Nie bać się prosić

Są w naszym życiu takie sytuacje i chwile w których nagle uświadamiamy sobie,
że nie zrobimy już ani kroku dalej, że stoimy przed ścianą własnej bezsilności. I przychodzi wtedy potrzeba wołania o pomoc. Nie każdy to potrafi. A właściwie można by powiedzieć,
że niewielu potrafi. Dlaczego? Różne są powody. Wydaje się, że proszenie o pomoc prawie zawsze obnaża naszą słabość. A my nie lubimy jej okazywać. Wolimy być postrzegani jako silni, samodzielni, zaradni i przebojowi. Lubimy uznanie i boimy się litości. Ale bywa i tak, że boimy się odrzucenia, przez co również upokorzenia. Dlatego też czasem jest pozornie łatwiej trwać w cierpieniu niż zmierzyć się z niewiadomą tego, co stanie się jeśli poprosimy.

Czy można jednak nauczyć się  prosić? Można. Dzisiejsza Ewangelia pokazuje nam sytuację niemal skrajną. Oto wdowa – kobieta, której sytuacja w czasach Chrystusa
trudna była do pozazdroszczenia. Zdana na łaskę lub niełaskę krewnych, żyjąca właściwie bez większych praw przychodzi do sędziego, żeby prosić go o pomoc, o obronę. Trafia
do człowieka o zimnym sercu. Takiego, który ani Boga się nie boi, ani z ludźmi nie liczy. Wydawałoby się, że sytuacja już na starcie jest przegrana. I tak to zresztą się zaczyna –  sędzia nie chce pomóc wdowie. Ona nie zniechęca się jednak i z cierpliwością, wręcz naprzykrzając się trwa w swojej prośbie. Jest wytrwała, chociaż niejeden na jej miejscu zraziłby się odmową i stracił wiarę w to, że uda mu się osiągnąć cel. A ona nie ustaje. Dlaczego? Zapewne dlatego, że wie, że sama nie da rady. I ufa, że jest ktoś większy
i mocniejszy od niej, ktoś kto może wiele. Kto może jej pomóc.

Uzmysławiam sobie, że to wszystko, co zaprezentowała swoją postawą wdowa z dzisiejszej Ewangelii to cechy takiej modlitwy, o której mówi Pan Jezus.

„Jezus opowiedział swoim uczniom przypowieść o tym,
że zawsze powinni się modlić i nie ustawać.”

Czyż nie takiej właśnie modlitwy chce Bóg? Modlitwy wytrwałej, cierpliwej, pełnej ufności. Takiej, w której będziemy wciąż wołać do Niego i prosić, żeby był z nami, bo jesteśmy jak ta wdowa – potrzebujemy Jego opieki, łaski, obrony i umocnienia. Potrzebujemy Go,
bo sami jesteśmy słabi, niedoskonali i niesamowystarczalni, choć czasem może nam się wydawać, że jest inaczej. Lecz to przecież oddanie całej tej naszej niemocy Bogu jest sednem prawdziwej z Nim relacji. A uznanie, że sami bez Niego nie możemy nic jest gwarancją Jego obrony.

  • zdjęcie – Pixabay
Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Wdzięczność bywa drogą do świętości

Bakhita nie pamiętała swojego prawdziwego imienia – nazwali ją tak handlarze niewolników. Jako kilkuletnia dziewczynka została przez nich porwana z rodzinnej wioski w Sudanie. Będąc niewolnicą była bita, poniżana, tatuowana na znak przynależności
do właściciela, głodzona. Przeszła przez piekło, które może złamać każdego. Kajdany i targi niewolników śniły jej się do końca życia. Wszystko to jednak znosiła z niezwykłą pokorą.
Wielokrotnie sprzedawana trafiła w końcu do rodziny włoskiego konsula i została opiekunką jego córki. Wraz z nią została umieszczona w szkole dla dziewcząt prowadzonej przez Siostry Kanosjanki. Tam poznała Boga i jak mówiła – zakochała się w tym,
do którego zawsze tęskniła, choć w ogóle nie znała. Nie wiedziała o Jego istnieniu,
a jednak w głębi siebie czuła, że On jest. Została ochrzczona, przyjęła I komunię świętą
i bierzmowanie. Wielokrotnie widziano ją całującą chrzcielnicę, która była w jej odczuciu miejscem spotkania Boga. Konsekwencją tej miłości i determinacji było wstąpienie
do Zgromadzenia Córek Miłosierdzia, Służebnic Ubogich, Kanosjanek. Jej przemienione życie przepełnione było dziękczynieniem. I choć do końca życia cierpiała z powodu przeżyć wczesnego dzieciństwa, to jednak przebaczyła tym, którzy skazali ją na wieloletnie cierpienie. A w sercu czuła wręcz ogromną wdzięczność wobec swoich oprawców:

„Gdybym spotkała tych handlarzy niewolnikami, którzy mnie porwali,
a także tych, którzy mnie torturowali, uklękłabym przed nimi
i ucałowałabym im ręce, ponieważ gdyby się to wszystko nie wydarzyło,
nie byłabym teraz ani chrześcijanką ani zakonnicą…”

Bakhita (siostra Józefina) zmarła w opinii świętości i wkrótce też została nią ogłoszona. Patrząc na jej życie można odnieść wrażenie, że była jak trędowaty Samarytanin.
Umiała dziękować i to właśnie wdzięczność uzdrowiła jej serce. Ta wdzięczność była wyborem, dzięki któremu stał się cud.

„(…) Czy się nie znalazł nikt, kto by wrócił i oddał chwałę Bogu, tylko ten cudzoziemiec?”
Do niego zaś rzekł: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła” (Łk 17,11-19)

Boże, gdy kończy się dzień, tak trudno mi okazać wdzięczność. Zmęczenie odbiera mi siły, czasem ogranicza mnie jakaś złość i bardziej mam ochotę krzyczeć niż dziękować.
Ale chcę Ci dziękować. Chcę to robić już o poranku, kiedy jeszcze nie wiem jaki masz wobec mnie plan i z ufnością stawać przed tym, co chcesz mi dać. Chcę z ufnością dziękować Ci za to, co się dopiero wydarzy, za tych, których spotkam, za to, czym chcesz mnie doświadczyć, za Twój plan wobec mnie. I za to, czego na razie nie rozumiem.

*zdjęcie – Pixabay

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Wiara, choć pierwsza wśród cnót…

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego w momencie czynienia największych cudów Pan Jezus prosił, czy wręcz nakazywał uczniom, by tego faktu nie rozgłaszali. Przecież cuda te zawsze służyły dobru, pokonywały jakąś niemoc i dodawały wiary. Skąd więc taka prośba?

Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie:
„Wyrwij się z korzeniem i przesadź się w morze”.

Nie raz i nie dwa modliłam się podobnymi słowami. W chwilach słabości i choroby swojej,
czy najbliższych, kiedy opuszczały mnie siły i z różnych powodów czułam, że moja wiara słabnie chwytałam się słów Pana Jezusa, który polecał apostołom: „Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy!”. Czyli – czyńcie cuda. Chciałam mieć taki dar. Chciałam uzdrawiać i wypędzać złe myśli dręczące mnie i innych. Ja bardzo chciałam mieć wiarę, że to mogę.

Dziś Pan Jezus mówi o tym, że gdybym miała wiarę wielkości ziarnka gorczycy, udałoby się to, o co prosiłam. I dziś też stanęłam przed dylematem, co zrobiłabym z takim darem?
Nie wiem, ale wyobraźnia podpowiada mi różne rozwiązania. Mogłabym przecież dokonywać rzeczy niemożliwych. Mogłabym uzdrawiać, przenosić góry, rozkazywać żywiołom, ustanawiać porządek świata. Byłabym panią życia i śmierci. Czy umiałabym dobrze to wykorzystać?

A gdyby tak podobną wiarę mieli inni? Co stałoby się wówczas, gdyby również oni próbowali po swojemu „zarządzać” wszystkim dookoła? Czy potrzebny byłby nam Bóg?
Nie wiem, ale obawiam się, że skoro dziś potrafimy odwrócić się od Niego próbując polegać na sobie i swoich siłach, to tym bardziej moglibyśmy szybko zapomnieć o tym,
od kogo pochodzi nasza moc, kto przymnożył nam wiary. I byłoby tak jak w Raju – zerwanie jabłka byłoby ważniejsze niż wszystkie Boże obietnice, niż cała Jego miłość… .

Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono:
„Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać”.

 Pokora – to ona jest odpowiedzią na moje pytania. Bóg przymnaża wiary tym, którzy umieją być sługami. Tym, dla których to On jest na pierwszym miejscu i cuda, które za
jego przyzwoleniem mogą czynić służą ludziom, a przez to i Jemu. Wiara bez pokory będzie miała znamiona pychy – umocni nas w przekonaniu, że to nasze cuda, to nasza moc,
że to my jesteśmy wielcy i wspaniali.Pokorni słudzy wiedzą kto daje im moc i nawet jeśli cud dzieje się ich rękoma, to zawsze wskazują na prawdziwego sprawcę. Widać to na przykładzie świętych. Oni zawsze stawiali siebie na ostatnim miejscu. W swojej pokorze uniżali się tak bardzo, że stawali się narzędziami w ręku Boga. Nie było w nich pychy
i chęci odbierania czci i podziękowań za to, co robią. Nie kształtowali świata po swojemu, ale w pokorze czynili to, czego oczekiwał od nich Pan.
I Bóg przymnażał im wiary, bo na pierwszym miejscu zawsze stawiali Jego.

Przeczytałam gdzieś komentarz, że to czytanie (Łk 17,5-10) zawiera w sobie dwie odrębne przypowieści. Jedną o ziarnku gorczycy i wzrastaniu w wierze, a drugą o tym, jaką relację mamy (powinniśmy mieć) wobec Boga. Nie dawało mi to spokoju. Miałam mocne przekonanie, że to jest całość i skoro słowa Pana Jezusa zostały zapisane jako jeden fragment Ewangelii, to musiał być to też jeden całościowy przekaz. Próbując to połączyć
i zrozumieć odkryłam to, co powyżej. Czy słusznie? Czy moja próba zrozumienia tej Ewangelii idzie dobrym torem?

* zdjęcie – Pixabay

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Śmiać się czy płakać?

– K: Chciałbym być ministrantem.
– Ja: Ok. Ale o ile wiem, to ministranci nie palą papierosów.
– K: Tak, wiem. I już tydzień nie palę. Rzuciłem.

Przełknęłam tę deklarację i mocno się zastanowiłam: pochwalić czy nie? Jednocześnie bałam się, że gonitwa myśli „przyozdobi me lico”. Ale udało się i pokerowa twarz
na szczęście nie zdradzała tego, co się działo w środku. A działo się… . Oj, działo się!
Wszak sprawa dotyczyła (ratunku!) dziesięciolatka.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Bieda i nędza mają ludzką twarz

„Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień ucztował wystawnie. U bramy jego pałacu leżał żebrak pokryty wrzodami imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza”.

Jest taka historia, która opowiada o człowieku, który wyszedł rano na plażę i zobaczył mnóstwo ryb leżących na brzegu. Większość z nich żyła, więc zaczął je wrzucać z powrotem do wody. Nadszedł wtedy drugi człowiek i ze zdziwieniem przyglądał się tej, zdawałoby się, syzyfowej pracy. Zaczepił pierwszego słowami: „Po co pan to robi? Przecież wszystkich
nie da się uratować. To co pan robi nie ma znaczenia wobec ogromnej liczby tych ryb”.
Na to usłyszał odpowiedź: „To prawda, wszystkich nie uratuję, ale jeśli uda się ocalić chociaż jedną, to będzie to miało znaczenie. Dla tej jednej uratowanej będzie to ogromne znaczenie”.

Przyzwyczailiśmy się do widoku biedy, wojen, tragedii, głodu. Są problemem ale jeśli bezpośrednio nas nie dotyczą, to często nie mają też dla nas ludzkiej twarzy. Dlaczego
tak jest? Może dlatego, że stając wobec nich przyjmujemy postawę drugiego człowieka tłumacząc innym, a właściwie bardziej sobie, że sami świata nie zmienimy, a nasz pojedynczy gest niewiele przyniesie wobec ogromu biedy i ludzkiego nieszczęścia.
Takim tłumaczeniem możemy co prawda próbować się usprawiedliwiać i nawet zagłuszyć na chwilę sumienie, ale od takiej postawy już tak naprawdę tylko jeden krok
do obojętności. Do tego, żeby bieda, bezdomność czy choroba drugiego człowieka wtopiły się w naszą codzienność i przestały kłuć w oczy i serce.
Czy tak było w przypadku bogacza? Czy przyzwyczaił się do widoku nędzy i nie widział siebie w roli „zbawcy” świata? Tego już się nie dowiemy. Wiemy natomiast ze słów Ewangelii, że gdyby bogacz mógł wrócić z miejsca do którego trafił po swojej śmierci,
to pragnienie Łazarza miałoby szansę być spełnione. Jego majątek wystarczyłby nie tylko na zaspokojenie głodu, ale na zapewnienie żebrakowi godziwego życia. I choć ten gest
nie zmieniłby całego świata, nie zniósł biedy i podziału społeczeństwa na tych, którzy mają wszystko i na tych, którzy nie mają nic, to dla Łazarza miałby on ogromne znaczenie.

Ta przypowieść, po raz kolejny pokazuje mi, że droga do Boga prowadzi przez drugiego człowieka. W drodze do zbawienia chodzi o to, żeby umieć pochylić się nad każdym, kogo w życiu spotykamy – nieważne, czy jest ubrany dostojnie, zwyczajnie czy ubogo. I o to, żeby nasze pojedyncze gesty pomagały dźwigać ludzkie nieszczęścia.
Kończąc to moje rozważanie Ewangelii chciałabym jeszcze przytoczyć cytat (niestety
nie pamiętam autora), który może być dopełnieniem całości: „Nie gardź nigdy drugim człowiekiem, bo jeśli Bóg dał mu życie, to znaczy, że jest ono tak samo wartościowe
jak twoje”.

*zdjęcie – Pixabay

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Zysk dzięki mamonie

Jakiego rządcy szukałabym, gdybym posiadała ogromny majątek? Takiego, który kocha pieniądze, a nie szanuje człowieka, czy takiego, dla którego człowiek jest zawsze ważniejszy niż mamona? Służyć Bogu nie mamonie, to przecież także służyć człowiekowi,
w którym mieszka Bóg.

Był raz pewien biskup, który niemal wszystko co miał oddawał biednym. Zrezygnował
z mieszkania w pałacu po to, by znaleźli w nim miejsce chorzy a całe swoje wynagrodzenie za pracę dzielił między potrzebujących. Mieszkał skromnie, jadał prawie jak żebrak,
pod peleryną ukrywał zniszczoną sutannę. Nie miał prawie nic. Jedynym bogactwem materialnym, które posiadał i do którego miał wielką słabość były srebrne nakrycia stołowe, łyżka wazowa i dwa srebrne lichtarze, bo jak twierdził, trudno byłoby mu odzwyczaić się od jadania na srebrze. I był to jedyny luksus na jaki sobie pozwalał.
Pewnego dnia ten dobry i pobożny człowiek przyjął pod swój dach złodzieja, byłego galernika, człowieka pogardzanego przez niemal wszystkich, których spotykał w swojej wędrówce po wsiach i miastach. Nakarmił go i zapewnił nocleg, nie pytając o nic. Tej samej nocy został okradziony z sześciu srebrnych nakryć. Złodzieja niemal natychmiast złapano
i postawiono przed biskupem. Lecz ten przed żandarmami wyznał, że sam obdarował swojego gościa dobrami. Mało tego, dołożył jeszcze srebrne lichtarze i kazał sprawcę puścić wolno.

Ta historia, to opis fragmentu powieści V.Hugo „Nędznicy”. Nie jest ona zapewne prawdziwa, ale otwiera oczy na to, o czym słyszymy w dzisiejszej Ewangelii. Biskup
jest tu jakby zarządcą – jak sam podkreśla, nic z tego, co posiada nie należy do niego,
ale do Boga i najbiedniejszych. A jednak dzieli to, czym zarządza pomiędzy tych, których spotyka. O ile są to uczciwi biedacy, to łatwo to zrozumieć. Ale czy obdarowanie złodzieja
i uchronienie go od kary jest godne pochwały? Czy to kłamstwo, którego dopuścił się biskup i sprezentowanie złodziejowi lichtarzy było dobrym zarządem?
Trudno ten gest zrozumieć, ale dalsze losy byłego galernika pokazują, że to co się stało
było nie tylko aktem miłosierdzia ze strony Ekscelencji, ale też momentem zwrotnym
w jego życiu. Biskup zobaczył w nim człowieka i nazwał swoim przyjacielem, bratem. Puszczając go wolno poprosił, by wykorzystał srebra do stania się dobrym człowiekiem.
I to był początek przełomu w życiu byłego galernika. Skorupa nienawiści do świata narosła
przez lata zaczęła pękać, a kolejne zdarzenia w życiu tego człowieka spowodowały chęć przemiany życia. Mamona przyczyniła się do pozyskania przyjaciela – przyjaciela dla Boga, bo biskup, jak sam stwierdził wyrwał duszę tego człowieka duchowi zatracenia i oddał właśnie Bogu.
Czy Stwórca mógłby mieć za złe swojemu zarządcy taki gest, taki sposób zarządzania jego majątkiem?

***

Po napisaniu tego co powyżej czułam, że czegoś mi brakuje. Stąd też druga część… .

Próbując zrozumieć Ewangeliczną prawdę o niegodziwej mamonie stanęłam przed pytaniem: dlaczego nazywamy ją niegodziwą? Nie będę tutaj przytaczała wszystkich ścieżek, którymi próbowałam iść. Jednak chcę napisać o tej, którą odnalazłam i którą najbardziej rozumiem. Może przez to, że czułam ją intuicyjnie nie umiejąc zdefiniować
a może dlatego, że nie wprowadza żadnego zamętu myślowego w odniesieniu do innych fragmentów Ewangelii.
Sięgnęłam trochę do klasyki i spróbowałam zrozumieć czym jest godziwość. Odnalazłam
ją w tradycyjnej definicji dobra, a właściwie w podziale dobra według klasycznej etyki. Dzieli ona dobro na: BONUM HONESTUM – dobro obiektywne, godziwe, dobro osoby będące celem samym w sobie; BONUM DELECTABILE – takie, które ma być przyjemnością samą w sobie, ma dostarczać przyjemność; BONUM UTILE – mające być środkiem do osiągnięcia wyższego dobra, dobra godziwego.
W swoich poszukiwaniach zatrzymałam się na ostatnim, na „bonum utile” czyli na tym,
co może nam pomóc osiągnąć dobro godziwe. Co to może być? No właśnie, tu pojawiają się schody, bo w ocenie tego co dobre a co nie, godziwe czy też nie możemy się zaplątać jeśli nie staniemy przed konkretem. Skupię się więc na tym, co stało się moim wyzwaniem – na mamonie. Czy spełnia ona kryterium dobra? I tak i nie. Jeśli będzie celem sama w sobie,
to zapewne nie. Jeśli jednak pomoże w osiągnięciu dobra osoby (bonum honestum), dobra godziwego to jak najbardziej. Tak stało się we wspomnianej wcześniej historii biskupa
i złodzieja. Kosztowności darowane temu drugiemu stały się zalążkiem zmian, początkiem czegoś dobrego. Dlaczego więc mamonę Pan Jezus nazywa w swojej przypowieści niegodziwą?
Zaryzykowałabym stwierdzenie, że określenie to jest tylko przeciwwagą dla określenia „godziwy”. Mamona nie jest godziwa (czyli jest niegodziwa) przez to, że nie jest Bonum Honestum  (dobrem godziwym). Czy jest przez to zła? Nie, ona po prostu nie spełnia kryterium dobra obiektywnego.
Żeby lepiej to zrozumieć, poszukałam podobnych odniesień w otaczającej nas rzeczywistości. Gromadzimy wokół siebie mnóstwo przedmiotów. I tak na przykład zagospodarowując przestrzeń mieszkalną kupujemy łóżko, lodówkę, pralkę, stół i krzesła. Te wszystkie rzeczy pełnią funkcję użyteczną. Ale wzbogacamy tę przestrzeń również innymi rzeczami, takimi jak obrazy, kwiaty, bibeloty, zdjęcia. One nie są użyteczne (czyli
są nieużyteczne), ale przecież nie są przez to złe. W dalszym ciągu są dla nas dobrem.
Tak więc przyjmując rozróżnienie: użyteczne i nieużyteczne (czyli te, które nie są użyteczne), możemy również mówić o rzeczach godziwych i niegodziwych (tych, które nie są godziwe). W obu przypadkach te z przedrostkiem „nie” nie są złe. Pełnią po prostu inną rolę.

Czy tak rozumiana mamona może być użyta przez nas do pozyskiwania przyjaciół?
Jeśli tak mówi Pan Jezus, to wierzę, że tak jest. Ale nie ukrywam, że zrozumienie tego zajęło mi lata 🙂 .

*zdjęcie – Pixabay

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Jadać z grzesznikami

Faryzeusze dziwili się i szemrali: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”. Dziś wciąż,
jak faryzeusze lubimy szemrać. Przekładając ciężar oceny z Tego, który jada z nimi na tych, którzy z Nim jadają.
Zagubienie nie jest obce nikomu. Kryzysy są wpisane w nasze życie.  Wchodzimy w grzech, który może być tylko chwilą słabości ale może stać się również ciemnością, zagubieniem czy też świadomym odejściem. Czy umiemy wrócić?

 „Cieszcie się, bo znalazłem owcę…”
W przypowieści o pasterzu szukającym owcy widzę Boga, który próbuje odnaleźć  tych, którzy zagubili się w swoim życiu. Tych, którzy czasem może nieświadomie obrali złą drogę, podążając za kimś, kto zdawał się być dla nich ważnym. I tych, którzy błąkają się
po ścieżkach życia nie umiejąc znaleźć drogi do Pana, nie potrafiących rozeznać którędy iść. I jeszcze takich, którzy nie spotkali nikogo, kto wskazałby im dobrą drogę, pomógł, poprowadził i zaprowadził do Ojca.
Bóg kocha każdego tak samo, również te zagubione owieczki.

„Cieszcie się, bo znalazłam drachmę…”
Opowieść o kobiecie szukającej drachmy, to wciąż ta sama historia miłości. Niektórzy odeszli tak daleko, że już nawet nie błądzą. Opadają z sił i nie mając wiary w to,
że cokolwiek mogą zmienić trwają w swoim ponurym kącie życia. Bez światła, bez nadziei. W ciemności grzechu nie mają pomysłu na posprzątanie swojego bałaganu. Często
w świadectwach powrotu mówią o tym, jak w największym mroku wołali: „Boże jeśli naprawdę jesteś, to pomóż”. I On pomagał. Podnosił z ziemi jak zagubiony skarb.
Zapalał światło i dawał nową nadzieję. Jeśli poprosisz – zawsze tak robi.

„Trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat […] zaginął, a odnalazł się”
I jeszcze jedna historia – marnotrawny syn. Sam odszedł, tak jak niejeden z nas. Szukał innego życia, bo wydawało mu się, że będzie lepsze, łatwiejsze, bez wymagań i nadzoru ojca. W takich chwilach na nic byłoby tłumaczenie, że nie warto, że to ułuda, że prawdziwe życie nie wygląda tak jak w telewizyjnych reklamach. Próba zatrzymania najczęściej wywołuje bunt. Wtedy największym wyrazem miłości jest „puszczenie wolno”
i oczekiwanie na powrót. Tak robi Bóg. Nie trzyma nas na siłę, pozwala odejść kiedy chcemy i gdzie chcemy, ale zawsze czeka z miłością.

Za każdym powrotem stoi tajemnica odejścia. Nie musimy jej znać – ważne, że zna ją Bóg.
A On pragnie, żebyśmy cieszyli się razem z Nim. Z każdego nawrócenia.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Rzecz o dźwiganiu krzyża

Jest taka historyjka obrazkowa – dwie osoby idą drogą i niosą krzyże. Każda swój. Jedna idzie wytrwale a druga, nie mogąc udźwignąć ciężaru w miarę pokonywania kolejnych etapów drogi ucina go po kawałku. Najpierw staje się krótsze jedno ramię, później drugie,
a w końcu główna belka. W efekcie dla tej drugiej osoby krzyż staje się coraz mniejszym trudem, łatwiej go nieść i droga wydaje się przyjemniejsza. W pewnym jednak momencie obydwie postacie zbliżają się do przepaści. Pierwsza kładzie nad urwiskiem swój krzyż
i bezpiecznie po nim przechodzi. Druga, mimo że próbuje zrobić to samo – nie może.
Krzyż jest na to zbyt mały. Nie sięga do drugiego brzegu. Dalej iść się nie da.

Przez większą część swojego życia bałam się krzyża. Kojarzył mi się wyłącznie
z cierpieniem. Nie rozumiałam, dlaczego Jezus miałby wymagać ode mnie dźwigania ciężaru, skoro nawet Jego-Boga tak zmęczyła i wyniszczyła fizycznie droga na Golgotę.
W oporze przed podjęciem ewangelicznego wezwania do niesienia jakiegokolwiek (nawet mojego) krzyża utwierdzało mnie przekonanie, że to niemożliwe, żeby Bóg chciał mojego cierpienia. Przecież jestem Jego dzieckiem. Przecież mnie kocha… .

Aż nadszedł moment, w którym odkryłam istotę krzyża. Odnalazłam ją właśnie
w kluczu miłości. Tak Bóg umiłował świat, że dał nam Jednorodzonego Syna. Tak Jezus ukochał nas, że wziął na siebie krzyż, dźwigając go z miłości do nas. I gdyby nie było tej miłości, nie byłoby krzyża. Bo krzyż był potrzebny nam, nie Jemu. Takiej miłości uczy mnie Jezus – pozwalającej unieść największy ciężar i jednocześnie przejść przez niejedną ciężką chwilę kochając i dzieląc się tą miłością. Owszem, mogę wybrać też inną drogę. Mogę iść przez życie odcinając po trochu miłość poprzez egoizm, pychę, samouwielbienie, odwrócenie się od przykazań. I może nawet momentami będzie mi całkiem przyjemnie, ale wtedy nie będę mogła być uczniem Chrystusa. Nie dlatego, że On mi zabroni, ale po prostu dlatego,
że bez miłości nie będę do tego zdolna.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Handlarz czy darczyńca? (Łk 14,1.7-14)

Jeżeli dajesz komuś coś licząc na zysk, albo przynajmniej na to, że otrzymasz w zamian
coś o podobnej wartości to handlujesz. Nawet jeśli to tylko handel wymienny. Jeśli jednak nie liczysz na odpłatę – jesteś darczyńcą. A twoja postawa to dobroczynność. Niby subtelna różnica, bo przecież w obu tych przypadkach masz gest, ale można byłoby przy tej okazji pokusić się o pytanie – kogo chcesz uszczęśliwić? Siebie, czy drugiego człowieka?

„Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci,
ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili,
i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych,
chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć”.

W pierwszym odruchu, po przeczytaniu tego fragmentu nasunęła mi się myśl – głodnych nakarmić. Jeden z uczynków miłosierdzia czyli sprawa oczywista. I tak naprawdę nie wymagająca wiele trudu. Można przygotować paczkę, albo wrzucić coś do koszyka Caritasu tuż przed świętami, wysłać przelew czy dobroczynny SMS. Jedno kliknięcie, jeden kilogram cukru więcej do zapłacenia w moim koszyku i mam czyste sumienie. A jednak pojawiła się myśl, że to chyba wszystko.
I usłyszałam „ZAPROŚ”. Zaproś wykluczonych, a będziesz szczęśliwy… .
Zaprosić, to najpierw dostrzec, wyciągnąć rękę, zapragnąć przebywania z kimś. Zobaczyć
w drugim człowieku po prostu człowieka. Nie bezdomnego, biednego, kalekiego,
czy po prostu innego, ale CZŁOWIEKA. Nie widzieć jego brudu, ułomności, braków
ale zauważyć jego godność. Spojrzeć z miłością i bez oczekiwań. Zaprosić, to też usiąść przy jednym stole, ramię w ramię, jak równi sobie.

Jest taka inicjatywa mieszkańców Krakowa – „Zupa na Plantach” (dziś mająca wiele „sióstr” w innych miastach). Polega ona na gotowaniu dla bezdomnych i wychodzeniu
z tym jedzeniem na ulicę. I znów wydawać by się mogło, że istota tego działania to zapewnienie ludziom szczególnie ubogim ciepłego posiłku. Tak, racja. Ale jest w tym
coś jeszcze. Coś o czym mówią sami organizatorzy – zupa jest pretekstem do spotkania,
do porozmawiania, poznania historii bezdomności. Jest okazją do zrozumienia, że każdy bezdomny ma imię, ma godność i może mieć nadzieję. Nadzieję, którą rodzi nie tyle talerz zupy, co podająca go ręka.

Tak to jest z tym zaproszeniem. Kłóciłabym się jednak z Panem Jezusem w jednej kwestii – w tym, że ci wspomniani przez Niego ubodzy, ułomni, chromi i niewidomi, czy też inni – choćby bezdomni nie mają nic, czym mogliby się odwdzięczyć. Mają – radość w oczach obdarowanego buduje serce darczyńcy. I jest niesamowitą siłą napędową do dalszego działania.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Oby nie tylko z widzenia

„[…] lecz On wam odpowie: »Nie wiem, skąd jesteście«. Wtedy zaczniecie mówić: »Przecież jadaliśmy i piliśmy z Tobą, i na ulicach naszych nauczałeś«.”

 Gdybym dzisiaj to ja miała stanąć oko w oko z Bogiem, co miałabym do powiedzenia? „Panie, przecież mnie znasz – przeważnie siadałam w piątej ławce po prawej stronie. Czasem przystępowałam do Twojego stołu. Wiem, że nauczałeś – starałam się słuchać,
choć może nie zawsze uważnie”.

Ksiądz Piotr Glas opowiadał kiedyś historię młodej  dziewczyny opętanej przez szatana, którą poddano egzorcyzmom. Było to dziwne zdarzenie, ponieważ kobieta ta często chodziła do kościoła, uczestniczyła w Eucharystii. Dlaczego więc nic się nie działo? Dlaczego nie było manifestacji złego ducha?
Otóż odpowiedzi udzielił sam szatan podczas egzorcyzmu – nic się nie działo, bo w tym kościele mało kto wierzył. Większość uczestniczyła tylko biernie – prawie sami statyści.
Nie wierzyli w to, co się działo na ołtarzu więc manifestacja nie była potrzebna.
Opowiadając dalej ks. Glas zwrócił uwagę na to, że gdybyśmy naprawdę wierzyli w realną obecność Chrystusa, na parkingu przed kościołem brakowałoby miejsc, nie można byłoby się dostać do środka, a ruchem musiałaby kierować policja. Bilibyśmy się o pierwsze miejsca, a nie o ostatnie pod chórem.

Magda Anioł wyśpiewała istotę Eucharystii prostymi słowami: „Kiedyś wino i chleb, teraz ciało i krew […] to naprawdę dzieje się”. Staram się przypominać sobie
o tym sobie przed każdą Mszą Świętą.
Zbawienie jest dla wszystkich – dla tych ze wschodu i zachodu, z południa i północy.
Ważne jest jednak to, żebyśmy nie musieli pukać do drzwi Pana, powołując się na znajomość „tylko z widzenia”.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj