50+

Dowcipny pan doktor najpierw mnie zaskoczył, zaraz potem rozbawił. A później pomyślałam, że całkiem fajnie zaczyna się kolejna pięćdziesiątka 😀 😀 😀 .
Wchodzę w to 😀 😀 😀 !!!!

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Moje „nic”

Zdarzyło mi się to już nie jeden raz, lecz wiele razy – gdzieś głęboko w sercu słyszałam głos, który mówił: „zrób to”. Zrób, mimo lęku, który cię ogarnia, mimo niepewności o to czy potrafisz, mimo obaw o skutek tego działania. I nie martw się o to co będzie dalej, bo i tak nie jesteś w stanie odgadnąć przyszłości. Bo przyszłość zna tylko Bóg. A On zdecydowanie może Cię zaskoczyć.

Ewangelia o cudownym rozmnożeniu chleba to opowieść o trosce, z jaką Pan Jezus patrzy
na ludzi. Tam, na pustkowiu Bóg nie tylko uzdrowił chorych, których zobaczył w tłumie,
ale również zadbał o to, żeby nikt z wielotysięcznego tłumu nie był głodny.
I nie ograniczył się do zaspokojenia pierwszego głodu, lecz nakarmił wszystkich do syta. Podobnie z chorymi – nie zmniejszył ich cierpienia i nie opatrzył ran, ale dał im coś więcej – UZDROWIENIE.

Ta opowieść, podobnie jak wszystkie inne z kart Ewangelii to cała skala przesłań.
I to od nas, od czasu i miejsca w jakim jesteśmy zależy, co w danym momencie dotrze
do naszych serc. W moim zasiała dziś coś, co trudno ująć w kilku słowach, bo sięga głęboko i powoduje, że wracam do tych wszystkich chwil, w których słyszałam wspomniany głos. Głos, który wzywał mnie do działania, stawiał przede mną zadania i który ja bardzo umiejętnie potrafiłam zagłuszyć, pominąć lub zakwestionować, wynajdując powody,
dla których mówiłam „nie”. Dlaczego? Bo przed podjęciem działania hamował mnie strach, niewiara we własne siły i przekonanie o słabości, niemocy, niezdolności. Potrafiły one pozbawić mnie nawet chęci podjęcia próby. Czasem przerażała mnie skala działania jakie miałabym podjąć i zestawienie mojej osoby z „pięcioma tysiącami samych mężczyzn”. Polegałam tylko na własnych siłach, a one w moim odczuciu były bardzo kruche.
I to był błąd, który wreszcie dostrzegłam. Zrozumiałam, że problem nie tkwi w mojej słabości, ale w tym, czy chcę na niej bazować, czy raczej zechcę oddać ją komuś,
kto wie co z nią zrobić, jak wykorzystać to, co mam. Kwestia wyboru.
Uczniowie go dokonali. Patrząc na tłumy wiedzieli, że nie są w stanie ich nakarmić.
I mogli przestraszyć się słów Jezusa „Wy dajcie im jeść”, ale nie zasłaniali się wymówkami. Przynieśli Bogu te kilka chlebów i ryb – całe swoje „nic” i pozwolili mu działać.

Dziś wiem, że właśnie tak powinnam postępować. Ja też w odpowiedzi na Boże posłanie powinnam wziąć moje „nic”, czyli każdą wątpliwość, lęk, niewiarę, bezsilność i oddać
to Jemu. On bowiem najlepiej wie jak się tym posłużyć i potrafi wielokrotnie rozmnożyć to, w co mnie już uposażył.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Tacy sami

To był dzień I Komunii Świętej J. I uroczysty dzień dla wszystkich naszych dzieci. Dziewczynki pomogły nakryć do stołu, którego dekoracja wręcz uwodziła bielą
i delikatnym różem kwiatów. Z kuchni roznosił się po domu zapach rosołu.
Przed wyjściem niemal z każdym musiałam przedyskutować strój (bo każdy nastolatek sam najlepiej wie, jak powinien wyglądać). Ale udało się i wszyscy pomaszerowaliśmy
do kościoła z poczuciem, że godni z nas goście.
D. z aparatem na szyi dokumentował wszystko, żebyśmy mogli później powspominać
i „dooglądać” to, co być może umknęło. A z całą pewnością umknęło właśnie mi, dlatego,
że na moich kolanach prawie całą Mszę Św. pochrapywał nasz najmłodszy chłopczyk.
Była nas spora gromadka, ale chyba nie wyróżnialiśmy się w kolorowym tłumie gości. Wszak wszystkie rodziny tego dnia były duże.
I niby wszystko przebiegało pięknie – tak jak dokładnie miało być. A jednak pojawiła się rysa, która jak nóż wbiła się w moje serce i jeszcze w kilka innych serc.

Pod koniec Mszy Św. ksiądz chciał podziękować rodzicom dzieci za pomoc i udział
w przygotowaniach do uroczystości. I właściwie nawet podziękował, ale zapragnął przypomnieć im jeszcze jak ogromna jest ich rola w wychowaniu młodego pokolenia. Wychwalał dobroczynny wpływ domu i obojga rodziców, po czym padły słowa o tym,
że żadna placówka ani Dom Dziecka nigdy dobrze nie wychowa dzieci. I że takie wychowanie to już nie to… .
To nie był potrzebny komentarz. Brakło subtelności i wyczucia chwili, w której jedno
z „tych” dzieci stało przed nim w białej sukience… .
Żałuję, że ksiądz nie widział min i spojrzeń naszych dzieci. Jego słowa mocno zabolały.
I żałuję, że nie było go u nas na wspólnym świętowaniu, kiedy przy stole jedna z dziewcząt wracając do tych słów zapytała drżącym głosem:  „Czy my jesteśmy gorsi? W czym jesteśmy gorsi? Czy jesteśmy niewychowani?”.

Nie jesteście gorsi. Macie marzenia i plany jak każdy z nas. Macie swoje kłopoty i chwile zwątpienia. Często macie też za sobą historie, których nie udźwignąłby niejeden dorosły.
A mimo to potraficie z tym żyć, walczyć o siebie.  Potraficie, jak każde dziecko zaczarować świat swoim uśmiechem i skraść nasze dorosłe serca. Jesteście najlepszą wersją samych siebie. Najlepszą, jaka w danym momencie waszego życia jest możliwa.
I tylko wy wiecie ile was to kosztuje.
A ja marzę o tym, żeby nigdy żadne z was nie musiało wątpić w to, że jest wspaniałe.
I żeby żadna stygmatyzacja nie wyrządziła wam kolejnej krzywdy.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Po dwóch

Rozesłanie. To trudny moment, bo trzeba opuścić Nauczyciela i samemu zacząć nauczać.
To taki moment, kiedy trzeba zweryfikować teorię z praktyką i wprowadzić słowo w czyn.

Każdy z nas w swoim życiu stanął (bądź też stanie) wobec takiej chwili. Wtedy,
gdy opuszczaliśmy rodzinny dom, by z całym bagażem rodzicielskich nauk ruszyć
w samodzielną drogę, jednocześnie swoją postawą głosząc to, co z niego wynieśliśmy.
Czy też wtedy, gdy z dyplomem w ręku szukaliśmy wymarzonej pracy i gdy czekaliśmy,
żeby zdobytą wiedzą dzielić się, budować na niej, nieść dalej w świat to, czego nas nauczono.
Te momenty często niosły ze sobą jednocześnie radość i niepewność. Chęć działania
i pytania o to, czy podołamy, czy umiemy. Czy z podobnymi rozterkami mierzyli się apostołowie? Ci, którzy wędrując za Jezusem, mogli przysłuchiwać się Jego naukom
i czerpać z Jego mądrości w pewnym momencie usłyszeli: „Idźcie i głoście: »Bliskie
już jest królestwo niebieskie«”. Bo jesteście do tego uzdolnieni, bo dostaliście taką moc,
bo potrzeba żniwiarzy… .

Kłosy Pszenicy, Ziarna, Żniwa, Pole

W dzisiejszej Ewangelii św. Mateusz z imienia wskazuje wszystkich posłanych.
I co ciekawe, robi to łącząc ich w pary: Szymon i Andrzej, Tomasz i Mateusz, Jakub
i Tadeusz itd. („Tych dwunastu wysłał Jezus […]” – Mt 10,5). Dlaczego? Czy to przypadek? Chyba nie. Sięgając do innych ewangelistów można dostrzec podobny przekaz.

„Następnie przywołał do siebie dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch”. (Mk 6,7)
„Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch
i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości,
dokąd sam przyjść zamierzał”. (Łk 10,1)

Wszystkich Pan posyłał po dwóch.
Rozmyślając nad tym przypomniałam sobie historię sprzed kilku dni. Poprosiłam pewnego dwunastolatka, żeby poszedł porozmawiać z kimś w ważnej dla niego sprawie. A on, pełen obaw zapytał, czy może z nim pójść kolega.
Chcąc zachęcić chłopca do samodzielności próbowałam przekonać go, że świetnie sobie poradzi. Ale równocześnie przypomniałam sobie, jak sama (będąc w podobnym wieku) wzmacniałam się towarzystwem przyjaciół. I wróciłam do chwil, gdy stałam przed drzwiami pokoju nauczycielskiego ramię w ramię z koleżanką rozdzielając role: „Ja pukam, ty pytasz”. Ramię w ramię, bo było raźniej, było odważniej i jakoś tak trudniej było uciec.
I tak też zapewne było z apostołami, czy też uczniami. Razem było łatwiej i trudniej było się zniechęcić.
Tak, Bóg doskonale wiedział jak rozesłać swoich uczniów. I nawet w takim prostym,
choć „podwójnym” geście pokazał, jak bardzo troszczy się o dobro człowieka.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

 „Niepojęta Trójco, niewysłowiona…” (J 3,16-18)

Nieumiejętność czy też niemożność pojęcia tajemnicy Trójcy Świętej dostarczała powodów do rozmyślań niejednemu świętemu i niejednemu grzesznikowi. I mimo upływu lat i zmian jakie zachodzą wokół nas, mimo większych możliwości poznawczych tajemnica wciąż pozostaje tajemnicą.

Kiedyś przeczytałam opowieść dotyczącą świętego Augustyna, a właściwie jego przygody, która była dopełnieniem poszukiwań, jakie wiódł przez lata, żeby możliwie najdogłębniej poznać Trójcę Świętą.
Otóż św. Augustyn (354 – 430), biskup Hippony, ojciec i doktor Kościoła miał kiedyś sen. Przechadzał się w nim po brzegu morza zagłębiony w rozmyślaniach. Idąc spotkał na plaży chłopca, który muszelką czerpał wodę i przenosił ją do zrobionego w piasku zagłębienia.
Bawiące się dziecko w pewnym momencie powiedziało do biskupa: „Prędzej ja przeleję morze do tego dołka, niż Ty Augustynie zrozumiesz tajemnicę Trójcy”.
Inne źródła podają, że słowa te nie były słowami chłopca, ale przyszły one do głowy samemu świętemu, gdy zobaczył tę zabawę. Ale nie to jest istotą. Ważne jest to, że mimo ogromu poszukiwań i dociekań oraz poświęconym temu latom, Augustyn nie był w stanie odgadnąć na czym polega tajemnica Trójcy. Jej jedność i zarazem osobność.
Zresztą sam święty kończąc wieloletnią pracę nad traktatem „O Trójcy” w pokorze przyznał: „W tym wszystkim, o czym tak wiele mówiłem, nie śmiem uznać, żebym powiedział coś, co by było godne tej najwyższej i niewyrażalnej Trójcy. Raczej wyznaję,
że to przedziwne poznanie przewyższa moje siły”.

Dziś, mimo upływu lat i mimo coraz szerszego dostępu do wiedzy, badań wciąż stoimy w tym samym miejscu, co Augustyn. Poznanie, czy raczej próba poznania tajemnicy Trójcy Świętej przewyższa siły każdego z nas. Tylko, że tak naprawdę Bóg nie oczekuje od nas tego, że Go poznamy, bo zna nasze ograniczenia i słabości. I wie, co jesteśmy, a czego nie jesteśmy
w stanie osiągnąć. Ale oczekuje naszej gotowości do poznania, naszego „credo”. Bóg chce abyśmy chcieli w Niego uwierzyć.

„Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał,
aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne.”

Choć to też może wydawać się niepojęte, to w przyjęciu tej prawdy pomaga optyka miłości. Bo tylko kochając można ofiarować tak wiele.
Taka miłość, pełna i nieskończona uczy przebaczać i cierpliwie czekać. Bóg oczekuje nas
i nie potępia, ale daje kolejne szanse na to, byśmy chcieli uwierzyć w Jego miłość, żebyśmy pragnęli zbliżyć się do Niego mimo, że tak niewiele rozumiemy.
Bo jak to pięknie ktoś powiedział „Bogu nie chodzi o ludzi. Bogu chodzi o człowieka”.
O każdego z nas.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Specjalny dar (J 20,19-23)

Przyzwyczajeni do pewnych wyobrażeń, a co za tym idzie – pełni ograniczeń myślowych, najczęściej nie potrafimy wyobrazić sobie tego, jak może działać Duch Święty. Jest to tym trudniejsze, że On działa jak chce, gdzie chce i czuwając nad nami do każdego przemawia indywidualnie. Do każdego innym językiem. Żeby to działanie odkryć, trzeba Go przyjąć
i jednocześnie pozwolić na to, żeby działał mocą darów, jakie dla nas przeznaczył.
Bo jak mówił ks. Sopoćko: „Bóg nigdy nie krępuje wolnej woli człowieka i jeżeli chce
mu łask swoich udzielić, wymaga, by człowiek sam łask tych zapragnął…”.

„Weźmijcie Ducha Świętego. Którym odpuścicie grzechy,
są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.

Słowa skierowane do uczniów zawsze wydawały mi się bezpośrednią dedykacją
dla kapłanów. Bo to przecież przez ich posługę w konfesjonale Bóg odpuszcza grzechy tym, którzy chcą się z Nim pojednać. I tak oczywiście jest. Ale dziś jeszcze jedna myśl zaświtała
w mojej głowie po przeczytaniu tych słów. Taka, że to przesłanie jest także dedykowane
dla mnie.

Wielokrotnie zostałam zraniona. Obrażona słowem, obelgą czy fałszywą oceną. Każdorazowo łączył się z tym pewien ból, który zagnieżdżał się w myślach, a czasem w całym ciele odbierając siły, chęć do działania i radość. Rany, które powstawały w wyniku takich zranień trudno było unieść i zachować w sobie pogodę ducha (no właśnie – ta gra słów może być pięknym odwołaniem do Ducha Świętego). Oprócz tych osobistych odczuć, uraza i żal rodziły niechęć do sprawcy. Trudno było nawet myśleć o przebaczeniu.
I zapewne nie byłoby ono możliwe, gdyby nie „zawiał wiatr”, gdyby nie pojawił się Duch, gdybym nie zechciała go przyjąć… .

„Weźmijcie Ducha  Świętego”. Decyzja o Jego przyjęciu jest w takich chwilach lekarstwem na obolałe serce i duszę. To właśnie On uzdalnia nas do odpuszczenia grzechów,
czyli do przebaczenia. Dzięki Jego pomocy możemy uleczyć naszą duszę z nienawiści
i złości, uwolnić się od chęci odwetu i ponownie wprowadzić w nasze życie harmonię.
A przy okazji dostrzec, że  ten, kto nas krzywdzi najczęściej sam jest mocno zranionym człowiekiem.

 „I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami,
 tak jak im Duch pozwalał mówić”. (Dz 2,4)

 Tak, duch Święty ma moc, by nauczyć nas innego język. Czasem bardzo niezrozumiałego dla otoczenia – języka miłości. I czasem nawet nas samych może zdziwić to, jak i co potrafimy powiedzieć, jeśli tylko pozwolimy, by On nam podpowiadał.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Kiedy On wróci?

Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego (Mt 28,16-20) 

Galilea i góra na którą Jezus zabiera jedenastu uczniów. To On wskazuje im miejsce spotkania, a oni przychodzą oddając mu pokłon. Już wiedzą, że ich Nauczyciel dokonał tego, co wydawałoby się niemożliwe. Zmartwychwstał. Ale nie wiedzą jeszcze, a może bardziej nie rozumieją, co stanie się za chwilę. Być może dlatego św. Mateusz zapisał: „Niektórzy jednak wątpili”.
Czy uwolnili się od tych wątpliwości w późniejszym czasie? Czy umieli iść i głosić?

Przypomina mi się pewna historyjka, która wiele mnie nauczyła. Opowiadałam dwóm małym chłopcom o Panu Jezusie, bo niewiele jeszcze o Nim wiedzą. Jeden z nich miał niespełna pięć, a drugi sześć lat. Tego akurat dnia rozmawialiśmy o modlitwie
i o kierowaniu jej do Pana Jezusa, więc zasadnym wydawało się ich pytanie o to, gdzie
On jest. Starałam się w miarę przystępnie wytłumaczyć im, że Chrystus umarł na krzyżu, ale pokonał śmierć, czyli zmartwychwstał i poszedł do nieba. Słuchali nie zadając żadnych pytań. Dopiero na końcu padło to, które wprawiło mnie w zdumienie: „A kiedy Pan Jezus wróci?”.
Nic w moim opowiadaniu nie było dla nich dziwne. Dziecięca wiara w to, co mówię była pełna i bez odrobiny wątpliwości. Ci chłopcy chcieli tylko wiedzieć, kiedy mogą spodziewać się powrotu tego, który umarł i jest teraz w niebie. Powiedziałam, że nie wiem i nikt z ludzi tego nie wie. Ale tak naprawdę może się to wydarzyć już jutro, albo za wiele lat. I to im wystarczyło.
Te dwa maluchy sprawiły, że przypomniały mi się słowa, które Jezus powiedział kiedyś
do swoich uczniów: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci…”.
Tak, w tym przypadku dzieci były bliżej obiecanej radości niż ja.
Dopełnieniem tej historii jest fakt, że mały Piotruś nie jest ochrzczony, ja tak. Można więc byłoby powiedzieć, że odwróciła się logika Bożego planu. To ja powinnam nauczać, a naukę przekazał mi mały nieochrzczony chłopczyk.

„Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu
w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”.

Dzięki moim malcom na nowo odkryłam i zrozumiałam te słowa. I to, że każdy z nas jest posłany i każdy może dla kogoś innego stać się umocnieniem w wierze. Każdy dzień, każda chwila jest do tego niesłychaną okazją.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Brama owiec

Gdzieś w otchłani Internetu znalazłam zdjęcie, na którym widać prosty drewniany krzyż,
bez postaci Jezusa. A przed nim ślady stóp wymalowane na kostce brukowej. I kartka
z wiadomością „Poszedłem Cię szukać”. Bardzo poruszył mnie ten obraz.

*

Jezus – Pasterz szukający mnie – owcy. Tak jak w przypowieści o tej zaginionej, jednej spośród całego stada i tym razem otrzymałam przekaz, że jestem ważna. I jeśli się zagubię
w gąszczu mojej codzienności, ulegając słabościom, czy wręcz upadając w grzechu, to On będzie mnie szukał. Bo Jego pasterstwo, to nie tylko pilnowanie mnie, ale również towarzyszenie, troska i wspieranie. A przede wszystkim kochanie… .

Dzisiaj Pan Jezus znowu nawiązuje do pewnej symboliki. Jednak tym razem mówi
o bramie i tych, którzy przez nią przechodzą, bądź też nie – wdzierając się inną drogą. Mówi o pasterzu i owcach, które idą za nim oraz o tych, przed którymi owce uciekają. Trudna to przypowieść i uczniowie niewiele z niej rozumieją.

Tak jest często ze mną – słucham, ale brak mi jasności, pełnego odkrycia przekazu, uchwycenia tego, co stanowi istotę. Czasem dopiero konkretna sytuacja lub obraz pozwala mi przejrzeć.

Powtórne wytłumaczenie uczniom przekazu pozwala im odkryć, że bramą jest On – Jezus  Chrystus. Jego słowa niosą prawdę. I co najważniejsze – tylko prawdę. Dlatego też żaden inny pasterz nie może się z nim równać.

Tak więc Jezus jest nie tylko pasterzem, ale również bramą. Przejście przez bramę, którą jest On sam pozwala znaleźć prawdziwe życie – życie w obfitości, z pasterzem, który nie tylko zna imię każdej owcy, ale jest gotowy pójść i szukać jej jeśli tylko się zagubi. Tak jak był gotowy umrzeć, żeby wypełniło się Słowo. Z tym, że On nie przekonuje tylko słowem. Przekonuje również (chyba jeszcze bardziej) czynem. Pasterz szukający owiec, oddający za nie życie i jednocześnie dający życie. Brama dla wielu. I gwarancja przyszłości dla tych, którzy przez tę bramę przejdą.

*znalezione tutaj: https://narodzic-sie-na-nowo.blog.deon.pl/2013/12/07/z-krzyza-wszystko-widac/

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Jakie to przykre…

Dzisiaj uczyłam Asię (10l.) stopniowania przymiotników.
Tak zwane zdalne nauczanie, przeze mnie zwane (chyba adekwatnie) domowym.
Zaczynamy:
– Asiu, słowo „mądra”. Jeśli uznamy, że ja jestem mądra, a ty wiesz więcej niż ja, to ty jesteś mądrzejsza. A jeśli, ktoś wie jeszcze więcej niż ty i ja to jest najmądrzejszy z nas. Rozumiesz?
– Tak.
Powtarzamy to na różnych osobach i przykładach.
– A teraz kolejny przymiotnik – dobra. I próbujemy tym samym sposobem.
Jeśli ja jestem dobra, to ty jesteś …
– Gorsza.

Byłoby to nawet śmieszne, gdybym nie wiedziała, że niejedno z tych moich dzieci właśnie tak myśli.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

O zmartwychwstaniu w drodze do Emaus

Ksiądz zadał mi pytanie, czy wierzę w zmartwychwstanie? Zawahałam się.
Wierzę w Jezusa, wierzę Jego słowom. A jednak trudno było mi z pełnym przekonaniem odpowiedzieć, że tak – wierzę w zmartwychwstanie.

Wiele lat temu na świecie pojawił się ktoś, kto miał go zmienić. Swoim życiem i nauczaniem pokazał, że może to zrobić. Pociągnął za sobą tłumy, powołał apostołów, zgromadził liczne grono uczniów, którzy uwierzyli w Niego i Jemu. Dopóki żył, wiązali
z Nim liczne nadzieje. Mieli też zapewne swoje wyobrażenia i marzenia związane z Jego obecnością wśród nich. Przecież pokazał swą moc – uzdrawiał, wskrzeszał, wyganiał złe duchy, obiecywał, że nawet gdy odejdzie, to wróci. Miał moc, był kimś! I  mógł wyzwolić Izrael… . Na to liczyli.

Nagle ten ktoś umarł. Odszedł w udręce, jak nędzny opryszek, między innymi łotrami.
I na dodatek ktoś wykradł Jego ciało – zbezcześcił świętość. Ulotniły się nadzieje i marzenia. W takim momencie łatwo jest zapomnieć o obietnicy zmartwychwstania.
Bo czym ono jest? Czymś nowym, jeszcze nie sprawdzonym, trudnym do pojęcia nawet tym, z którymi był najbliżej.

Ucieczka do Emaus pełna jest żalu i pytań o to, co tak naprawdę się stało. Nieobce są mi te rozterki. Stajemy przecież wobec nich w przypadku niemal każdej śmierci. Pytania: „jak to, dlaczego?” i rozpacz, bo „nie tak miało być” przepełniają niemal zawsze pierwsze dni
po stracie. Czy mogę więc dziwić się uczniom? Przecież w ich odczuciu nie tak miało być! Zostawili wszystko, by pójść za nim, a Jego już nie ma.

A jednak jest. Lecz mimo iż dołącza do ich wędrówki, to ich oczy są jakby na uwięzi.
Nie rozpoznają Go, choć dużo o Nim mówią, wspominając to, co się wydarzyło.
Pojawienie się wędrowca jest jednak okazją do dialogu z nim. Jego słowa napomnienia
i przypomnienia są początkiem zrozumienia. Wspólna wieczerza doprowadza do rozpoznania w towarzyszu drogi Boga. Żywego Jezusa.

To właśnie jest wskazówka do tego, żeby uwierzyć w zmartwychwstanie. Żeby to się stało, trzeba zacząć z Jezusem rozmawiać, a nie tylko o Nim mówić.
Również uwaga Grzegorza Wielkiego jest dla mnie kluczem do zrozumienia, jak przejrzeć –„To nie przypadek, że uczniowie nie rozpoznali Jezusa, kiedy słuchali Jego nauki. Rozpoznali Go dopiero wtedy, kiedy Jego naukę zaczęli wypełniać”.

Uczniowie wypełnili ją poprzez otwartość i troskę o samotnego wędrowca.
W obcym człowieku dostrzegli bliźniego, a przez to ich oczy przejrzały i uwierzyli
w zmartwychwstałego Jezusa.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz