Życie uśmiecha się do uśmiechniętych

Dzisiejszy THEOFEEL:

http://theofeel.pl/index.php/tekst/opinie/57-opinie/3794-2016-07-22-01

 

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Marta i Adwent

Maria i Marta.
Trudno powiedzieć, żeby jedna starała się bardziej, a druga mniej.
A jednak obie zupełnie inaczej. Obydwie wpatrzone w swojego Gościa,
choć każda z nich postrzegała tę gościnę po swojemu.
Dzisiejsza Ewangelia niespodziewanie przeniosła mnie w czas Adwentu.
Czasu, kiedy czekając na święta robimy wiele, a trzeba tak mało.
Kiedy wokół nas jest ogrom krzątaniny, zabiegania, zakupów, sprzątania,
dekorowania, gotowania i nie ma chwili, żeby usiąść.
I kiedy tak łatwo poddajemy się temu.
Kiedy tak łatwo, nawet mimo wcześniejszych postanowień stać się Martą.
Kiedy tak łatwo zagubić istotę i skupić się na otoczce, a nie na sednie.
Nawet, kiedy tego nie planujemy. Nawet, jeśli nie chcemy.
Piszę to, żebym nie zapomniała o proporcjach, żebym również za kilka miesięcy
potrafiła obrać najlepszą cząstkę.

 

 

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Tak po prostu

„Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w Królestwie niebieskim”

Niby proste, a jednak….
Dzisiaj widziałam scenę, która rozjaśniła moje myśli i ich ciemności.
Bohaterkami były mama i jej córeczka – taka mniej więcej czteroletnia, a sama akcja rozegrała się podczas Eucharystii.
Mama siedziała w ławce, natomiast jej pociecha bardzo „aktywnie” uczestniczyła we mszy. Zwiedzała, oglądała i poznawała nowe osoby. Jednak co pewien czas wracała do ławki
po to, żeby usiąść obok mamy, żeby objąć ją i mocno ucałować. Za co? Za nic albo za wszystko. Tak bez konkretnego powodu, po prostu. Z miłości. Tę miłość widać było w jej gestach i na uśmiechniętej buźce.
Przyglądając się całej sytuacji pomyślałam, że to dziecko właśnie uczy mnie wdzięczności
i dziękczynienia.
Żyję własnym życiem, zwiedzam, poznaję, oglądam, uczę się, zdobywam. Ale raz na jakiś czas powinnam podejść, usiąść obok i podziękować. Za wszystko i za nic, tak po prostu. Moim rodzicom i Bogu.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach?

Kiedy kilka lat temu stan zdrowia mojej siostry (sister, z dedykacją dla Ciebie ;)) postawił nas w stan pełnej gotowości odkryłam, że myślenie jest moją pasją. Lubię myśleć i lubię robić to świadomie. Wtedy, kiedy ważyły się losy zdrowia, sprawności i życia mojej kochanej Asi, działałam jak automat. Każda myśl związana była bezpośrednio lub pośrednio z nią. Rejestrowałam, analizowałam, przetwarzałam, ustalałam, planowałam
i działałam. Owszem, myślałam ale po pierwsze właściwie tylko zadaniowo, a po drugie
na pewne myśli po prostu sobie nie pozwalałam. Bo jak mogłam pozwolić na to,
by pojawiał się w nich strach? Jak mogłam myśleć, że coś pójdzie nie tak, że się nie uda? Nie mogłam. Takie myślenie odebrałoby mi siłę i nadzieję. Być może, a może na pewno odebrałoby je również innym. Zamknęłam się na nie ale ono nie odpuszczało.
To była walka, w której mobilizowałam wszystkie siły. I kiedy mogłam już odrobinę, odrobinkę odpuścić, kiedy pewien etap mieliśmy za sobą, a pacjentka była w dobrych rękach, ze sprawdzonymi przez nas odruchami, z nadzieją przekazaną przez lekarzy
i pod czułym okiem mamy, odpuściłam.
Pamiętam, jak położyłam się na kanapie, odłączyłam się od jakichkolwiek bodźców zewnętrznych i pozwoliłam sobie na to, żeby świadomie pomyśleć. Zebrać myśli, uporządkować je, pozwolić im płynąć. Daleka byłam jeszcze od delektowania się tą chwilą
i pamiętam jak bardzo tęskniłam za ładem w mojej głowie. A może w sercu? Chyba właśnie wtedy odkryłam, że myśli nie płyną tylko z głowy, ale właśnie z serca.

Jest taki fragment w dzisiejszej ewangelii (Mt 9,1-8) w którym Jezus po uzdrowieniu paralityka zauważa, że złe myśli nurtują w sercach niektórych uczonych. Zastanowiło
mnie to. Dlaczego nie powiedział, że w ich głowach? Przecież to rozumowi przypisane
jest myślenie.
Jest najwyraźniej wiele prawdy w tym, że to jednak serce jest miejscem naszych najgłębszych rozważań, najprawdziwszych myśli i wiernych postanowień. Tym naszym sekretnym (jednak nie dla Niego) miejscem, w którym rozkwitają, rozwijają się nasze zadumania, przemyślenia. Serce jest tym centrum, w którym świadomie możemy
je rozwijać, pielęgnować, udoskonalać, kontrolować, ukierunkowywać. I jednocześnie dokonywać selekcji lub naprawy tych złych.
Uwielbiam ten stan, te chwile, te myśli, które wypływają z serca. Lubię z nimi być, dać im
i sobie czas na wspólne falowanie, unoszenie się, odkrywanie, dojrzewanie. Cieszy mnie
i uspokaja przyglądanie się im w ciszy i spokoju, poznawanie ich ładunku emocjonalnego, wyciszanie tych gorszych i wzmacnianie lepszych. Właściwe ich rozpoznanie daje mi szansę na zmianę, na to by nawet te słabsze lub złe stały się budujące i odważne.
Lubię również dzielenie się nimi, takimi już uporządkowanymi – myślami „przemyślanymi”.
Tak, zdecydowanie lubię  sobie pobyć sam na sam z moimi myślami, z moim sercem.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Ty jesteś…

Coraz więcej we mnie pokory. Tak bardzo się z tego cieszę! O ileż łatwiej żyć, kiedy
nie walczy się z wiatrakami, nie płynie pod prąd.
Nie, to nie jest tak, że położyłam się na wodzie i poddaję się nurtowi. Wciąż macham rękoma i to niestety niezupełnie równo. Dalej znosi mnie na różne strony i ląduję
w nieoczekiwanych miejscach. Ale już wiem, że to nie jest dobry sposób na życie,
bo niesamowicie bolą mięśnie i nie ma przyjemności z pływania.
Uczę się więc poddawać biegowi zdarzeń i … nadal ląduję nie zawsze tam, gdzie chciałam, ale przynajmniej nie czuję już tego spięcia spowodowanego forsowaniem pewnych pomysłów, własnych wizji. Poddaję się Jego woli, Jego planom, Jego proszę
o prowadzenie. I tak jest lepiej. Jak widać ten krzyż, który wziął na siebie, to nie tylko moje grzechy, ale również moje codzienne zmagania. Teraz, gdy potrafię już powiedzieć
„Ty się tym zajmij, Tobie oddaję moje smutki, Ty wyznaczaj mi cele i prowadź tam,
gdzie chcesz mnie widzieć” jest dużo, dużo łatwiej. Nie uwierzyłabym, gdybym sama tego nie odczuła.
I co prawda, trudno powiedzieć, że z takim podejściem, z takim zawierzeniem życie nagle staje się łatwiejsze i wszystko się układa. Ale wiem, że po prostu żyje się łatwiej. Mimo burz, sztormów, dołków. Mimo wszystko. Problemy nie znikają, nie pojawiają sie intratne propozycje ale ja jestem inna. Inaczej czuję, czekam, reaguję. Zmienia się percepcja. Pojawia się pokora, która daje spokój i wewnętrzną siłę.
Jest jednak coś, co nie daje mi spokoju. Coś, czego jeszcze nie mogę odnaleźć.
Jest to droga.
Kiedy mówię „Tobie powierzam mą drogę”, to jednocześnie proszę „Daj mi ją poznać. Daj mi odnaleźć tę drogę, którą dla mnie i tylko dla mnie przygotowałeś”.

Dzisiejsza ewangelia (Mt 16,13-19), to zasadnicze pytania: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? […] A wy za kogo mnie uważacie?”. Wiele razy słyszałam interpretacje tego fragmentu. Byłam skłaniana do zastanowienia się nad tym, co ja odpowiedziałabym, jakimi słowami określiłabym Jezusa, kim dla mnie jest? Dzisiaj natomiast uderzyło mnie coś zupełnie innego. To Jezus mówi Piotrowi za kogo go uważa: „Ty jesteś Piotr…” I dalej pokazuje mu swój plan wobec niego, to kim będzie, jaka będzie jego rola, jaką władzę posiądzie.
Ja też chciałabym usłyszeć podobne słowa: „Ty jesteś Dorota i mam wobec ciebie plan. Zobacz, pójdziesz tędy, zrobisz to…”
Wiem, że Bóg mówi mi to każdego dnia i prowadzi mnie tam, gdzie chce, żebym dotarła, ale wciąż wydaje mi się, że niezbyt dokładnie umyłam uszy. A może zbyt wielki szum robię wokół siebie i zagłuszam to co ważne?
Co mam zrobić? Nie chcę napinać mięśni i bezładnie machać rękoma. Chcę płynąć tam, gdzie powinnam dopłynąć. Chcę w sobie utrzymać ten spokój, który już powolutku się pojawia.
I dlatego też tak bardzo chcę usłyszeć.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

W środku tygodnia NIEDZIELA

Wstałam, zjadłam spokojne śniadanie. Bez pośpiechu, bez „muszę”, bez „czas goni”. Odeszłam od stołu i poczułam, że chcę wrócić. Poczułam, że potrzebuję wydłużenia tego momentu „dolce far niente”, tej chwili lenistwa, kiedy czas zwalnia a ja celebruję każdą minutę. Zamarzyła mi się kawa i spokój.
Postawiłam na stole małą filiżankę i małe ciasteczko (którego zresztą, zgodnie
z wcześniejszym postanowieniem miało już nie być) i zaczęłam spowalnianie życia. Cudownie! Ale mimo wszystko niełatwo. Mała kawa zbyt szybko kończy się i pojawia się obawa, że za moment znowu zacznę pędzić przez życie. Zmniejszam więc każdy łyk. Pojawiają się łyczki, umoczenie ust, powolne ruchy ręki unoszącej filiżankę do ust i myśl, żeby cieszyć się tą chwilą jak najdłużej. Muszę się jednak pilnować, nie umiem tak wolno…

Ostatni tydzień to był niewyobrażalny maraton. Dużo pracy, dużo nerwowości i duża presja. W ciągu wyjazdowych siedmiu dni przepracowałam ponad dziewięćdziesiąt godzin, mentalnie nie kończąc tej pracy nawet podczas krótkich chwil odpoczynku. I kiedy wróciłam do domu, żyłam tak jak w ciągu ostatniego tygodnia – szybko. Tyle jest przecież rzeczy do zrobienia, zadań, wyzwań, planów a czas goni.
Czas ucieka. To stwierdzenie jakoś tak mocno mnie przyśpiesza.  Żyję coraz szybciej, zostawiając obok siebie rzeczy na później, a za sobą to, czego już nie zdążę. I poddaję się temu trendowi niemal nieświadomie. A przecież tak nie chcę. Chcę mieć czas na życie.
Na małe łyki życia, na celebrowanie piękna, na chwile, których nie chcę przegapić, na cieszenie się bliskością osób ważnych, na spełnianie marzeń i na myślenie. I na pisanie.

Czasem myślę sobie, że traktujemy życie jak maraton. Start, bieg, określony dystans i jasno określony cel. Biegnąc jedni obok drugich, przyspieszając na każdej prostej, kiedy tylko ktoś próbuje nas wyprzedzić stawiamy sobie coraz większe wymagania. Staramy się przechytrzyć swój organizm przekonując go, że nie potrzebuje snu i odpoczynku. Obiecując mu, że na mecie, że później… I tak biegnąc zupełnie nie zauważamy, że wokół jest tyle piękna, które da nam radość być może większą niż wymarzony czas w maratonie. I często przebiegamy swój dystans za szybko. Przecież Bóg dał nam określony czas. Nie kazał nam przeżyć wszystkiego w kilka chwil. Wprost przeciwnie – dał nam czas na pracę i na odpoczynek, dał nam zadania do wykonania, ale dał też i piękno, którym trzeba się zachwycić i dał nam wzór – swojego syna. Jezus nigdzie się nie śpieszył. Nie uzdrawiał,
nie wskrzeszał i nie wypędzał złych duchów na akord. Nie zaczął tego wszystkiego robić więcej i szybciej, kiedy zbliżał się Jego czas.
Nie chcę tu powiedzieć, że myślę tylko o odpoczynku, odrzucając celowość pracy
i stawiania sobie wymagań. Ale chcę sobie samej przypomnieć, że tydzień składa się
z siedmiu dni, a jednym z nich jest niedziela. I kiedy z różnych przyczyn jest ona dniem pracy, to trzeba zrobić sobie niedzielę w środku tygodnia. Trzeba usiąść, zamyślić się
i przede wszystkim zwolnić. Trzeba zadbać o siebie. O swój spokój, pozbieranie myśli, ukojenie, zwykły ludzki odpoczynek i zregenerowanie sił. Bez tego nie da się naprawdę żyć, jednocześnie ciesząc się tym życiem. Przypomniało mio tym wczoraj moje serce.
Dzisiaj więc jest moja niedziela. Tak postanowiłam. Amen

P.s.
Kawa już wystygła, więc jednak się da. Spokojnie dopiję tych kilka zimnych łyków.
A później wezmę rower i zobaczę, co słychać w przyrodzie. A jeszcze później? Nie wiem. Spowolniłam swoje myślenie i … dzięki temu, pomyślę o tym później.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Słuchać, to nie znaczy słyszeć

Czym zaskoczyła mnie dzisiejsza ewangelia (Łk 7,11-17)? Oczywistością, z którą spotykam się niemal każdego dnia, niemal w każdej minucie życia. Zaskoczyła mnie tą jedną chwilą, w której Jezus mówi „Młodzieńcze, tobie mówię wstań” i tym, że „Zmarły usiadł i zaczął mówić”. Nie, nie zadziwił mnie cud wskrzeszenia, bo to juz wiem. Wiem, że On może. Wiem, że cuda są Jego codziennością, odkąd wydarzył się ten pierwszy w Kanie.
Ale w usłyszanych dziś słowach odkryłam, że słuchać, to nie znaczy słyszeć. I żeby usłyszeć, trzeba po prostu chcieć i zacząć od słuchania, ale otworzyć się jeszcze na coś więcej. Poczuć potrzebę, żeby słowa ożyły. Tak jak ożył młodzieniec. On po ludzku rzecz biorąc nie miał prawa usłyszeć. A jednak wstał.
I przyszło mi też do głowy pytanie – jak to jest z nami? Czy my słyszymy? Przecież znamy słowa ewangelii, niejednokrotnie uczestniczymy Eucharystii, w nabożeństwach, modlimy się. Ile razy w swoim życiu klęczeliśmy na adoracji przed Najświętszym Sakramentem?
Czy wtedy cokolwiek słyszymy? Przecież Jezus mówi. I nie mówi rzeczy nowych, lecz wciąż od dwóch tysięcy lat powtarza to samo. Tak, słuchamy. Wciąż od nowa słuchamy, tylko czy cokolwiek słyszymy?
Pojawiła się również w moich myślach pewna analogia. Trwać w grzechu, to jakby codziennie umierać. Umierać powoli bez łaski, bez światła. A Jezus mówi – przyjdź. Może trochę parafrazując mówi – wstań. Czy ja to słyszę? Gdyby młodzieniec z ewangelii nie usłyszał, nie otrzymałby życia. Kiedy ja nie słyszę, nie mogę dostać tego, co On dla mnie przygotował. Nie mogę otrzymać życia, choć wiem, że Jego słowa dają życie. Wskrzeszają – wskrzesiły Łazarza, córkę Jaira, młodzieńca.
Co jest więc ze mną nie tak, czemu nie słyszę? Albo inaczej – dlaczego nie chcę słyszeć? Czy jestem bardziej głucha niż zmarły, który jednak usłyszał?
A może słów Ewangelii słucham tak jak piosenek, które już znam, które słyszałam wiele razy, a dopiero całkiem niedawno usłyszałam i zrozumiałam ich słowa?

„Mów do mnie Panie, chcę słyszeć Cię…”

 

 

 

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Szanuj, proszę szanuj…

Kilka dni temu wiele portali i serwisów informacyjnych przekazywało informacje
o tragedii, jaka rozegrała się w amerykańskim ogrodzie zoologicznym w Cinncinati. Czteroletni chłopiec wpadł do fosy otaczającej wybieg dla goryli. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dzieckiem zainteresował się goryl, który pochwycił malca i ciągnął za sobą po ziemi. Pracownicy ogrodu uznali sytuację za na tyle niebezpieczną, że postanowili zwierzę uśmiercić. To tak pokrótce o tym, co się stało.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy po przeczytaniu tej wiadomości to ogromne współczucie dla rodziców dziecka. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie ogromu strachu, przerażenia i bezsilności, jaką w tamtej chwili musieli przeżywać, ale wiem
na pewno, że nikt, kto ma dziecko nie chciałby być na ich miejscu.
Druga myśl, a właściwie uczucie, które się pojawiło miało miejsce po przeczytaniu komentarzy. Z każdym kolejnym ogarniało mnie przerażenie. Obezwładniające
i powodujące wręcz fizyczny ból w całym ciele. Z tak wielką ilością zła i braku empatii,
czy zwykłych ludzkich odruchów nie spotkałam się już dawno. We wpisach aż kipiało
od złości na… dziecko, rodziców dziecka i na pracowników ogrodu za zastrzelenie goryla. Żeby nie być gołosłowną, zacytuję:
– „Ja bym jednak odstrzelił tego bachora”
– „Mordercy. Goryli jest mniej i są pod ochroną, więc ludzkie głupie szczenię powinno zginąć!”
– „Przez głupiego sracza, goryl stracił życie. Super…”
– „Szkoda zwierzęcia. Rodziców należałoby zastrzelić za niepilnowanie dziecka.
Nie pilnowali teraz, nie będą pilnować w przyszłości”.
To tylko mały procent tego, co można było znaleźć w Internecie. Nawet teraz, kiedy
to piszę ogarnia mnie to samo przerażenie. Dramat. A jeszcze większym smutkiem dla mnie jest to, że jeden z takich komentarzy na swoim profilu FB umieściła moja znajoma. Osoba inteligentna, wszechstronnie wykształcona, matka dwójki dzieci. To też zabolało.

Kolejna myśl, która już trochę później zaczęła drążyć moje myśli, to ta, że kompletnie zanika w nas szacunek do drugiego człowieka. I chyba jego brak jest powodem tego,
że ludzkie życie tak niewiele znaczy, że nie tylko go nie bronimy, ale wręcz pozwalamy
na morderstwa w białych rękawiczkach.
Aborcja, eutanazja, manipulowanie zarodkami. Nie sposób uświadomić ludziom, że czynią zło, jeśli nie nauczy się ich szacunku do życia, do drugiego człowieka, niezależnie od tego czy ma już nadany PESEL, ile ma lat i jak wygląda. Na nic zdadzą się ustawy, nakazy, zakazy i kary, kiedy szacunku wymagamy jedynie dla siebie. Jestem ważny/ważna tylko ja. Moja wygoda, mój sposób myślenia, moja wiara i mój pogląd na coś, czy ogólnie światopogląd. Moje życie, z prawem decydowania o tym, co jest najważniejsze dla mnie,
co mogę, czego nie chcę i dla jakich spraw nigdy się nie poświęcę. Ja.

Kiedyś miałam przyjemność odbycia rozmowy z panem, który był pracownikiem ochrony na osiedlu zamkniętym w jednym z większych miast. Dodam, że było to dość duże osiedle. Opowiadał mi, że napatrzeć się nie może, jak ludzie traktują swoje zwierzęta. Nie, nie chodzi o złe traktowanie. Wprost przeciwnie. Mówił, że kiedy właściciele wychodzą ze swoimi pupilami na spacer, rozmawiają z nimi, jak ze swoimi dziećmi. Pytają, czy podoba się spacer, czy nie jest za zimno, noszą na rękach, ubierają w coraz to nowsze ubranka. Kokardy, spinki, błyszczące obroże, super karmy, odżywki, perfumy, porcelanowe miski. Najlepsi weterynarze, zabiegi kosmetyczne i upiększające. Mój rozmówca zaznaczył,
że to nie jest zwykła troska, to raczej postawienie zwierzęcia w centrum życia. Mają one szczególne względy i szczególne miejsce w sercu swojego opiekuna.
Tak, poza skrajnymi przypadkami, można powiedzieć, że wobec zwierząt mamy coraz więcej szacunku i uczuć. Dobrze, wszak już święty Franciszek mówił, że to nasi bracia mali. Jednak mam wrażenie, że mocno zachwiały się nasze fundamenty i wraz ze wzrostem miłości do zwierząt coraz więcej jest w nas pogardy wobec człowieka. Kochając coraz mocniej zwierzęta zapominamy, że kochać musimy również siebie nawzajem.
A przynajmniej szanować. Patrząc jednak na to jak traktujemy jedni drugich można byłoby powiedzieć, że człowiek dzisiaj jest nikim, albo byle kim. Nie mamy szacunku dla inności, słabości i po prostu dla siebie nawzajem. Smutne i ogromnie niepokojące.
Czy można to jakoś zmienić?

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Bóg nie patrzy na godzinę

Wierzę, staram się wypełniać przykazania, próbuję kochać bliźniego, modlę się – no dobrze, staram się modlić regularnie. Chcę być dobra i chociaż czasem jest ciężko,
to próbuję wciąż od nowa. Wiem – stale upadam, ale patrzę na Niego i Jego drogą chcę iść. Przepracowałam nawet sama ze sobą temat mojej i Jego woli. I już wiem, że chcę żeby to On kierował moimi krokami i żeby prowadził mnie tam, gdzie jestem potrzebna – zgodnie z Jego planami. Naprawdę staram się żyć tak, jak On chciałby, żebym żyła. Dlaczego? Dlatego, że Go kocham, czy dlatego, że boję się Jego „niekochania”?

Mówią, że problem współczesnego chrześcijaństwa polega na tym, że wciąż staramy się zasłużyć na miłość Boga. Tak, to chyba prawda. Staramy się być „grzeczni”, żeby zapracować na to uczucie. Ja też się staram, żeby mnie nie potępił i nie odrzucił zamykając bramy swojego domu. Ja też wciąż myślę, że są chwile, w których nie zasługuję na Jego miłość. A może nawet odwrotnie – tylko czasami są momenty, w których zasługuję.
Wciąż obiecuję poprawę, a chwilę później odwracam się do Niego plecami, albo wykłócam się o moje racje. Jak więc można mnie kochać? Taką słabą, zbuntowaną a czasem nieufną?
A jednak… On kocha i to zupełnie bezwarunkowo. Kocha pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Kocha prawdziwie. Na Jego miłość nie da się zasłużyć. Ona była, jest
i będzie.
Tak, Bóg kocha i jest niesłychanie miłosierny. Czasem w mojej logice aż za bardzo. Przebaczył łotrowi, przebacza najgorszemu łajdakowi nawet na łożu śmierci. Całe życie można przeżyć żyjąc po swojemu, a w ostatniej chwili powiedzieć „przebacz, żałuję” i On
to przyjmie. Przygarnie tak, jak tego, kto całe życie modli się na kolanach. Zupełnie jak
w przypowieści o pracownikach winnicy (Mt 20,1-16). Tyle samo za pracę dostanie ten, który przyszedł pracować o świcie i ten, który dołączył dużo później. Dziwne i jednak czasem trudne do przyjęcia dla mnie, dla nas, ale Bóg słowami właściciela winnicy może powiedzieć „Przyjacielu, przecież Cię nie skrzywdziłem”. Nie, nie skrzywdziłeś Panie,
ale czy to jest sprawiedliwe? Czy nie starałam się bardziej? Przyszłam przecież wcześniej…
Nie raz i nie dwa nad tym rozmyślałam. Ta Boża łaskawość jawiła mi się nawet, jako pewna niesprawiedliwość. Aż do czasu, gdy pomyślałam w taki oto sposób.

Kocham mojego syna. Bardzo. Gdyby nagle wydarzyło się coś, co oddaliłoby go ode mnie, czy przestałabym go kochać? Czy gdyby postanowił żyć beze mnie, to moje uczucia wygasłyby? Zdecydowanie nie. A gdyby postanowił wrócić, czy ważna byłaby godzina,
tego powrotu? Nieważna, kompletnie nieistotna. Mógłby przyjść w ostatniej mojej, czy jego chwili a i tak przyjęłabym go z otwartymi ramionami. Czy o świcie, czy w środku nocy wyrywając mnie ze snu – kompletnie nieistotne. Dlaczego? Bo kocham. I czekałabym na niego zawsze i wszędzie.
A gdyby odwrócili się ode mnie ludzie mi najbliżsi, przyjaciele? Pewnie próbowałabym kalkulować – kto, dlaczego i jak mam postąpić. Myślę, że serce wołałoby „przyjmij”,
a rozum stawiałby racjonalne warunki przebaczenia. I z tym czekaniem byłoby różnie.
A jeśli doznałabym urazy od obcych?  Zapewne byłoby jeszcze gorzej. Dlaczego?
Bo kocham ich wszystkich jakby mniej, jeśli w ogóle… Czy odwróciłabym się na pięcie? Zapewne. Może nawet wytłumaczyłabym sobie, że nie warto czekać, najlepiej się od nich odciąć, zapomnieć, wyrzucić z życia. Czasem to boli, ale mija. Taka ta moja miłość do nieprzyjaciół – chyba słaba. Kocham wybiórczo i stawiam warunki.
A Jezus mówił „Miłujcie się nawzajem” i „miłujcie swoich nieprzyjaciół”. Co by było, gdybym kochała wszystkich tak samo? Gdybym kochała taką miłością, jaką obdarzam moje dziecko?
No właśnie – Bóg kocha wszystkich TAK SAMO. Nie ma dla niego bliższych i dalszych krewnych i nie ma obcych. Jesteśmy Jego dziećmi, więc jak może nie otworzyć swoich ramion nawet po latach naszego milczenia czy wręcz buntu? Jak może odrzucić tych, którzy chcą wrócić? No jak, skoro kocha niewypowiedzianie mocniej niż ja?
Niektórzy nazywają to skandalem, ale to jest skandal miłosierdzia. Wreszcie to zrozumiałam. I nie chcę już mierzyć Boga swoją miarą i chcę w koncu uwierzyć w to,
że kocha za darmo.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Czyj głos usłyszy?

Napisałam:

http://theofeel.pl/index.php/tekst/swiadectwa/61-tekst/swiadectwa/3430-2016-05-04-01

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj