Nie, nie, nie!

– Kubusiu, wstań proszę.
– Nie.
………………………..
– Kubusiu, umyłeś się?
– Nie.
– To proszę umyć buzię i zęby.
– Nie, nie, nie!
…………………………
– Kuba, zjedz przynajmniej jedną kanapkę.
– Nie.
………………………..
– Kubuś, wychodzimy do szkoły.
– Nie.
– Ok, to my wyjdziemy, pojedziemy samochodem, a ty pójdziesz pieszo…
– Nie!
………………………..
– Kuba, kurtka!
– NIE, NIE, NIE! Niech się pani do mnie nie odzywa!!! (odgłos trzaskających drzwi).
………………………..
– Wskakujcie do samochodu.
– Nie, idę na piechotę (+ mina „i co mi zrobisz?”).
– Kuba, wsiadaj do samochodu.
………………………….
– Dzieciaki, poproście mnie o coś 😉
– Niech Pani nam coś kupi.
– Nie.
– To niech Pani nam coś da.
– Nie.
– A może Pani coś fajnego nam  przyniesie…
– Nie.
– Może zabierze nas Pani gdzieś?
– Nie.
– …….
– Nie.
– …….
– Nie.
……………………………
– Proszę Pani, a kiedy ma Pani następny dyżur?
– Jutro.
– To dobrze (wzrok błądzi gdzieś po podłodze).
– Kubusiu, chciałbyś żebym Cię przytuliła?
– Tak, bardzo.

PS.
YES, YES, YES 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 YES, YES, YES 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Dzieci, które się nie śmieją

Uwielbiam się śmiać, zwłaszcza takim śmiechem, po którym boli całe wnętrze. Takim,
przy którym  muszę trzymać się za brzuch, bo boję się, że coś w nim pęknie.
Już dawno zauważyłam, że brak takiego „uśmiania się po pachy” jest dla mnie równią pochyłą, po której stacza się moje dobre samopoczucie. Śmiech jest jak doładowanie akumulatora. Zawsze pomaga, dostarczając mi chęci do działania, energii i siły do tego, żeby ruszyć z miejsca tworząc cokolwiek, czy to coś na miarę arcydzieła, czy choćby zwykłą pomidorową, ale z miłością. Powoduje, że chce się chcieć.

Tak, śmiech mnie uskrzydla i uwielbiam ten stan, w którym biorę głęboki oddech zachłystując się nową siłą, nadzieją, radością… Moje życie paradoksalnie nabiera kolorów wtedy, gdy po twarzy płyną strumienie łez, które trudne są do powstrzymania. Kocham
ten stan, pożądam go.
Śmiech jest moim lekarstwem i odtrutką na wszystkie smutne stany. Cieszę się nim, a on cieszy się „całą mną”.
Pamiętam, był taki czas, że nic mnie nie cieszyło i tak bardzo wtedy za nim tęskniłam – za tym moim turbodoładowaniem. Błądziłam w tęsknocie, bo nie umiałam znaleźć drogi, która pomoże wyjść z ciemności smutku. I w tej ciemności, bez światła nie umiałam też znaleźć lekarstwa.

Dziś ten stan odnalazłam w moich „przytulonych” dzieciach. One tak rzadko się śmieją, tak mało w nich prawdziwej radości. Tej, która rozjaśnia spojrzenie, jest panaceum na smutki, których nie mogą unieść. Zrozumiałam, że chociaż dałabym im worek prezentów, stworzyła niesamowite warunki bytowe, wsparła ich edukację, przeprowadziła milion rozmów wychowawczych, próbowała rozbudzić nadzieję na lepsze życie, to nic nie wskóram, jeśli nie dam im radości.
Nie wiem jak to zrobić. Nie mam pojęcia jaki dać powód do trzymania się za brzuch i cieszenia się z łez płynących po policzkach ale wiem, że to jedyna droga do nadziei.
Mam marzenie, żeby umiały śmiać się z niczego zamiast nawzajem z siebie. Nie chcę, żeby ich śmiech wyszydzał, ranił i niszczył, ale żeby zaraźliwie dawał siłę i był napędem
do zmiany życia. Żeby rozjaśniał ciemność, oddalał lęk i czynił dzieciństwo lepszym.
Boli mnie to, że dzieci w Domach Dziecka mają tak mało dziecięcej radości, że zranione przez dorosłych gubią po drodze oręż do walki ze smutkiem, apatią i brakiem nadziei.

***
Kiedy skończyłam pisać to, co powyżej przypomniała mi się inicjatywa księdza Krzysztofa, który poprosił swoje wierne parafianki o tym by modliły się o konkretne dzieci z Domu Dziecka.
A może by tak pójść dalej? Może skoro jest akcja otoczenia modlitwą nienarodzonych,to warto byłoby pomóc w ten sposób dzieciom narodzonym, ale tak bardzo pokrzywdzonym? Może chociaż niektóre z nich odzyskałyby blask w oczach?

***
Jeśli to czytasz, pomódl się proszę za Izę, Julię, Kamila, Wiktorię, Ksawerego, Kacperka, Patryka… Pomódl się za inne dzieci, daj im siłę.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Jak to się stało?

Zajrzałam tam na moment i ugrzęzłam na dwie godziny. Rok po roku, miesiąc po miesiącu przeglądałam wszystkie wpisy i czytałam udostępnione posty. Odsłuchiwałam polubioną muzykę i na przemian śmiałam się, wzruszałam i zamyślałam. Przewertowałam tak kilka lat FB-owego życia. I co? Spodobało mi się. Polubiłam tę osobę, której życie oglądałam jakby wstecz. A jaka ona jest?

  1. Kocha dzieci. Jest wrażliwa na ich potrzeby i na krzywdę jakiej doświadczają.
  2. Sama jest jak dziecko. Potrafi śmiać się i bawić, całkowicie zapominając
    o konwenansach :).
  3. Uwielbia kolorową, roztańczoną starość. Taką bez metryki.
  4. Wierzy w dobre anioły i dobro w ludziach.
  5. Patrzy w przyszłość z nadzieją, a w każdym razie mocno się stara.
  6. Stawia sobie wyzwania i każdy nowy, nadchodzący rok wita nie tyle z listą rzeczy
    do zrealizowania, co z pewnym przesłaniem.
  7. Wiele rzeczy jej się udało, choć na co dzień tego nie zauważa. Ale Facebook, jak cierpliwy papier – przyjął i zapamiętał, a teraz przypomina.
  8. Kocha życie. Takie zwykłe, codzienne, z uśmiechniętą kawą w ulubionej filiżance.
  9. Zbiera „mądre myśli”, które są jak „przypominajki”. Stawiają do pionu i uwrażliwiają na to, co ważne, potrzebne, niepowtarzalne i budujące.
  10. Lubi słowa. Dzieli się nimi, ujawniając myśli zrodzone z wielu przemyśleń.

W moich myślach powstał portret z posklejanych obrazów, dźwięków i słów. Ładny.
Zajrzałam w przeszłość, która otworzyła mi oczy.
To ja, w każdym z tych punktów jestem ja. Wróciłam do siebie sprzed miesięcy i lat. Przypomniałam sobie, co mnie cieszyło kilka lata temu, z radością odkryłam, że zrealizowałam pewien plan, zrozumiałam, że ze wszystkich zmagań i wyborów powstała moja droga. Tylko moja, bez lęków o ocenę i opinię. Dokonałam dobrych wyborów…
I w jakiś cudowny sposób polubiłam samą siebie. To było jedno z najtrudniejszych moich życiowych wyzwań, ale chyba się udało.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

1% empatii

Zza cienkiej ścianki dzielącej dwa pomieszczenia rehabilitacyjne słyszę rozmowę. To trochę nieładnie wsłuchiwać się w cudze zwierzenia, ale jestem mimowolnym świadkiem.
Nie mam jak tego zagłuszyć, ale też chyba nie chcę.
Mama leczy kręgosłup. Właściwie dopiero zaczyna, bo do tej pory jakoś dawała radę.
Ale teraz, kiedy jej córka przytyła parę kilo, jest jakby trudniej. Dźwiganie dwudziestoletniego dziecka nie jest łatwe, bo też i żadnej pomocy z jego strony
nie ma. Bezwładne ciało trzeba podnosić, podtrzymywać, wkładać do wanny, żeby umyć, później mocno dźwignąć, żeby powycierać, przenieść na łóżko. Tak dzień po dniu.
Ze strony rehabilitanta pada wiele pytań o urządzenia wspomagające pomocne
w codziennych czynnościach, o rozwiązania które są dostępne. Wyraźnie jest zatroskany, chce pomóc. Podpowiada i wskazuje, co można byłoby ulepszyć, żeby mama miała siłę, żeby sama nie „poległa na placu boju”.
Miło się słucha, bo naprawdę wyczuwa się wiele empatii w tej rozmowie, ale koniec jest nad wyraz smutny.
Jest taki portal „siepomaga”, prowadzony przez fundację o tej samej nazwie. Kiedy pada propozycja, żeby się zgłosić, zorganizować zbiórkę, która pomoże zebrać niezbędne środki na sprzęt ułatwiający życie obu stronom, mama rezygnuje, nie chce spróbować.
Dlaczego? Dlatego, że już nie jeden raz słyszała bezpośrednio lub pośrednio przykre słowa na temat tego, ile otrzymała – zapomóg, procentów od podatku, bezpłatnych sprzętów, przejazdów…
Rozmowa się kończy, a ja zostaję z dziurą w sercu i bez odpowiedzi na pytanie o intencje tych, którzy przykrym, bezmyślnym słowem potrafią  odebrać chęć i nadzieję, coraz bardziej przyginając do ziemi zmęczony kręgosłup. A mogłoby być o wiele łatwiej, gdyby każdy z tych ofiarodawców przykrości stał się ofiarodawcą chociaż 1% empatii.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Na Antokolu

„Słowa, którymi błagałam Boga, są następujące: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało
i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa,
za grzechy nasze i świata całego. Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas”.
Św. Faustyna Kowalska

Wileński klasztor Sióstr Miłosierdzia stoi między blokami i przedszkolem na wileńskim Antokolu. Trochę ukryty, jakby zapomniany. To właśnie w nim 13 i 14 września 1935 roku siostra Faustyna po raz pierwszy modliła się słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia, które podyktował jej Pan Jezus. W „Dzienniczku” odnotowała to przeżycie następująco – „Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas”.

Mija właśnie 83 lata od tego wydarzenia. I patrząc z perspektywy czasu widać wyraźnie,
że było ono przełomem. Przypomniało i przybliżyło tajemnicę miłosierdzia. Zmieniło myślenie o Bogu, którego miłosierdzie daje nam dziś nadzieję i uwalnia
od lęku przed groźnym osądem, ale uczy też podobnej postawy wobec innych.
Siostra Faustyna była niezwykłym łącznikiem na drodze poznania tej tajemnicy.
Dzięki temu, że przede wszystkim w swojej pokorze chciała słuchać i przyjąć wszystko,
co przekazał jej Pan Jezus. A ponadto dzięki temu, że nie bała się podjąć zadania,
które jej zlecił. I chociaż spotkała się niejednokrotnie z niezrozumieniem, wyśmianiem
czy lekceważeniem, to jednak sprostała temu wyzwaniu, które powierzył jej Bóg.
Ona – skromna, cicha, pokorna, schorowana, niewykształcona zapewne nie mogła sobie nawet wyobrazić tego, co miało stać się później. Fali modlitwy, miłości i dobra, które popłynęło na cały świat. Jej „Dzienniczek” przetłumaczony został na wiele języków i dotarł do odbiorców na całym świecie.

Dla każdego z nas, tak jak dla św. Faustyny Pan Bóg ma specjalne zadania. Pytanie – czy chcemy znać Jego plany? Czy chcemy je usłyszeć, czy raczej wolimy działać po swojemu, bojąc się, że z tymi Bożymi wskazówkami będzie nam zupełnie nie po drodze? A może nie umiemy usłyszeć?
Wybierając nas do różnych zadań Bóg nie daje nic ponad nasze siły.  Wszystko, co nam przeznacza jest „szyte na miarę”. Wiem jednak na własnym przykładzie, że Jego pomysły czasem trochę zagłuszam, twierdząc, że nie dam rady, wolę nie. Może jakiś plan „B”?
A czasem jest we mnie tyle hałasu, że nie potrafię usłyszeć tego, co On chce opowiedzieć.
O tym, gdzie chce mnie posłać, jakie drogi mi przygotował, dla kogo mam być wsparciem, komu podać dłoń, a komu przebaczyć.
Jestem pewna, że w podobny sposób Bóg mówi do każdego człowieka. To, czy usłyszymy jest tylko kwestią tego, ile jest w nas ciszy i wsłuchiwania się w tę ciszę, a ile hałasu
i chaosu, który powstaje na skutek forsowania własnych planów, braku ufności w Jego opiekę, zmagania się w samotności z przeróżnymi trudnościami i brakiem oddania wszystkiego Bogu. Czasem pozorna cisza też jest wewnętrzna burzą i wiele wysiłku potrzeba, żeby uspokoić serce. A to właśnie ono jest tym miejscem, gdzie najlepiej słychać – „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2, 19),
gdzie można zrozumieć, uwierzyć, zaufać. W rozważaniu przychodzą odpowiedzi
na większość pytań.

Zastanawiam się, co by się stało, gdyby siostra Faustyna nie miała w sobie tej przestrzeni, gdyby nie usłyszała Bożego Głosu? Może jeśli ja przegapię, zagłuszę Jego słowa, umknie coś ważnego – coś, co mogłam zrobić ja i tylko ja, coś, co było moim zadaniem…
Droga do świętości wymaga odwagi oddania Bogu naszych zmagań, zmartwień i naszego walecznego rozpychania się łokciami w drodze do wybranego celu. Takiego „zaparcia się siebie”. A w zamian posłuchania i przyjęcia tego, co On chce do nas powiedzieć. Takiego przemyślanego „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3,9). Święci nie są jakimiś dziwolągami oderwanymi od życia i problemów codziennych. Wyróżnia ich jednak to,
że pielęgnują tę przestrzeń, w której mogą usłyszeć głos Boga. I przede wszystkim chcą
go słyszeć i po prostu za nim pójść.

Wielkie dzięki siostro Faustyno!

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Podaj dalej

Kiedyś, dawno temu otrzymałam niezłe wyzwanie. Po spowiedzi, jako pokutę miałam zrobić trzy dobre uczynki. To było wtedy, kiedy z racji mojego przekonania, że na ciężkie pokuty po prostu nie zasługuję szczerze liczyłam na takie łatwe i proste. No i te dobre uczynki miały być takie lekkie i przyjemne. Nic bardziej mylnego, o czym dość szybko się przekonałam. Wydawało mi się bowiem, że przecież ja jestem dobra dla ludzi, służę pomocą i biegnę na każde wezwanie, więc jak mam z tej mojej codzienności wyróżnić trzy wyjątkowe „pokutne” uczynki?

Cała ta historia ze spowiedzią przypomniała mi się kilka dni temu, po obejrzeniu filmu „Podaj dalej”. Opowiada on o historii chłopca, który w ramach szkolnego zadania ma wymyślić coś, co mógłby zrobić, aby świat stał się lepszy.Wpada na pomysł, żeby znaleźć trzy osoby, którym pomoże w zrobieniu czegoś, czego nie mogą zrobić sami. Oni natomiast zamiast odwdzięczać się jemu, mają pomóc innym. Każdy z nich ma obdarzyć jakimś dobrem trzy kolejne osoby. Piramida dobra.
Okazuje się to takie proste i zarazem takie trudne. Zupełnie jak w moim przypadku.
Ale przecież nie jest niemożliwe.
A efekt?

Bywa zaskakujący…

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 1 komentarz

Kradzież i jej drugie dno

Bardzo trudno mi znaleźć słowa, którymi chciałabym opisać to, co się wydarzyło.
Nie dziś i nie wczoraj, ale kilka miesięcy temu. Dawno, to prawda, jednak to wciąż we mnie rezonuje. I uzmysławia mi po raz kolejny, że rzeczy rzadko kiedy są takie, na jakie wyglądają na pierwszy rzut oka i naprawdę nie wolno nam być sędziami, choć tak łatwo ustawić się na tej pozycji.

Sto złotych schowane było w portfelu pewnego chłopca, który nie miał powodów podejrzewać, że mogą stamtąd zniknąć. A jednak zniknęły. Dość łatwo udało się ustalić okoliczności zajścia i sprawcę kradzieży. Właściwie sprawców. Chociaż nie byli złapani na gorącym uczynku i nikt nie przedstawił im dowodów, to jednak przyznali się bez zbędnych ceregieli. Potwierdzili, że wzięli pieniądze ale do kradzieży nie chcieli się przyznać. Niedorzeczne? Być może, ale wyjaśnienie za moment.
Oczywiście już po chwili dostali ostrą reprymendę i musieli wysłuchać „kazania” z którego mocnych słów dowiedzieli się dlaczego tak nie można, jakie są konsekwencje i że ma się
to więcej nie powtórzyć. Milczeli, choć z tego kazania zrobiło się kilka kazań, bo każdy
z opiekunów chciał sumiennie wypełnić swą wychowawczą misję.
Mnie jednak coś w tej historii mocno uwierało. I chociaż w pierwszym odruchu również chciałam być przede wszystkim sędzią i moralizatorem, to jakiś wewnętrzny głos podszepnął mi, żebym spróbowała inaczej.
Dwie pary ciemnych oczu przez dłuższą chwilę wpatrywały się we mnie w całkowitym milczeniu, gdy najspokojniejszym głosem na jaki było mnie stać zapytałam, dlaczego?
Co się stało, że tak postąpili?
I udało się dotrzeć do głębokiego dna tej historii.
Dzieci (sześć i dziewięć lat) bardzo tęskniły za mamą, od której zostały zabrane z dość ważnych powodów. Podczas niezbyt częstych wizyt mama mówiła im, że nie może przyjeżdżać systematycznie, bo nie ma pieniędzy. A one tak czekały… . Postanowiły więc postarać się o brakujące fundusze i dać je mamie, żeby mogła ich odwiedzić, żeby znowu, choć przez chwilę mogli być razem. A kolega? Jemu pieniądze nie były przecież potrzebne tak bardzo jak mamie.
Nie wiedziałam co powiedzieć, bo w głębi duszy próbowałam odgadnąć, jak wielki był ból, który rozsadzał serca tych dzieciaczków. Nieraz widziałam ich łzy i słyszałam jak mówiły
o tęsknocie, w tych kilku słowach, które umiały powiedzieć. A przecież słowa nie oddawały tego, co widać było w oczach – dramatu bezsilnego, pokrzywdzonego i niewiele rozumiejącego dziecka… . Nie chciałam pogłębiać tego cierpienia. I szczerze przyznam,
że nie pamiętam co w konsekwencji powiedziałam. Jednak wspomnienie tamtej sytuacji wciąż pozostaje żywe i nadal widzę te wielkie smutne oczy, i słyszę niezbyt wyraźnie wypowiedziane: „dla mamy, żeby przyjechała”.
Dla nich to nie była kradzież, to była największa potrzeba.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 1 komentarz

Smartfony na kolonii

Kiedy wysyłasz dziecko na wakacje, zaopatrz je w płaszcz przeciwdeszczowy, kostium kąpielowy, czapkę z daszkiem, krem z filtrem, odpowiednią ilość gotówki. I jeszcze (a może w szczególności) w smartfon (telefon). Po co? Po to, żeby dziecku nie było smutno, że jest tak daleko,  żeby mogło na bieżąco opowiadać, czy szczęśliwie dojechało, co jadło na śniadanie, obiad i kolację, z kim mieszka w pokoju, co robi godzina po godzinie.
Żeby czuło się bezpiecznie. Pytanie – dziecko, czy rodzice?
A później (już po powrocie dziecka do domu) spokojnie ponarzekaj, jak to trudno oderwać je telefonu.

Od lat jeżdżę na kolonie w charakterze wychowawcy i przemyśleń związanych
z posiadaniem przez dzieci telefonów mam cały ogrom. I niestety dochodzę do wniosku,
że bardziej jest on potrzebny rodzicom, niż dzieciom. Taka swoista polisa ubezpieczeniowa. Możliwość szybkiego reagowania, kiedy potomkowi dzieje się krzywda, mimo wszystko kontrola sytuacji (kto, co, gdzie i dlaczego?) uspokojenie sumienia (jakby co, to przyjedziemy) i niezdefiniowana do końca powinność – jak dziecku nie dać telefonu, kiedy inni mają oraz zdefiniowany znak czasów – bez telefonu nie da się już żyć. Może więc kochani rodzice opowiem trochę o tym, jak wygląda życie z kolonisty z telefonem
lub bez.

Zaczynając od początku – dzień wyjazdu. Podróż najczęściej trwa kilka godzin. Dzieci, które w tym czasie mają możliwość wzajemnego poznania się skupiają się raczej na odbieraniu połączeń lub dzwonieniu i opowiadaniu najbliższym gdzie są, czy już wszystko zjadły i czy był postój. Ot, takie ważne dla rodziców informacje.
Dojeżdżamy na miejsce. Zakwaterowanie, podział na grupy, czasem zwiedzanie okolicy
i pierwsze łzy. Często łzy tęsknoty, czasem rozczarowania, bo trochę inne były wyobrażenia i oczywiście telefon do (od) rodziców. I wtedy łzy leją się już strumieniami. Bo mama jest tak daleko, bo lepiej wracać, bo noc jest taka czarna i taka pusta z daleka od własnego łóżka. Oczywiście nie wszyscy płaczą, ale rozmowa z rodzicami o godzinie 22, tuż przed snem, po męczącej podróży rozkłada na łopatki niejednego twardziela.
Kochani rodzice, pamiętacie pierwszy dzień w przedszkolu? Było ciężko, ale po kilku chwilach łzy obsychają. Nie dzwońcie więc do wychowawców z informacją, że są łzy (zazwyczaj zauważamy), nie róbcie roszad personalnych w pokoju dziecka (dzieci uczą się wzajemnych relacji), nie proście o szczególną opiekę (naprawdę opiekujemy się dziećmi). Nie ma Was na miejscu i zapewniam, że w większości przypadków problemy znikają już następnego dnia pobytu. Wystarczy pozwolić dziecku ochłonąć i zaaklimatyzować się
w nowych warunkach.   A wychowawcy? Zapewne są wśród nich osoby, którym można coś tam zarzucić, ale w większości to naprawdę fachowcy i wiedzą, że na czas kolonii są mamą, tatą, babcią, wujkiem i potrafią zatroszczyć się o Wasze pociechy.
Kolejny dzień – kolejne połączenia z domem. Pytania, co było na śniadanie i dlaczego tak mało? Otóż, miałam koleżankę, która siadając z dziećmi do śniadania (kolacji) wymagała, żeby pierwsza kanapka była z szynką lub serem, a później, co kto lubi. Dlaczego?
A no dlatego, że słyszała, jak przez kolejne dni dzieci informowały rodziców,
że na śniadanie był dżem. Owszem był, ale opcjonalnie. Ale jakoś tak się składało,
że był najchodliwszym produktem na szwedzkim stole. Poza tym, dość silna osobowościowo Kasia powiedziała innym dzieciom, że najlepsze są kanapki z dżemem. Dzieci głodne nie były. Nawet gdyby jednak jadły tylko dżem, to miały go w obfitości.
Połowa kolonii – w wielu przypadkach kryzys rozstania. To, co nowe już tak nie interesuje, pojawia się znudzenie i potęguje tęsknota. A ona wywołuje bóle brzucha, gardła, głowy. Powoduje konieczność natychmiastowego wyżalenia się rodzicom, usłyszenia w ich głosach troski i współczucia. Dziecko łapie za telefon zanim jeszcze pożali się wychowawcy.
I nie jest istotne, że właśnie mija druga w nocy. Co robi rodzic? W panice dzwoni do opiekuna, bądź każe dziecku go obudzić. Gdy ten przeprowadza rozeznanie, okazuje się,
że w nocy problemy urosły do gigantycznych rozmiarów. Rano nie są już takie duże
i najczęściej wszelkie dolegliwości znikają wraz z nowymi zajęciami. Oczywiście są sytuacje trudniejsze,  zdrowotne i tych nikt nie bagatelizuje. To również w interesie opiekunów jest szczególna troska i rozpoznanie faktycznego stanu, wszak ponoszą dużą odpowiedzialność za powierzone im dzieci.
Kiedy zaznajamiam się z dziećmi opowiadam im za każdym razem (i powtarzam wielokrotnie) o tym, czego mogą ode mnie oczekiwać. Proszę, żeby przychodziły do mnie ze swoimi problemami, bo najbliżsi są daleko i nie mogą tak szybko i skutecznie zareagować. Zawsze też zapewniam, że jeśli nie uda nam się rozwiązać problemu,
to poprosimy o pomoc mamę lub tatę.
Jednak rzadko kiedy jestem pierwsza na liście osób dobrze poinformowanych. Telefon (nawet w środku nocy) zdaje się być ważniejszy i daje większy spokój. Tyle że nie rodzicom.
Pamiętam jak jedna z organizatorek kolonii na spotkaniu przedwyjazdowym tłumaczyła właśnie rodzicom, że czas nieobecności dzieci, to dla nich czas odpoczynku, zregenerowania sił i zatęsknienia. Tęsknota nie jest czymś złym. Daje odczuć, jak bardzo nam na kimś zależy, jak jest dla nas ważny. Tęskniąc pozwólmy też zatęsknić naszym dzieciom. Niech zdobędą i takie doświadczenie. Niech poczują się również samodzielne – nie pod ciągłą kontrolą rodziców. Naprawdę świetnie sobie radzą w przeróżnych okolicznościach i wręcz potrzebują tego uczucia, że sami za siebie są odpowiedzialni. Przykładem niech będą odwiedziny rodziców u jednej z dziewczynek. Mama chciała zabrać ją na zakupy. Po uzyskaniu zgody od wychowawcy usłyszała dość mocny sprzeciw z ust swojej córki: „Mamo, ja chcę się uczyć samodzielności!”.
Teraz o telefonie, jako o źródle wiecznej troski. Kolonia to czas wędrówek, plażowania, gier, zabaw, wycieczek, dyskotek, kąpieli w basenie. I naprawdę w wielu tych miejscach aparat telefoniczny jest tylko balastem, który bardzo obciąża. Przypomina mi się tegoroczny obrazek. Wychodząc z moją gromadką na plac zabaw, gdzie było sporo urządzeń sportowych poprosiłam, żeby telefony zostały w pokojach. Tłumaczyłam,
że istnieje ryzyko uszkodzenia, zgubienia i troska o telefon może sprawić, że zamiast wesoło się bawić, trzeba będzie uważać na cenny (oj, czasem bardzo cenny) gadżet.
No i cóż, tyle co rozpoczęta zabawa kończy się upadkiem smartfonu na betonowy podest. Pomruk współczucia wśród grupy i przerażenie posiadacza. I bieg do wychowawcy,
żeby się zaopiekował cenną zabawką. Byłam mocno zbudowana tym, że większość grupy powiedziała biedakowi wprost, że przecież pani prosiła i ostrzegała. Sic! Jednak nauka
nie zawsze idzie w las!
I jeszcze jeden przykład, tym razem z dnia bez telefonu. Wieczorem wszystkie dzieci zostały poproszone o powiadomienie rodziców, że o godz. 22 telefony zostaną „internowane” i powrócą do swoich właścicieli następnego dnia również w okolicach godziny 22 po to, żeby spróbować żyć troszkę inaczej, bez ręki przyklejonej do wyświetlacza. Ot, taki mały eksperyment wychowawczy, choć pełen obaw o to, czy
nie kręcimy bicza sami na siebie. Wszak dziecko ze smartfonem to dziecko bezproblemowe. Pozostawione samo sobie niczego nie chce, nie jest głodne, nie nudzi się
i nie potrzebuje naszej uwagi. Bez wirtualnych możliwości może być zupełnie inne.
Nie obeszło się bez jęków i pytań „ale dlaczego?” ale w sumie nie było najgorzej.
Oczywiście przed wyjazdem wszyscy rodzice otrzymali numery telefonów do wychowawców i kierownika, więc kontakt z pociechą w dalszym ciągu był możliwy.
I tu okazuje się, że słabym ogniwem w całym doświadczeniu okazał się tata, który powiedział swojemu dziecku, że nie zgadza się na odebranie mu telefonu. ???.
Tak, pojawiły się znaki zapytania ale argumentem, który na moment odebrał wiarę
we współpracę z rodzicem okazało się zdanie „to jest moja własność i wychowawca
nie ma prawa”.
W sumie udało się, bo dziecko samodzielnie podjęło decyzję, że chce tak jak wszyscy spędzić dzień bez telefonu. I co się okazało? To był wspaniały dzień, bez jęków i próśb
o oddanie smartfonów. Bez konieczności śledzenia portali i robienia selfie. Wnioski? Pozwolę sobie na przytoczenie głosów uczestników kolonii: „nie było tak źle, możemy to powtórzyć, nie trzeba było się martwić, że się zgubi telefon, nam tak naprawdę to telefon nie jest potrzebny…” . I perełka perełek: „proszę Pani, mnie to jest smutno w związku z tym telefonem. O tym, że nie będę go miała wiedział tylko tata. Myślałam więc, że jak dostanę telefon z powrotem, to będzie tam dużo SMS-ów i nieodebranych połączeń. Nie było
ani jednego”. Temat do przemyślenia również dla mnie.

A na koniec doświadczenie z innej kolonii, na której również byłam wychowawcą. Tu dzieci dostawały telefony tylko na dwie godziny, po kolacji. Jak funkcjonowały cały dzień bez? Rewelacyjnie :).

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Opiekun zmęczonych

Dzisiaj jak strzała wbiły się w moje serce słowa „… i wypocznijcie nieco”. Jezus widzi zmęczenie apostołów. Odsyła ich więc, żeby mogli odpocząć. Ale widzi też śpieszące
za apostołami tłumy, chcące słuchać nauk przez nich głoszonych. Przejmuje dzieło podjęte przez swoich uczniów i nie zabierając im chwil odpoczynku sam naucza.

*

(Mk 6, 30-34)
Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: „Pójdźcie wy sami osobno na pustkowie i wypocznijcie nieco”.
Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na pustkowie, osobno. Lecz widziano ich odpływających.
Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich wyprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce
nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać o wielu sprawach
.

*

Kiedy więc zmęczenie odbierze Ci siły, kiedy zdziałasz wszystko, co możesz – nie martw się, tylko opowiedz Mu o tym. A potem idź odpocząć. Świat się nie zawali, bo On Cię wyręczy
i zaopiekuje się Twoimi sprawami.Weźmie na siebie wszystko to, co za Tobą biegnie,
co Cię wyprzedza – wszystko to, co niedokończone i to, co miałoby Cię zbytnio wyczerpać.
Pozwól Mu zaopiekować się Twoim trudem – tym, na który być może nie masz już siły
i uwierz, Twoje sprawy są w dobrych rękach.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

To naprawdę smutne

„To smutne, że głupcy są tak pewni siebie

a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości.”

Bertrand Russell

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj