Bóg stworzył nas dobrymi. Nie mogło być inaczej, bo przecież powstaliśmy na Jego obraz
i podobieństwo. Niby to takie oczywiste, a jednak… A jednak trudno w to uwierzyć, kiedy czasem w zachowaniach niektórych ludzi ciężko odnaleźć choćby pierwiastek dobra.
Dużo łatwiej natomiast wymienić całą litanię ich wad, czy też długą listę przewinień.
Mimo wszystko, niemal zawsze i czasem wbrew wszystkim faktom czułam, że nikt ze swej natury nie jest zły. Nie jest, bo Bóg jest dobry, jest dobrem i niemożliwe, żeby stworzył nas złymi.
A co myślałam o sobie? To już inna bajka. Myślałam różnie, rzadko dobrze. Aż do teraz.
Aż do chwili, kiedy całym sercem a zarazem zupełnie nagle, bez analizowania
i zastanawiania się poczułam, że jestem dobrym człowiekiem. To było jak rażenie piorunem – nagłe, zaskakujące, mocne. A jednocześnie delikatne i niezwykle jasne, ciepłe
i miłe. Naprawdę poczułam wtedy, że mam w sobie tylko dobro. Cała jestem dobrem i taka chcę być. Zawsze.
Doskonale wiem, że nie jestem ideałem. Potrafię się złościć i to bardzo. Bywam mocno krytyczna, samolubna i niesympatyczna. Miewam humory i wahania nastrojów, a czasem chciałabym niektórych… Nie, nie przyznam się. Lepiej się nie ujawniać.
To wszystko składa się na mój obraz. Ale czy to jestem najprawdziwsza „ja”?
Przecież tak naprawdę nie mam w sercu tej złości, którą czasem (może nawet często) potrafię wylać na innych. Nie chcę rzucać talerzami, przeklinać czy też komukolwiek
źle życzyć. Zdarza się tak, ale to po prostu wymyka się spod mojej kontroli. Niestety.
Prawdziwa „ja” cierpi, kiedy traci kontrolę nad swoim zachowaniem. Żałuje każdego wypowiedzianego złego słowa. Płacze nad ludzką biedą. Wzrusza się starością
i bezbronnością. Chciałaby dawać ludziom uśmiech i nadzieję. I tysiące razy podejmuje próby pracy nad swoimi charakterem. To jestem prawdziwa ja. Taką się znam i taką się czuję. Taką mnie stworzył Bóg. I chwała Mu za to, bo nie moja w tym zasługa.
Od tej niezapomnianej chwili, kiedy poczułam w sobie ten ogrom dobra staram się jak najczęściej wracać do tego. To ciepło, to uczucie szczęścia spowodowało, że chcę już całkiem świadomie być dobrem (bo dobra jestem z natury stworzenia). Chcę odgrzebywać to dobro spod sterty masek i dziwnych zachowań, w jakie się ubierałam i jakimi się zasłaniałam.
I jestem od dziś mocno przekonana, że tacy wszyscy jesteśmy – dobrzy. Nawet wtedy,
gdy potrafimy skrzętnie to dobro maskować. Żeby nie dać się wykorzystać, żeby nikt nie
poznał naszych prawdziwych, delikatnych uczuć, żebyśmy mogli mieć władzę nad innymi, żebyśmy byli uważani za mocnych – takich, z którymi inni muszą (muszą!, nie chcą) się liczyć. Nauczyliśmy się ukrywać nasze dobro, nazywając je słabością. Zwalczamy w sobie odruchy serca i pędzimy przez świat rozpychając się łokciami. Stalowi, niezniszczalni, waleczni w walce o swoją rację, ale w tej gonitwie nieprawdziwi.
Daliśmy się oszukać złym podszeptom, że to właściwa droga. Pozwoliliśmy się oszołomić upadłemu aniołowi, którego boli nasze dobro. Zapomnieliśmy, albo nie chcemy wierzyć
w to, że on zrobi wiele, o ile nie wszystko, żebyśmy grali tak jak nam zagra. Żebyśmy przestali być sobą. Obarczy nas lękiem, odbierze jasność spojrzenia, będzie sterował nami jak marionetkami, podsunie podejrzliwość i wmówi nam, że trzeba być twardym, skupionym na sobie i bezwzględnym.
Wszystko to z zazdrości, bo on dobrym być już nie może.
