Madonna dla mamy

Ta niedziela nie była łatwa. Kiedy na kazaniu ksiądz powiedział, że to rodzice są po Bogu pierwsi i najważniejsi oraz że to oni kształtują nas na całe życie pomyślałam: „proszę, tylko niech ksiądz nie mówi, że bez ich obecności nie może być dobrze”.
Powiedział. Nie tymi słowami, ale powiedział. A ja próbowałam odgadnąć, co czują „moi” chłopcy. Chłopcy, którzy spędzają kolejne dni i noce bez rodziców.

Po powrocie z kościoła młodszy zadzwonił do mamy. Przez półotwarte drzwi kuchni patrzyłam jak siedzi na środku korytarza zawinięty w koc. Taka mała bieda, opowiadająca po raz kolejny swojej półprzytomnej, trochę (albo i bardzo) wczorajszej mamie, że źle się czuje. Nie mogli się porozumieć. Cóż, nie ta percepcja i nie ta sama trzeźwość umysłu… Mimo, że tak jakoś im się nie kleiło, to chłopiec nie odpuszczał. I nagle stało się coś, co rozłożyło mnie na łopatki. Ścisnęło mnie za gardło, w oczach stanęły mi łzy, kiedy nagle usłyszałam, jak do słuchawki płyną dziecięcym głosem dedykowane słowa „Czarnej Madonny”.

„Madonno, Czarna Madonno, jak dobrze Twym dzieckiem być…”

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Słowa jak miód

– „Miała Pani rację”
– Nie rozumiem…
– „Zatęskniłem”.

Dla takich chwil warto żyć!!!

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Słowa jak drogowskazy

Kolejne dni moich wątpliwości, poszukiwań i ćwiczenia się w cierpliwości.
Ciągle uczę się, jak postępować w sytuacjach trudnych, kiedy mój podopieczny doprowadza moją krew do wrzenia i kiedy po prostu mam ochotę wrzasnąć pełnym gardłem pokazując, kto tu rządzi.
Wiem, że jego trudna przeszłość określa jego teraźniejszość, że nie potrafi radzić sobie
z wieloma sprawami i z własnymi emocjami. Rozumiem, że jego dzieciństwo było tak naprawdę szkołą przetrwania i samodzielnym dochodzeniem do tego, kim jest dzisiaj
ale w niektórych momentach bierze górę moja słabość i zwykła ludzka bezradność, z którą nie umiem sobie poradzić.
Ostatnio też tak było. Stając twarzą w twarz z nastoletnim uporem i agresją, której źródło nie do końca było w tym momencie jasne, myślałam tylko o tym, jak przetrwać kolejny egzamin nie dając po sobie poznać tego, co działo się w mojej głowie. Nie było łatwo. Powietrze musiało chyba uchodzić uszami, bo inaczej pękłabym i rozpadłabym się na drobne kawałki. Moje myśli dalekie były od łagodnych, ale w tyle głowy na szczęście cały czas miałam myśl „to jest dziecko. BARDZO skrzywdzone dziecko!”
I wtedy przypomniałam sobie, że przecież ten młody człowieczek po prostu nie umie wielu rzeczy, które chciałabym, żeby umiał. Nie rozumie dlaczego to nie on decyduje o swoim tu
i teraz oraz o każdym kroku w przyszłość. Miota się jak zamknięte w klatce zwierzątko
i wciąż szuka dla siebie sposobu na przeżycie tak trudnych dla niego chwil.
A mimo tego, są momenty, kiedy próbuje życ tak, jak tego od niego oczekujemy. Stara się, robi postępy. Duże? Nie, niewielkie ale jednak.
I kiedy opadły już emocje (głównie moje) i kiedy tylko rozpaczliwy głos we mnie prosił „Boże pomóż”, po raz kolejny stał się cud. Bo tylko tak mogę to nazwać. Przeczytałam takie oto słowa:
„Kiedy ktoś ma złe skłonności, aby iść w stronę dobra musi iść pod prąd. Nie uda mu się, gdy będzie zupełnie sam.[…] Wy mu nie pomagacie. Biedak płynie zupełnie sam i ociera się o mielizny, osiada na nich, wplątuje się w pływające gałęzie, dostaje się w wiry. Gdyby mierzył dno (dopisek z wcześniejszej treści: żeby nie osiąść na nim) nie mógłby jednocześnie trzymać ani steru, ani wiosła. Dlaczego więc wytykacie mu, że nie posuwa się naprzód? […] To nie jest słuszne.”
Uderzyła mnie ta treść. Trafiła prosto w serce. Zrozumiałam, że jeszcze wiele razy może zawrzeć we mnie krew, ale moją rolą jest trwanie, towarzyszenie, bycie obok cudownie nazwane przez Jana Bosco asystencją. Bo jeśli tak ciężko jest iść  w stronę dobra z opiekunami, jeśli nie zawsze się to udaje, to jak ciężko musi być iść samemu?
I jeszcze jeden cytat, odnaleziony w tym samym czasie: „Wy go zostawiacie samego.
Nie bądźcie dla niego sędziami. Nie jest gorszy niż tylu innych. Jest tylko bardziej rozpieszczony… i to od dzieciństwa”.
Boże, to prawda – rozpieszczony od dzieciństwa – toksyczną, niedojrzałą, zatruwającą „miłością”.

 

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Proś o to, co mam ci dać

Od wielu dni zamęczałam się myślami, jak mam postępować? Jak rozwiązywać problemy, które narastają i przyklejają się jedne do drugich niczym kolejne płatki śniegu do śnieżnej kuli?
Szukałam rozwiązań, które nie odbiorą mi siły i miłości do pracy. Ale też takich, które nie pozbawią nadziei chłopca, który stracił już zbyt wiele.
Szukałam i czułam, że drepczę w miejscu. Zupełnie nie miałam pomysłu jak działać, żeby wyciągnąć go buntu, niechęci, złości a nawet agresji i  żeby nie skrzywdzić go jeszcze bardziej. Życie przecież  odebrało mu zbyt wiele i postawiło go przed wyzwaniem, z którym mnie samej byłoby ciężko się zmierzyć.
Starałam się nie stracić tej maleńkiej cząsteczki zaufania, która rodziła się z jego strony i tej nici sympatii, która nie była jeszcze na tyle mocno utkana między nami, żeby mogła przetrwać szalejące od jakiegoś czasu burze.
Nie było łatwo. Powiem więcej – momentami było koszmarnie trudno. Potrzebowałam kogoś, kto mógłby powiedzieć mi jak mam postępować, bo wiedziałam, że chociaż jak czołg będę szła dalej, to również tak jak czołg mogę po drodze zniszczyć to, co kiełkowało.

I kiedy tak męczyłam się z natłokiem myśli i chwilami bezsilności, przyszło rozwiązanie, pierwszym niedzielnym czytaniu. Najprostsze i najpewniejsze z możliwych.
(1 Krl 3,5.7-12)
„W Gibeonie ukazał się Pan Salomonowi w nocy, we śnie. Wtedy rzekł Bóg: Proś o to, co mam ci dać. […] Racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra od zła, bo któż zdoła sądzić ten lud Twój tak liczny? Spodobało się Panu, że właśnie o to Salomon poprosił. Bóg więc mu powiedział: Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale poprosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie.
I już się nie martwię…

 

 

 

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Niedzielnie

Kościół OO. Pijarów, niedzielna Msza Święta dla dzieci. Jest pięknie.
Najpierw kaznodzieja opowiada dzieciaczkom o ziarnku gorczycy i przy pomocy obrazków i chętnych pokazuje jak wyrasta drzewo, jak gałąź po gałęzi tworzy siłę. Żywa konstrukcja stworzona z najmłodszych uczestników Mszy, stojąc na kolejnych stopniach ołtarza uzmysławia chyba nie tylko mi, że jesteśmy wspołtwórcami tej siły. Jesteśmy kolejnymi gałęziami, które mają moc dać schronienie, cień, wsparcie, dobro. I razem tworzymy żywy organizm – my, dzieci Jednego Boga możemy być potężnym drzewem, choć każdy z nas zaczyna jako najmniejsze ziarenko.
A później małe gałązki zaproszone stają wokół ołtarza i wspólnie ze wszystkimi wołają „Ojcze nasz”. Przecudny widok małych główek towarzyszących celebransowi.
Kiedy wracają do ławek, do rodziców z zachwytem patrzę jak śliczny, tak około pięcioletni blondynek podaje dłoń swojej (chyba zaledwie trzyletniej) siostrzyczce, pomagając jej zejść ze schodów.
Kolejne wzrusznie przynoszą uśmiechnięte dzieci z Zespołem Downa, jest ich kilkoro.
I widać, że są szczęśliwe.
Przy przekazaniu pokoju mam w oczach łzy, widząc jak elegancki pan, w wieku około osiemdziesięciu lat całuje w policzek panią w latach zbliżoną do swojego „kawalera”. Uśmiechali się do siebie jakby mieli „naście” lat. Siedzieli obok mnie i wprost czułam przepływajacą między nimi miłość.
Cudownym zwieńczeniem Euchartystii było błogosławieństwo dzieci. Dłuuuuuuuuuuuga kolejka.
Ot, taka zwyczajna niedzielna Msza Święta z nadzwyczajnymi przeżyciami u OO. Pijarów.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

O tym jak zasiałam

Dzisiaj o pewnym zaskoczeniu. O tym, że nasiona rzucone w ziemię muszą mieć czas, żeby wyrosnąć. Trzeba cierpliwości i regularnego podlewania, a wtedy nawet jest szansa na owoce 🙂 .

Nasz Chłopczyk jest już właściwie zaopiekowany. Czysty, odkarmiony, ubrany i pod naszą uważną opieką. Został jeszcze jeden aspekt jego codzienności o który trzeba było zadbać – spowiedź.
Pytam więc:
– Słyszałam, że przyjąłeś ostatnio Komunię Świętą a dzisiaj nie. Może trzeba byłoby pomyśleć o spowiedzi?
– Nie, ja w myślach przeprosiłem Pana Jezusa i On mi już pozwolił przyjmować Komunię Świętą.
Hm…, temat delikatny. Trzeba rozmawiać bardzo ostrożnie, bo właściwie nic nie wiemy
o kontakcie Chłopca z Kościołem, o częstotliwości spotkań z żywą wiarą.
Kolejnego dnia próbuję jeszcze raz:
– Skarbie, kończy się rok szkolny, będziecie uczestniczyli we Mszy Świętej. Może spróbujemy przygotować Cię do spowiedzi?
– Nie trzeba, ja wszystko umiem. – I tu następuje szybka recytacja formuły spowiedzi.
– Cieszę się, ale do spowiedzi trzeba się przygotować, zrobić rachunek sumienia…
– Nie trzeba, a poza tym, byłem w niedzielę w kościele i już więcej nie idę.
Na pytanie dlaczego nie, pada odpowiedź najbardziej przewidywalna: ” Bo nie!”
Dwanaście lat życia niesie ze sobą mocne przesłanie: wiem co robię, jestem prawie dorosły, mogę decydować o tym co robię i czego chcę.
Po kilku dniach bardzo delikatnie próbuję raz jeszcze:
– Wiesz co to są grzechy i dlaczego tak ważna jest spowiedź? Właściwie dostaję satysfakcjonującą odpowiedź. Może damy radę…
Trochę rozmawiamy jeszcze o sumieniu i niestety nastolatek nie zmienia swej decyzji:
„Do spowiedzi i kościoła nie idę”.
Znowu mija kilka dni. I tym razem jakoś tak przy okazji wypływa temat spowiedzi. Właściwie jeszcze dobrze nie zaczęliśmy rozmawiać, a ja słyszę jak z ust Chłopca pada:
„W niedzielę idę do spowiedzi”. Łoł! Ale w dalszym ciągu nie potrzebuje rachunku sumienia.
Nie poddaję się jednak  na kolejne nasze spotkanie drukuję pytania przygotowujące
do sakramentu pokuty. Po raz kolejny spróbuję.
Kartki leżą na biurku. Kiedy Chłopiec przechodzi obok, pada pytanie:
– Co to?
– Zobacz. – Czyta i oczywiście stwierdza, że to nie dla niego. Ale mimo wszystko pozwala, żebyśmy o tym porozmawiali. Tłumaczę, że pytania to tylko podpowiedź, że to tylko
dla niego, że nie musi pisać ani odpowiadać mi na nie. Słucha jak czytam kolejne pytania
i widzę, że w myślach odnosi je do swojego życia. Sukces? Może zostanę katechetką :)?

Czekam na spowiedź, ale już dzisiaj cieszę się jak dziecko, bo zobaczyłam jak zasiane ziarenko rośnie. Trzeba było tylko regularnie podlewać 🙂 .

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Pan Bóg układa puzzle

Czytaj dalej

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Miłość jest głodna

Marcelina kocha Anię. Jest z nią w związku i postanowiła powiedzieć o swoim nastoletnim uczuciu całemu światu przez Facebook’a. Otrzymała mnóstwo gratulacji i życzeń na nowej drodze życia. Nie było żadnego zdziwienia i nie było też słów wsparcia. Bo słowa wsparcia mogłyby być potrzebne wtedy, gdyby ten związek nie był akceptowany. A on jest.
Jest, bo dziś nie ma „niebezpieczeństwa” nieakceptacji, czy nietolerancji związków jednopłciowych. Społeczna „poprawność” nakazuje być przychylnym. Związki jednopłciowe nie szokują, co więcej, mam wrażenie, że panuje na nie wręcz moda.
Tylko, że jak odnieść się do deklaracji nastolatków, nastolatek, młodych ludzi, którzy jeszcze o miłości tak niewiele wiedzą?

Myśl o Marcelinie nie pozwala mi spać. Wiem, jak wielki jest głód miłości w jej życiu. Wiem, albo bardziej domyślam się jak bardzo pragnie kochać a przede wszystkim czuć się kochaną, bo nie dostała tej miłości, kiedy była dzieckiem i kiedy wchodziła w swoje nastoletnie życie. Nie doświadczyła bezwarunkowej akceptacji rodziców i już na samym starcie życia czuła głód, który potęguje się z każdym rokiem jej niedługiego życia.

Bo z miłością jest jak z głodem. Kiedy się pojawia, marzymy o jego zaspokojeniu. Budujemy w myślach obraz tego, co będzie naszym rajem, smakiem smaków, numerem jeden. Widzimy wymarzone potrawy, ulubione dania. Czujemy ich zapach i wiemy
jak będą smakowały. Chcemy piękna, kulinarnego zachwytu, zadowolenia i wiemy,
że wykwintne danie to jest to, co sprawiłoby nam nieopisaną, największą radość.
A kiedy różne przeszkody oddalają możliwość sięgnięcia po tę wymarzoną doskonałość, marzenia przybierają inny kształt. Nie czujemy już potrzeby zasiadania w królewskiej restauracji i nie czekamy na wymarzone rarytasy. Myśli i pragnienia przybierają prostsze formy, mniej wyszukane, a bardziej będące drogą ratunku dla naszych pragnień.
I kiedy w końcu nasze cierpienie mówi „dość” w panice otwieramy lodówkę i ratujemy się tak jak możemy, nie wracając do marzeń.

W poszukiwaniu miłości też szukamy idealnych smaków i doznań. Tylko, że wtedy, kiedy od najmłodszych lat wzmacniani jesteśmy miłością najbliższych, sprawa wygląda trochę inaczej. Nie grozi nam jej deficyt, choć czasem wydaje nam się, że potrzebujemy innej, większej, bajkowej…
Marcelina takiej miłości nie dostała. Wymarzona miłość należna dziecku zrodziła ból, który dziś trudno wynagrodzić. Długo czekała, a teraz szuka uczucia tam, gdzie wydaje jej się, że znajdzie. Szuka czegoś, co będzie jej, dla niej, zaborczo. I jeszcze nie wie, że miłość nie jest reglamentowana, że jej zasadą, wbrew matematycznej logice jest mnożenie przez dzielenie. Im więcej jej dasz, tym więcej jej będzie. Niekoniecznie dziś i teraz. Ale jeśli będziesz ją rozdawać, będziesz nią obdarzać innych, to nie zatrzymasz jej biegu.
Cóż – Marcelina szuka, ale nie rozdaje, bo nie dostała.
Okaleczona głodem i bólem dziewczyna ma dość czekania. Skrzywdzona i tak naprawdę zamknięta na uczucia, za wszelką cenę szuka miłości lub „miłości” takiej, jak ją sobie wyobraża. Ona nie czeka, ona rozpaczliwie bierze to, co wydaje jej się miłością.

Miłość uczy miłości przez samą swą obecność, a kiedy jej nie ma głód dyktuje własne warunki.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Nasionko dobra

Jedna mała nieważna zakrętka do plastikowej butelki. Sama niewiele znaczy i najczęściej ląduje w koszu a później na wysypisku śmieci. Ale jeśli dołączy do swoich kolorowych koleżanek ma szansę stać się cegiełką dobra. I już nie jest śmieciem. Jest odruchem serca, pomocną dłonią i nadzieją.
Tak, nawet ze śmieci można coś zrobić. Można komuś pokolorować świat i samemu uwierzyć, że nawet, jeśli nie stać nas (dosłownie i w przenośni) na wielkie gesty czy finansowe wyrzeczenia, to nasza zakrętka, tak jak jeden grosz może stać się górą złota.

Jechałam kiedyś pociągiem w gronie zupełnie obcych mi osób. Był upał i jak to zwykle bywa, właśnie on, jako czynnik pogodowy stał się zalążkiem pociągowego dialogu.
Każdy z nas, pasażerów trzymał w ręku butelkę jakiegoś soku, czy też wody.
Pierwsza z nich, po opróżnieniu wylądowała w koszu już w pierwszych minutach podróży. Sama, bez zakrętki. Pan, który ją wyrzucił zakrętkę schował do podręcznej torby. Ot taki wydawałoby się nic nieznaczący gest. Jednak pani siedząca naprzeciwko pochwyciła go
i już po chwili oddała panu swoją zakrętkę. Nawiązała się ciekawsza rozmowa. Tym razem dyżurny temat pogody został przełożony na inny czas, a może inny pociąg i zaczęliśmy dyskutować właśnie o zakrętkach, a właściwie o akcji ich zbierania. I co ciekawe, nie było wśród nas nikogo, kto nie słyszałby o tej akcji. Właściwie wszyscy byliśmy zgodni, co do tego, że jest ona dość użyteczna społecznie, bo niesie ze sobą przesłanie proekologiczne. Dzieci ale również dorośli uczą się segregacji śmieci, odpowiedzialności za środowisko. Różnorodność opinii pojawiła się dopiero w momencie, w którym padł argument przekazywania zakrętek na jakieś wyższe cele, jak to ma miejsce na przykład w przypadku zbiórki na rehabilitację niepełnosprawnego dziecka, wózek inwalidzki, czy podobnie działania. Jak wszyscy przyznali, cele szczytne. Pod wątpliwość poddana była natomiast prawdziwość tych działań, czyli to, czy faktycznie pozyskane w ten sposób pieniądze trafiają do wskazanych odbiorców. Czy doszliśmy do jakiś wspólnych wniosków? Do końca nie wiem, być może każdy został wierny własnym przemyśleniom, ale wszyscy, bez wyjątku oddali swoje zakrętki panu, dzięki któremu zaczęła się dyskusja na ten temat. A on zabrał je ze sobą, żeby później połączyć siły z innym panem lub panią, a w konsekwencji z większą grupą ludźmi zbierających te maleńkie nasionka dobra.

Ta podróż i ta rozmowa były dla mnie inspiracją do tego, żeby po raz kolejny przemyśleć jak to jest z tym dobrem. Skoro tak łatwo je tworzyć, dlaczego tak trudno się za to zabrać? Dlaczego tak często bronimy się, tłumacząc się sami przed sobą tym, że nas na to nie stać, że sami niewiele mamy, że gdybyśmy mieli więcej, że przecież wszystkim nie pomożemy. Prawda jest taka, że te wszystkie argumenty, to tak naprawdę wykręty.  Chcemy dawać dużo, a nie potrafimy mało?
Żeby powstało dobro, nie trzeba być zakrętkowym potentatem, ale wystarczy ta jedna, którą mamy. Może stać się ona pomysłem, początkiem. A później workiem, górą zakrętek
i w konsekwencji realną pomocą dla tego, kto tej pomocy potrzebuje.
To tak jak z jednym malutkim groszem. Sam tak niewiele znaczy i niewiele może,
ale w pewnej akcji stał się górą grosza. Czego więc nam brakuje, żeby uwierzyć w tę górę? Może wyobraźni, żeby jej oczami zobaczyć owoce naszych malutkich działań?
Fenomen akcji zbierania zakrętek pokazuje, że tej wyobraźni na szczęście nie zabrakło twórcom przedsięwzięcia.
Moje wnioski? Właściwie mało odkrywcze – dobro ma niesłychaną moc mnożenia się. Trzeba tylko odważnie zacząć i wyobrazić sobie ile radości może dać komuś nasza mała zakrętka.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Jak rodzi się przemoc?

– Kuba, dlaczego uderzyłeś kolegę?
– Bo mnie nie słuchał.
– Ale tak się nie rozwiązuje problemów.
– Jak ja nie słucham taty, to tata też mnie bije.
Myliłam się, niektórzy właśnie tak rozwiązują problemy. Tata jest dla syna wzorem.

***

– Kasiu, dlaczego bijesz koleżanki?
– Bo jestem taka jak tata.
– Nie rozumiem.
– Nasz tata nas bił, a mama mówi, że jestem taka sama jak on.
Nie jest taka sama jak on. Ma dopiero siedem lat i ma szansę być inna.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj