Nowym być…

Kilka miesięcy temu zmieniłam pracę. W dotychczasowej to ja wprowadzałam nowych pracowników, przekazując to, co najważniejsze i pozwalając jak najpłynniej wejść w życie domu. Tym razem stanęłam wobec trudnej sytuacji bycia „nową”. Jak się czułam?
Jak intruz. Jak ktoś, kto z butami wchodzi do cudzego życia. Siedemnaścioro dzieci śledziło każdy mój krok i wsłuchiwało się w każde słowo, próbując nie tylko mnie wyczuć,
ale również (a może przede wszystkim) przetestować. Sprawdzały moją wytrzymałość, opanowanie i kompetencje. Tak – one „przeżyły” już niejednego wychowawcę i śmiało wchodziły w rolę członków najwyższej komisji ds. oceny nowego personelu. Momentami było naprawdę ciężko i niejednokrotnie słyszałam, że pan X był lepszy niż ja, że lepiej, żeby mnie nie było… . Na każdym kroku wyczuwałam ich czujność i nieufność.
Mimo wszystko trwałam. Czasem jednak przychodziła refleksja, że to przecież nie mój,
ale ich dom, że może powinnam się podporządkować. Tylko, gdzie w takim razie byłabym ja? Ja, jako osoba, pedagog, wychowawca – przecież miałam im tyle do zaoferowania.
Cierpliwie czekałam, aż zauważą, że nie jestem intruzem, że jestem dla nich i chcę im dać siebie.
Teraz już chyba zauważają, ale naprawdę potrzeba było dużo czasu, żeby zostać przyjętą
do domu. Nie jak gość, nie jak intruz, ale jak członek wspólnoty.

Kiedy kilka lat temu do mojej parafii przyszedł nowy ksiądz, byłam jak te moje dzieci.
Pod lupę wzięłam jego kazania, sposób mówienia, próby adaptowania się w nowym miejscu i angażowanie się w życie naszych wspólnot parafialnych. Byłam krytyczna i niejeden raz
w rozmowach z różnymi osobami pozwalałam sobie na porównania. Poprzednik nowego księdza był nasz, a nowy wikary jawił się jako ktoś zupełnie obcy, nieprzystający do naszego „domu”. Mówił inne kazania, nie uśmiechał się do dzieci, trudno nawiązywał relacje. Niejeden raz wzdychałam do przeszłości – żeby wrócił ten nasz, że lepiej by było … .
Dużo czasu minęło, zanim my, jako parafia zaakceptowaliśmy nowego księdza. Zanim
go przyjęliśmy – nie fizyczne, ale sercem. Dużo krytyki miało miejsce zanim naszą czujność i nieufność zastąpiła otwartość na wszystko, co miał nam do zaoferowania „świeży” członek wspólnoty.
Dziś wiem, jak ciężko musiało mu być. Nie było siedemnastu par oczu i uszu, ale
o wiele wiele więcej. O wiele więcej oczekiwań, „wiem lepiej”, zawoalowanych „niech ksiądz się podporządkuje i będzie taki jak MY chcemy”.
Ile lęku, obaw, niepewności pojawiło się wtedy w kapłańskim sercu, które w nowym dla siebie miejscu i środowisku miało być naszym pasterzem – „z ludu wziętym, dla ludu ustanowionym”?
Ksiądz przetrwał i został w naszej parafii dość długo, dzięki czemu stał się Nasz.
Kiedy odszedł, zrozumiałam jak wiele dobra po sobie pozostawił. I podziękowałam mu,
z wielkim żalem przepraszając za to, co myślałam wcześniej.

Odnosząc to wszystko do swojego doświadczenia, uzmysławiam sobie, że nie jest łatwo wejść w środowisko, w którym wszystko jest już poukładane, gdzie oczekuje się od nas,
że wpiszemy się w pewne schematy, zapominając o tym, co ze sobą chcielibyśmy wnieść. Nie jest też łatwo być następcą kogoś, kto swoim byciem, swoją osobą mocno wpisał się w daną wspólnotę, czy to parafialną, czy jakąkolwiek inną.
A przecież każda nowa osoba wraz ze swoją innością przynosi również powiew świeżości. Tak patrząc mamy szansę również dać szansę – na łatwiejsze wejście w środowisko i na wcześniejsze odnalezienie tego, co łączy a nie dzieli. Dotyczy to również księży, których przyjmujemy w naszych wspólnotach.
W środowiskach, które od lat są naszym domem. Kapłanów, którzy wciąż na nowo stają przed podobnymi wyzwaniami, mierząc się po raz kolejny z oczekiwaniami coraz to nowych par wpatrzonych w nich oczu i uszu.
I jeszcze warto byłoby podziękować – za tę cierpliwość do nas wiernych, tak często niewierzących, że naprzeciwko nas stoi człowiek. Kapłan –  człowiek, tak samo pełen pytań, wątpliwości, lęków i niepewności o jutro, zerkający zza ołtarza na twarze nieoswojone, nieznane, a czasem niepokojące.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Lakierki i sukienka

Idziemy kupić buty. Już w pierwszym sklepie widzę zachwyt w małych oczkach. Są! Wymarzone czarne lakierki. Oczywiście mój pragmatyzm zakłada, że kupimy takie buty,
w których będzie można wędrować po różnych ścieżkach, a nie tylko białotygodniowych. Lakierki nie wpasowują się w mój plan. Próbuję więc oponować:
– A może kupimy te, które stoją obok?
– Nie.
– Przecież są bardzo ładne, chociaż przymierz.
– Nie ma lakierków, nie ma Komunii.
Yyyyyy……… .

Jest wieczór i usiłuję zapędzić towarzystwo do łóżek. Z jednego z nich odzywa się lakierkowy szantażysta:
– Pani Dorotko, a będzie pani na mojej I Komunii?
– Tak, będę.
– To musi się Pani ładnie ubrać. Najlepiej w sukienkę. Może być czarna.
– A nie może być żółta?
– Żółta też może być.
Ufffffff ……… .

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Dzieciństwo jawnogrzesznicy

Poznałam Jadzię dawno temu. Byłyśmy wtedy małymi dziewczynkami i pewną część roku spędzałyśmy w bezpośrednim sąsiedztwie. Lubiłyśmy bawić się razem, ale był pewien problem. Z Jadzią trudno było się porozumieć. Niezrozumiały był bowiem jej język.
W zabawie nadrabiałyśmy wiele gestami, lecz z czasem nasze drogi zaczęły się jakby rozchodzić. Być może za sprawą dorosłych i zasłyszanych słów odkryłam, że moja towarzyszka zabaw nie jest taka jak ja. Słyszałam szepty, że nieprawidłowo się rozwija,
że może jest opóźniona a może to jakaś choroba, w każdym razie wszyscy widzieli, a chyba nawet w swoim własnym poczuciu WIEDZIELI, że jest INNA.
W pewnym momencie Jadzia zniknęła. Nie spotykałam jej przez długi czas. Było to chyba nawet kilka lat. Kiedy wreszcie skrzyżowały się nasze drogi, to wtedy ja zauważyłam,
że moja koleżanka jest inna. Uśmiech nie schodził z jej twarzy, mówiła wyraźnie, zrozumiale dla każdego. Nowa Jadwiga. Ten czas, kiedy jej nie było spędziła w szkole
dla dzieci niedosłyszących. Na szczęście znalazł się ktoś, kto późno a nawet bardzo późno odkrył, że jej problemy z komunikacją wynikają nie z upośledzenia, ale z niedosłyszenia. Długo musiała nadrabiać to, co my – dzieci słyszące miałyśmy od początku – świat słów
i jednocześnie świat porozumiewania się. Trochę czasu zajęło też przekonanie świata,
że inna, to niekoniecznie gorsza… .

Tomek to już inne pokolenie. Jest w wieku mojego syna. Dziś już dorosły, sam kieruje swoim życiem. Ale kiedyś, kiedy był małym chłopcem to otoczenie kształtowało go jako człowieka. Środowisko w którym dorastał uczyło go jak nazywać poznawane rzeczy
i jak porozumiewać się z innymi. Rodzice robili to tak, jak sami umieli, a chłopiec naśladował swoich najbliższych i funkcjonował w taki sam sposób jak oni. Jednak, kiedy poszedł do szkoły stanął przed ścianą, której nie umiał pokonać. Nikt z rówieśników
i opiekunów nie rozumiał go. Nikt nie znał znaczenia wypowiadanych przez niego słów.
Nie był obcokrajowcem, a jednak jakby nie z tego świata. Tomkowi groziło odrzucenie. Dobrze, że znalazł się ktoś, kto zrozumiał skąd biorą się problemy i pomógł dziecku poprawić to, co w nieświadomy sposób przekazali mu rodzice. Długie miesiące pracy
z logopedą dały Tomkowi szansę dobrego funkcjonowania nie tylko w świecie rówieśników, ale również w całej społeczności. Na szczęście udało się zapobiec stygmatyzacji, która była już tuż tuż.

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy nie było czym się zachwycać. Sześcioletnie dziecko, które w przerażający sposób przypominało małe zwierzątko. Posklejane włosy trzeba było obciąć możliwie jak najkrócej, żeby pozbyć się kołtunów. Komunikaty wysyłane przez całe ciało, uzmysławiały nam, że strach jest jej codziennością. Strach, który towarzyszył jej
od dawna, niemalże od początku. Strach dziecka zamykanego w komórce.
Powolutku uczyła się wszystkiego. Od korzystania z toalety, poprzez jedzenie sztućcami
i porozumiewanie się z otoczeniem. Nie znała słów – nie wiedzieliśmy czy cokolwiek rozumie, bo mówić nie potrafiła. Chyba nigdy nie zapomnę rozdzierającego wrzasku
czy raczej jęku, który wydobywał się z jej ust, kiedy chciała czemuś zaprotestować.
Ale nie zapomnę również tego momentu, kiedy przykładając dłoń do ust lub do podbródka próbowała wypowiadać pierwsze sylaby. I tego cudownego, zakończonego uśmiechem na jej buzi „ko, ko”.
Tak Oliwko, tak robi kura.

Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!»

Nie potępiaj, to również nie oceniaj. Tak to rozumiem. Nie wiesz dlaczego ktoś nie mówi, dlaczego płacze na środku ulicy, dlaczego nie posługuje się nożem, ucieka w ciszę
albo rzuca się w wir życia nie patrząc za siebie. Dziwisz się, że nie umie żyć tak jak ty.
A przecież najczęściej nie znasz historii jego życia i nie jesteś w stanie przewidzieć jak sam odnalazłbyś się w jego codzienności. Często przerażająco trudnej.
Jakie było dzieciństwo jawnogrzesznicy? Może była Jadzią a może Oliwią?
Może jej życie nie było wyborem, a raczej konsekwencją? Wypadkową tego, co było kiedyś, co było wcześniej, co ukształtowało jej przyszłość… .

Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz».

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Pan Szewc

Zanikający zawód, a właściwie mistrzostwo.
Odwiedziłam go dzisiaj z tak zwanej wyższej konieczności. Miało to trwać dwie minuty,
a wyszło jak zwykle. Bo zwykle kiedy odwiedzam Pana Szewca, to dzieli się ze mną swoimi dylematami, komentuje świat i jego zawiłości. Ot, takie pogawędki bez kawy.
Nie uciekam od tego, bo widzę w tym człowieku ogromną potrzebę spotkania. On cieszy się każdym klientem i z każdym zamienia kilka (właściwie to wiele więcej) słów. Sceptyk powiedziałby, że cieszy się, bo zawsze to zarobek. Otóż nie zawsze. Już kilka razy zdarzyło mi się, że za – jak to określił Pan Szewc – „takie tam byle co” nie brał zapłaty, bo – tu znowu zacytuję – „proszę Pani, ja pieniędzy nie potrzebuję, mam ich dużo. Ja to robię dla przyjemności”. Taka to fanaberia człowieka starszej daty. On naprawdę cieszy się każdym, kto go odwiedza.

Mieliśmy ostatnio rodzinne spotkanie. Takie przepełnione przywoływaniem tego,
co minęło, wracaniem do obrazów sprzed lat i do tego, co jakoś szczególnie utkwiło nam
w pamięci. Jedna z osób wspominała spędzane u dziadków na wsi wakacje. Dom był bardzo oddalony od innych gospodarstw i również z dala od głównej drogi – tej „do miasta”. Rzadko kiedy ktokolwiek tamtędy przejeżdżał. Ale od czasu do czasu wstępował do dziadków listonosz. Mój kuzyn opowiadał, że widział jak znaczące było to wydarzenie. Dziadek przerywał wtedy pracę niezależnie od tego, co akurat robił – czy było to zbieranie siana, czy koszenie zboża. Odprowadzał na bok konia, przynosił coś do picia, zasiadał
z listonoszem i delektował się usłyszanymi nowinkami ze świata. Śmialiśmy się, że dziadek logował się na FB.
A później opowiadał mój tata. Wspominał dorosłe rozmowy dziadków, rodziców, wujków
i cioć. Opowiadał, jak wyganiali wtedy ich – najmłodsze pokolenie z pokoju, bo sprawy dorosłych nie były sprawami dzieci, którym to jednak czasem udało się to i owo usłyszeć. Wtedy hierarchia była obowiązującym prawem. Najważniejszy głos należał do starszyzny.
W nawiązaniu do tych opowieści i mojej dzisiejszej rozmowy z Panem Szewcem pomyślałam, że brakuje mi takich rozmów. Rozmów, w których ludzie szanują siebie nawzajem. Brakuje mi tej radości z rozmowy, która jest spotkaniem z drugim człowiekiem, takiej oczekiwanej i celebrowanej.
Czy to już zaginęło i czy trzeba tego uczyć od podstaw? Wokół słychać tyle rozmów,
w których wulgaryzmy zabijają treść, kłótni o to, kto ma mówić a kto słuchać, tych postrzępionych przerywaniem sobie nawzajem „dialogów”. Gdzie w tym jest miejsce na spotkanie i szacunek? Mam nadzieję, że to nie jest brak chęci do rozmowy, a tylko (aż?) nieumiejętność.

Mój tata skończył już siedemdziesiąt lat. Jest doskonałym partnerem do dyskusji. Obserwuję to, kiedy do rozmowy z nim zasiada mój syn. Rozmawiają o rzeczach ważnych
i bardzo ważnych, o polityce, historii, przeszłości i przyszłości i po prostu – o życiu. Łączą ich więzy rodzinne, ale też wiele różni – wiek, czasy w których przyszło dorastać, wiedza,  zainteresowania i oczywiście doświadczenie. A jednak rozmawiają niesłychanie pięknie. Zresztą rozmówców mojemu tacie nie brakuje i zauważyłam, że jest w tych rozmowach
z jednej strony traktowany jak partner, a z drugiej jak nestor rodu, z całym należnym mu szacunkiem i autorytetem. Może właśnie dlatego, że potrafi pięknie rozmawiać, dając swojemu rozmówcy odczuć, że rozmowa jest dla niego spotkaniem i czymś w tym danym momencie niesłychanie ważnym. I zapewne dlatego, że szacunek jakim darzy ludzi pomaga mu dostrzec w każdym równego partnera do rozmowy.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Pod prąd ale z nadzieją

To był trudny tydzień. Wielkimi krokami zbliża się termin I Komunii Świętej, a co za tym idzie – szukam „po świecie” świadectwa chrztu. Nie jest to łatwe, kiedy jedyną wskazówką jest miejsce zamieszkania w „okolicach” daty urodzenia. I jak się okazuje, ta wskazówka może prowadzić donikąd. Szukanie po omacku nie przybliżyło mnie do celu, więc ruszyłam inną drogą. Postawiłam na jedną kartę i zmusiłam nieobecną w życiu dziecka matkę
do kontaktu ze mną i co za tym idzie, być może do kontaktu z dzieckiem. Po wielu miesiącach czekania na jej gest, na telefon, na choćby jedno pytanie o dziecko… .
O jej dziecko.

Czasem czuję tak, jakbym płynęła pod prąd. Nie dość, że trudno, to jeszcze wszyscy pukają się w czoło. Albo tak jak teraz, stają w opozycji do moich działań – niezrozumienie, krytyka i tak zwane dobre rady, czyli – rób tak jak my, jest bezpieczniej. Tym razem usłyszałam,
że to matka powinna kontaktować się ze mną, a nie ja z nią, że to jej obowiązek i najlepiej, gdybym pozostała bierna.
Ustawa nakłada na nas – opiekunów obowiązek pracy z rodziną. W praktyce, najczęściej jest to rodzina mocno dysfunkcyjna, gdzie przemoc, alkohol, demoralizacja to codzienność. Rodzice z ograniczonymi lub odebranymi prawami rodzicielskimi, nieumiejący lub niemogący zapewnić dziecku/dzieciom właściwej opieki. Nie pracuje się z nimi łatwo,
lub co bardzo częste – nie pracuje się z nimi wcale. Dlaczego? Bo w wielu przypadkach rodzice zaprzestają kontaktów z dziećmi a nam jest wtedy łatwiej. Nie utrudniają codzienności, nie psują pracy, nie krytykują (!), czyli nie przeszkadzają. Nie burzą „spokoju” dziecka, bo bywa tak, że po kontakcie z rodzicem wychowanek wraca
do równowagi przez kilka dni.
Bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę samouwielbienia – my opiekunowie wiemy lepiej… .
To my jesteśmy z dzieckiem na co dzień, jesteśmy pedagogami i przede wszystkim naprawiamy to, co zepsułeś TY rodzicu! Sama często przyjmuję taką postawę i takie myślenie. Obłędnie się tego boję, ale czasem bardzo trudno odciąć się od tego wiedząc,
jaki los zgotowali dzieciom najbliżsi.
W takich momentach staram się wracać do moich autorytetów i właśnie wtedy nabieram powietrza w płuca i płynę pod prąd. Oni wiedzą, że dziecko nie będzie rozwijało się prawidłowo w poczuciu odrzucenia. Będzie racjonalizowało błędy rodziców, żeby tylko móc czuć się chciane, ważne. I zakwestionuje wszystko, cokolwiek będziemy chcieli mu wpoić, jeśli zauważy, że my nie akceptujemy jego przeszłości. Jeśli choć przez moment poczuje,
że nie umiemy szanować jego mamy czy taty, choćby miało najgorsze z nimi wspomnienia, to nie przyjmie niczego, w co będziemy chcieli je wyposażyć. Tak to działa i żaden bunt tu nie pomoże. Najgorszy rodzic będzie lepszy i ważniejszy niż jakakolwiek nasza pomoc, choćby największy nasz wysiłek.
To nie jest tylko teoria. Dziś mogę powiedzieć, że właściwa postawa wobec rodzica niezwykle pomaga i wiele ułatwia, niewłaściwa niweczy niejeden wysiłek. Co więcej –
w przypadku tej pierwszej dzieją się cuda. Dziecko, które zauważy nasz szacunek dla rodzica (nie dla czynów, ale dla człowieczeństwa) spojrzy na wychowawcę innym wzrokiem.
Pamiętam, kiedy pewnej mamie powiedziałam, że pięknie tego dnia wygląda, to nastąpił przełom. Mój wychowanek zaczął współpracować. Po miesiącach szarpaniny zaczął słuchać, rozmawiać. Bo on, choć wiedział, jak to naprawdę jest z jego mamą, to wymagał dla niej szacunku. I był gotowy do walki z każdym, kto nie będzie umiał go okazać.
Kolejne zdarzenie – chłopiec, który nie mówił nic o swoim domu i o rodzicach, oraz o tym co przeżył. Powiedziałam mu, że słyszałam, że jego mama umie pięknie posprzątać dom.
I zaczął o niej mówić. Zaczął też sprzątać… .
I jeszcze jeden przykład – dziewczynka, która buntowała przeciwko wszystkiemu, kwestionowała każde moje słowo. Praca z nią, to była ciągła walka. Dziś umie posłuchać. Mama dzwoni coraz częściej. Dlaczego? Bo opowiadam jej o córce , rozbudzam mamy ciekawość, chwalę dziewczynkę. I myślę, że w matce rodzi się przeświadczenie, że nie jest taką najgorszą matką, skoro ma dobrą córkę. Rodzi się w niej nadzieja, a z niej wypływa siła do zmiany. To są naprawdę cuda. Na razie małe, może nawet maleńkie, ale jednak cuda.  Jasne, to nie jest tak, że już wszystko układa się dobrze, alkohol przestaje płynąć,
a dzieci wracają do domów. Ale to jest początek drogi. Bardzo długiej drogi do lepszego życia. Czasem dla jednej, a czasem dla obu stron.

Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym figowcu, a nie znajduję. Wytnij go, po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok go pozostaw, aż okopię go i obłożę nawozem; i może wyda owoc. A jeśli nie,
w przyszłości możesz go wyciąć”.
/Łk 13,7-9/

Myślę, że rok nie wystarczy. Trzeba wielu lat, ale mam przeświadczenie, że warto próbować okopywać i okładać nawozem. Może doczekamy się owoców. A jeśli się nie uda?
W przyszłości kto inny osądzi.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Nikogo nie zmienię

To co dziś, to raczej żadne odkrycie. A może jednak? Może olśnienie, odnalezienie światełka w mroku?

Nikogo nie zmienisz, ale możesz sprawić, że on sam będzie chciał się zmienić.

To jest sedno mojej pracy i do tego powinnam wracać. Ba, wręcz chcę wracać, bo wtedy
jest o wiele łatwiej.
Ta refleksja pomaga nie płakać nad porażką, nie zżymać się, że tak się starałam i nic, że tyle daję, a groch odbija się od ściany…  Gdy wracam do niej, nie czuję niemocy, bo MOC przychodzi z góry przez zrozumienie.
Nie zmuszę nikogo, żeby był inny, żeby chciał być lepszy, żeby pracował nad sobą, zmieniał swoje życie i miał nadzieję. Ale spróbuję pokazać, że ta nadzieja jest, że można inaczej,
że zawsze jest szansa, że każdy jest cudem, choć czasem odrzuconym…
I dam siebie, z moją siłą, którą Ty mi dasz. Wierzę w to, bo wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Grzeczna czy grzeszna?

– Wiki, powiedz coś o sobie. Jak minął dzień, co się wydarzyło – od początku.
Dziewczynka powoli, bardzo powoli, jak żółw ociężale próbuje powiedzieć cokolwiek. Kombinuje, bo nie wie, czego oczekujemy.
– No, byłam grzeczna… – to prawie szept.
– Grzeszna? – próbujemy żartować. Ale po drugiej stronie pojawia się konsternacja.
– Nie, no chyba byłam grzeczna.
– To spróbuj przedstawić siebie jak najlepiej. Powiedz o wszystkich dobrych rzeczach,
które się wydarzyły odkąd wstałaś, że np. wstałaś uśmiechnięta.
– ………..
– Spróbuj, to taka autoprezentacja, mów tylko o tym co było dobrego.
– Yyyyyyy…., ummmm….., no nie wiem…
Próbujemy inaczej:
– Czy uderzyłaś dzisiaj kogoś, obraziłaś słowem, podstawiłaś nogę?
– No, chyba tak…

Wika ma 11 lat. Wiele razy słyszała i wciąż słyszy, że jest głupia, beznadziejna, idiotka,
że jest świnią itp. Słyszy też wiele innych obraźliwych rzeczy, których z przyzwoitości tutaj nie przytoczę. I zaczęła w to wszystko wierzyć. Chociaż za każdym razem broni się przed tymi oszczerstwami (zresztą w podobny sposób), to gdzieś głęboko, na dnie jej jestestwa powstał zły obraz. Obraz kogoś, kto o sobie nie wie nic dobrego.
Zanim sama poznała siebie, już wiedziała jak widzą ją inni, choć ten obraz mocno mija
się z rzeczywistością. I przyjęła to, uwierzyła że taka właśnie jest. Takie „nic dobrego”.
Jak teraz to wszystko odwrócić? Jak zbudować prawdziwy obraz?
Długa droga przed nami. Bardzo długa, żeby pokazać temu dziecku, że jest w niej ogrom dobra, że jest piękna, wrażliwa, zdolna, delikatna, mądra.
Czas start, liczy się każda chwila, bo żeby osiągnąć efekt, trzeba będzie od nowa przepracować dotychczasowe 11 lat.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 6 komentarzy

Nie, nie, nie!

– Kubusiu, wstań proszę.
– Nie.
………………………..
– Kubusiu, umyłeś się?
– Nie.
– To proszę umyć buzię i zęby.
– Nie, nie, nie!
…………………………
– Kuba, zjedz przynajmniej jedną kanapkę.
– Nie.
………………………..
– Kubuś, wychodzimy do szkoły.
– Nie.
– Ok, to my wyjdziemy, pojedziemy samochodem, a ty pójdziesz pieszo…
– Nie!
………………………..
– Kuba, kurtka!
– NIE, NIE, NIE! Niech się pani do mnie nie odzywa!!! (odgłos trzaskających drzwi).
………………………..
– Wskakujcie do samochodu.
– Nie, idę na piechotę (+ mina „i co mi zrobisz?”).
– Kuba, wsiadaj do samochodu.
………………………….
– Dzieciaki, poproście mnie o coś 😉
– Niech Pani nam coś kupi.
– Nie.
– To niech Pani nam coś da.
– Nie.
– A może Pani coś fajnego nam  przyniesie…
– Nie.
– Może zabierze nas Pani gdzieś?
– Nie.
– …….
– Nie.
– …….
– Nie.
……………………………
– Proszę Pani, a kiedy ma Pani następny dyżur?
– Jutro.
– To dobrze (wzrok błądzi gdzieś po podłodze).
– Kubusiu, chciałbyś żebym Cię przytuliła?
– Tak, bardzo.

PS.
YES, YES, YES 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 YES, YES, YES 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Dzieci, które się nie śmieją

Uwielbiam się śmiać, zwłaszcza takim śmiechem, po którym boli całe wnętrze. Takim,
przy którym  muszę trzymać się za brzuch, bo boję się, że coś w nim pęknie.
Już dawno zauważyłam, że brak takiego „uśmiania się po pachy” jest dla mnie równią pochyłą, po której stacza się moje dobre samopoczucie. Śmiech jest jak doładowanie akumulatora. Zawsze pomaga, dostarczając mi chęci do działania, energii i siły do tego, żeby ruszyć z miejsca tworząc cokolwiek, czy to coś na miarę arcydzieła, czy choćby zwykłą pomidorową, ale z miłością. Powoduje, że chce się chcieć.

Tak, śmiech mnie uskrzydla i uwielbiam ten stan, w którym biorę głęboki oddech zachłystując się nową siłą, nadzieją, radością… Moje życie paradoksalnie nabiera kolorów wtedy, gdy po twarzy płyną strumienie łez, które trudne są do powstrzymania. Kocham
ten stan, pożądam go.
Śmiech jest moim lekarstwem i odtrutką na wszystkie smutne stany. Cieszę się nim, a on cieszy się „całą mną”.
Pamiętam, był taki czas, że nic mnie nie cieszyło i tak bardzo wtedy za nim tęskniłam – za tym moim turbodoładowaniem. Błądziłam w tęsknocie, bo nie umiałam znaleźć drogi, która pomoże wyjść z ciemności smutku. I w tej ciemności, bez światła nie umiałam też znaleźć lekarstwa.

Dziś ten stan odnalazłam w moich „przytulonych” dzieciach. One tak rzadko się śmieją, tak mało w nich prawdziwej radości. Tej, która rozjaśnia spojrzenie, jest panaceum na smutki, których nie mogą unieść. Zrozumiałam, że chociaż dałabym im worek prezentów, stworzyła niesamowite warunki bytowe, wsparła ich edukację, przeprowadziła milion rozmów wychowawczych, próbowała rozbudzić nadzieję na lepsze życie, to nic nie wskóram, jeśli nie dam im radości.
Nie wiem jak to zrobić. Nie mam pojęcia jaki dać powód do trzymania się za brzuch i cieszenia się z łez płynących po policzkach ale wiem, że to jedyna droga do nadziei.
Mam marzenie, żeby umiały śmiać się z niczego zamiast nawzajem z siebie. Nie chcę, żeby ich śmiech wyszydzał, ranił i niszczył, ale żeby zaraźliwie dawał siłę i był napędem
do zmiany życia. Żeby rozjaśniał ciemność, oddalał lęk i czynił dzieciństwo lepszym.
Boli mnie to, że dzieci w Domach Dziecka mają tak mało dziecięcej radości, że zranione przez dorosłych gubią po drodze oręż do walki ze smutkiem, apatią i brakiem nadziei.

***
Kiedy skończyłam pisać to, co powyżej przypomniała mi się inicjatywa księdza Krzysztofa, który poprosił swoje wierne parafianki o tym by modliły się o konkretne dzieci z Domu Dziecka.
A może by tak pójść dalej? Może skoro jest akcja otoczenia modlitwą nienarodzonych,to warto byłoby pomóc w ten sposób dzieciom narodzonym, ale tak bardzo pokrzywdzonym? Może chociaż niektóre z nich odzyskałyby blask w oczach?

***
Jeśli to czytasz, pomódl się proszę za Izę, Julię, Kamila, Wiktorię, Ksawerego, Kacperka, Patryka… Pomódl się za inne dzieci, daj im siłę.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Jak to się stało?

Zajrzałam tam na moment i ugrzęzłam na dwie godziny. Rok po roku, miesiąc po miesiącu przeglądałam wszystkie wpisy i czytałam udostępnione posty. Odsłuchiwałam polubioną muzykę i na przemian śmiałam się, wzruszałam i zamyślałam. Przewertowałam tak kilka lat FB-owego życia. I co? Spodobało mi się. Polubiłam tę osobę, której życie oglądałam jakby wstecz. A jaka ona jest?

  1. Kocha dzieci. Jest wrażliwa na ich potrzeby i na krzywdę jakiej doświadczają.
  2. Sama jest jak dziecko. Potrafi śmiać się i bawić, całkowicie zapominając
    o konwenansach :).
  3. Uwielbia kolorową, roztańczoną starość. Taką bez metryki.
  4. Wierzy w dobre anioły i dobro w ludziach.
  5. Patrzy w przyszłość z nadzieją, a w każdym razie mocno się stara.
  6. Stawia sobie wyzwania i każdy nowy, nadchodzący rok wita nie tyle z listą rzeczy
    do zrealizowania, co z pewnym przesłaniem.
  7. Wiele rzeczy jej się udało, choć na co dzień tego nie zauważa. Ale Facebook, jak cierpliwy papier – przyjął i zapamiętał, a teraz przypomina.
  8. Kocha życie. Takie zwykłe, codzienne, z uśmiechniętą kawą w ulubionej filiżance.
  9. Zbiera „mądre myśli”, które są jak „przypominajki”. Stawiają do pionu i uwrażliwiają na to, co ważne, potrzebne, niepowtarzalne i budujące.
  10. Lubi słowa. Dzieli się nimi, ujawniając myśli zrodzone z wielu przemyśleń.

W moich myślach powstał portret z posklejanych obrazów, dźwięków i słów. Ładny.
Zajrzałam w przeszłość, która otworzyła mi oczy.
To ja, w każdym z tych punktów jestem ja. Wróciłam do siebie sprzed miesięcy i lat. Przypomniałam sobie, co mnie cieszyło kilka lata temu, z radością odkryłam, że zrealizowałam pewien plan, zrozumiałam, że ze wszystkich zmagań i wyborów powstała moja droga. Tylko moja, bez lęków o ocenę i opinię. Dokonałam dobrych wyborów…
I w jakiś cudowny sposób polubiłam samą siebie. To było jedno z najtrudniejszych moich życiowych wyzwań, ale chyba się udało.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj