam, ale przynajmniej nie czuję już tego spięcia spowodowanego forsowaniem pewnych pomysłów, własnych wizji. Poddaję się Jego woli, Jego planom, Jego proszę
o prowadzenie. I tak jest lepiej. Jak widać ten krzyż, który wziął na siebie, to nie tylko moje grzechy, ale również moje codzienne zmagania. Teraz, gdy potrafię już powiedzieć
„Ty się tym zajmij, Tobie oddaję moje smutki, Ty wyznaczaj mi cele i prowadź tam,
gdzie chcesz mnie widzieć” jest dużo, dużo łatwiej. Nie uwierzyłabym, gdybym sama tego nie odczuła.
I co prawda, trudno powiedzieć, że z takim podejściem, z takim zawierzeniem życie nagle staje się łatwiejsze i wszystko się układa. Ale wiem, że po prostu żyje się łatwiej. Mimo burz, sztormów, dołków. Mimo wszystko. Problemy nie znikają, nie pojawiają sie intratne propozycje ale ja jestem inna. Inaczej czuję, czekam, reaguję. Zmienia się percepcja. Pojawia się pokora, która daje spokój i wewnętrzną siłę.
Jest jednak coś, co nie daje mi spokoju. Coś, czego jeszcze nie mogę odnaleźć.
Jest to droga.
Kiedy mówię „Tobie powierzam mą drogę”, to jednocześnie proszę „Daj mi ją poznać. Daj mi odnaleźć tę drogę, którą dla mnie i tylko dla mnie przygotowałeś”.

Dzisiejsza ewangelia (Mt 16,13-19), to zasadnicze pytania: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? […] A wy za kogo mnie uważacie?”. Wiele razy słyszałam interpretacje tego fragmentu. Byłam skłaniana do zastanowienia się nad tym, co ja odpowiedziałabym, jakimi słowami określiłabym Jezusa, kim dla mnie jest? Dzisiaj natomiast uderzyło mnie coś zupełnie innego. To Jezus mówi Piotrowi za kogo go uważa: „Ty jesteś Piotr…” I dalej pokazuje mu swój plan wobec niego, to kim będzie, jaka będzie jego rola, jaką władzę posiądzie.
Ja też chciałabym usłyszeć podobne słowa: „Ty jesteś Dorota i mam wobec ciebie plan. Zobacz, pójdziesz tędy, zrobisz to…”
Wiem, że Bóg mówi mi to każdego dnia i prowadzi mnie tam, gdzie chce, żebym dotarła, ale wciąż wydaje mi się, że niezbyt dokładnie umyłam uszy. A może zbyt wielki szum robię wokół siebie i zagłuszam to co ważne?
Co mam zrobić? Nie chcę napinać mięśni i bezładnie machać rękoma. Chcę płynąć tam, gdzie powinnam dopłynąć. Chcę w sobie utrzymać ten spokój, który już powolutku się pojawia.
I dlatego też tak bardzo chcę usłyszeć.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

W środku tygodnia NIEDZIELA

Wstałam, zjadłam spokojne śniadanie. Bez pośpiechu, bez „muszę”, bez „czas goni”. Odeszłam od stołu i poczułam, że chcę wrócić. Poczułam, że potrzebuję wydłużenia tego momentu „dolce far niente”, tej chwili lenistwa, kiedy czas zwalnia a ja celebruję każdą minutę. Zamarzyła mi się kawa i spokój.
Postawiłam na stole małą filiżankę i małe ciasteczko (którego zresztą, zgodnie
z wcześniejszym postanowieniem miało już nie być) i zaczęłam spowalnianie życia. Cudownie! Ale mimo wszystko niełatwo. Mała kawa zbyt szybko kończy się i pojawia się obawa, że za moment znowu zacznę pędzić przez życie. Zmniejszam więc każdy łyk. Pojawiają się łyczki, umoczenie ust, powolne ruchy ręki unoszącej filiżankę do ust i myśl, żeby cieszyć się tą chwilą jak najdłużej. Muszę się jednak pilnować, nie umiem tak wolno…

Ostatni tydzień to był niewyobrażalny maraton. Dużo pracy, dużo nerwowości i duża presja. W ciągu wyjazdowych siedmiu dni przepracowałam ponad dziewięćdziesiąt godzin, mentalnie nie kończąc tej pracy nawet podczas krótkich chwil odpoczynku. I kiedy wróciłam do domu, żyłam tak jak w ciągu ostatniego tygodnia – szybko. Tyle jest przecież rzeczy do zrobienia, zadań, wyzwań, planów a czas goni.
Czas ucieka. To stwierdzenie jakoś tak mocno mnie przyśpiesza.  Żyję coraz szybciej, zostawiając obok siebie rzeczy na później, a za sobą to, czego już nie zdążę. I poddaję się temu trendowi niemal nieświadomie. A przecież tak nie chcę. Chcę mieć czas na życie.
Na małe łyki życia, na celebrowanie piękna, na chwile, których nie chcę przegapić, na cieszenie się bliskością osób ważnych, na spełnianie marzeń i na myślenie. I na pisanie.

Czasem myślę sobie, że traktujemy życie jak maraton. Start, bieg, określony dystans i jasno określony cel. Biegnąc jedni obok drugich, przyspieszając na każdej prostej, kiedy tylko ktoś próbuje nas wyprzedzić stawiamy sobie coraz większe wymagania. Staramy się przechytrzyć swój organizm przekonując go, że nie potrzebuje snu i odpoczynku. Obiecując mu, że na mecie, że później… I tak biegnąc zupełnie nie zauważamy, że wokół jest tyle piękna, które da nam radość być może większą niż wymarzony czas w maratonie. I często przebiegamy swój dystans za szybko. Przecież Bóg dał nam określony czas. Nie kazał nam przeżyć wszystkiego w kilka chwil. Wprost przeciwnie – dał nam czas na pracę i na odpoczynek, dał nam zadania do wykonania, ale dał też i piękno, którym trzeba się zachwycić i dał nam wzór – swojego syna. Jezus nigdzie się nie śpieszył. Nie uzdrawiał,
nie wskrzeszał i nie wypędzał złych duchów na akord. Nie zaczął tego wszystkiego robić więcej i szybciej, kiedy zbliżał się Jego czas.
Nie chcę tu powiedzieć, że myślę tylko o odpoczynku, odrzucając celowość pracy
i stawiania sobie wymagań. Ale chcę sobie samej przypomnieć, że tydzień składa się
z siedmiu dni, a jednym z nich jest niedziela. I kiedy z różnych przyczyn jest ona dniem pracy, to trzeba zrobić sobie niedzielę w środku tygodnia. Trzeba usiąść, zamyślić się
i przede wszystkim zwolnić. Trzeba zadbać o siebie. O swój spokój, pozbieranie myśli, ukojenie, zwykły ludzki odpoczynek i zregenerowanie sił. Bez tego nie da się naprawdę żyć, jednocześnie ciesząc się tym życiem. Przypomniało mio tym wczoraj moje serce.
Dzisiaj więc jest moja niedziela. Tak postanowiłam. Amen

P.s.
Kawa już wystygła, więc jednak się da. Spokojnie dopiję tych kilka zimnych łyków.
A później wezmę rower i zobaczę, co słychać w przyrodzie. A jeszcze później? Nie wiem. Spowolniłam swoje myślenie i … dzięki temu, pomyślę o tym później.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj