„Nie dla barbarzyństwa wobec kobiet”

Nie wiem, gdzie to przeczytałam. Przeraziłam się jednak, bo to „nie dla barbarzyństwa wobec kobiet” jest jednoznaczne ze zgodą dla barbarzyństwa wobec dzieci.
Dramat… Dramat tych najsłabszych, bez winy, z wyrokiem…

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 1 komentarz

„Nie holuj smutku za sobą…”

„Wczoraj do Ciebie nie należy,
Jutro niepewne,

Tylko dziś jest Twoje…” J.P. II

Cieszyć się każdym dniem, każdą chwilą a w przyszłość patrzeć z nadzieją.
Nie rozdrapywać ran, bo problemy żyją tak długo, jak je karmimy. Być przyjacielem
dla siebie i mieć oczy szeroko otwarte, żeby widzieć wokół dobro, które jest mniej krzykliwe i medialne niż zło. Każdego dnia dziękować za to, co mam (a mam przecież
tak wiele) i pamiętać o tym, że chociaż całego świata nie uleczę z ran, to mam szansę
i mam możliwości, żeby pomóc tym, którzy pojawią się na mojej drodze.
Chcę dzielić się swoją nadzieją i dawać uśmiech smutnym sercom…

Tego właśnie życzę sobie na ten rok.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Boże przyjście

Minęło.
Radosne Boże Narodzenie już za nami. Był świąteczny stół, była Pasterka i głośne
„Bóg się rodzi”. Kilka dni temu On się narodził, przyszedł na świat, jak mówią ewangeliści.
Czy przyszedł do mnie? Czy przyszedł „bardziej” niż rok temu?

Wiecie kiedy najbardziej poczułam, że przychodzi? Kiedy całkiem niedawno, leżąc
w szpitalu o wpół do szóstej rano (dla mnie to środek nocy) usłyszałam głos księdza:
„czy ktoś chce przyjąć Pana Jezusa?”. Nieśmiało podnosiły się głowy znad poduszek,
kiedy padły kolejne słowa: „proszę nie wstawać, przyjdziemy”.
I Pan Jezus przyszedł – prosto do szpitalnego łóżka. Tak właśnie przychodzi.
Bez świecidełek, przepychu, pełnego stołu. Nad ranem, po cichu, do zaspanego człowieka…

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Adoracja

Znalazłam ten obrazek w sklepie ze starociami. Wciśnięty między inne, w stosie ramek,
zdjęć i przeróżnych fotografii nie wyglądał atrakcyjnie. A jednak przykuł moją uwagę – na
chwilę. Odłożyłam go na półkę, gdzie spędził zapewne już jakiś czas i wróciłam do domu.
Nie mogłam jednak przestać o nim myśleć i kiedy tylko nadarzyła się okazja, wróciłam.
Czekał. Prawdę powiedziawszy odetchnęłam z ulgą, zapłaciłam i zabrałam go do domu.
To była bardzo dobra decyzja.
Teraz patrzę na niego codziennie i wciąż nie mogę się nadziwić, jak bardzo mnie przyciąga. Ma w sobie coś, jakiś sekret. Po raz pierwszy widzę tak przedstawionego Jezusa i jest
w tym obrazie tyle uczucia – miłości, zaufania, oddania i delikatności.
Ten gest przytulenia się do Niego w momencie, kiedy daje się nam cały…

Nie wiem, kto jest autorem tego obrazka, ale dziękuję mu. Za wszystkie moje zamyślenia
i chwile, kiedy patrząc na ten obrazek czuję, jak wyrównuje się oddech, opada napięcie
i odpływa stres.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Madonna dla mamy

Ta niedziela nie była łatwa. Kiedy na kazaniu ksiądz powiedział, że to rodzice są po Bogu pierwsi i najważniejsi oraz że to oni kształtują nas na całe życie pomyślałam: „proszę, tylko niech ksiądz nie mówi, że bez ich obecności nie może być dobrze”.
Powiedział. Nie tymi słowami, ale powiedział. A ja próbowałam odgadnąć, co czują „moi” chłopcy. Chłopcy, którzy spędzają kolejne dni i noce bez rodziców.

Po powrocie z kościoła młodszy zadzwonił do mamy. Przez półotwarte drzwi kuchni patrzyłam jak siedzi na środku korytarza zawinięty w koc. Taka mała bieda, opowiadająca po raz kolejny swojej półprzytomnej, trochę (albo i bardzo) wczorajszej mamie, że źle się czuje. Nie mogli się porozumieć. Cóż, nie ta percepcja i nie ta sama trzeźwość umysłu… Mimo, że tak jakoś im się nie kleiło, to chłopiec nie odpuszczał. I nagle stało się coś, co rozłożyło mnie na łopatki. Ścisnęło mnie za gardło, w oczach stanęły mi łzy, kiedy nagle usłyszałam, jak do słuchawki płyną dziecięcym głosem dedykowane słowa „Czarnej Madonny”.

„Madonno, Czarna Madonno, jak dobrze Twym dzieckiem być…”

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Słowa jak miód

– „Miała Pani rację”
– Nie rozumiem…
– „Zatęskniłem”.

Dla takich chwil warto żyć!!!

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Słowa jak drogowskazy

Kolejne dni moich wątpliwości, poszukiwań i ćwiczenia się w cierpliwości.
Ciągle uczę się, jak postępować w sytuacjach trudnych, kiedy mój podopieczny doprowadza moją krew do wrzenia i kiedy po prostu mam ochotę wrzasnąć pełnym gardłem pokazując, kto tu rządzi.
Wiem, że jego trudna przeszłość określa jego teraźniejszość, że nie potrafi radzić sobie
z wieloma sprawami i z własnymi emocjami. Rozumiem, że jego dzieciństwo było tak naprawdę szkołą przetrwania i samodzielnym dochodzeniem do tego, kim jest dzisiaj
ale w niektórych momentach bierze górę moja słabość i zwykła ludzka bezradność, z którą nie umiem sobie poradzić.
Ostatnio też tak było. Stając twarzą w twarz z nastoletnim uporem i agresją, której źródło nie do końca było w tym momencie jasne, myślałam tylko o tym, jak przetrwać kolejny egzamin nie dając po sobie poznać tego, co działo się w mojej głowie. Nie było łatwo. Powietrze musiało chyba uchodzić uszami, bo inaczej pękłabym i rozpadłabym się na drobne kawałki. Moje myśli dalekie były od łagodnych, ale w tyle głowy na szczęście cały czas miałam myśl „to jest dziecko. BARDZO skrzywdzone dziecko!”
I wtedy przypomniałam sobie, że przecież ten młody człowieczek po prostu nie umie wielu rzeczy, które chciałabym, żeby umiał. Nie rozumie dlaczego to nie on decyduje o swoim tu
i teraz oraz o każdym kroku w przyszłość. Miota się jak zamknięte w klatce zwierzątko
i wciąż szuka dla siebie sposobu na przeżycie tak trudnych dla niego chwil.
A mimo tego, są momenty, kiedy próbuje życ tak, jak tego od niego oczekujemy. Stara się, robi postępy. Duże? Nie, niewielkie ale jednak.
I kiedy opadły już emocje (głównie moje) i kiedy tylko rozpaczliwy głos we mnie prosił „Boże pomóż”, po raz kolejny stał się cud. Bo tylko tak mogę to nazwać. Przeczytałam takie oto słowa:
„Kiedy ktoś ma złe skłonności, aby iść w stronę dobra musi iść pod prąd. Nie uda mu się, gdy będzie zupełnie sam.[…] Wy mu nie pomagacie. Biedak płynie zupełnie sam i ociera się o mielizny, osiada na nich, wplątuje się w pływające gałęzie, dostaje się w wiry. Gdyby mierzył dno (dopisek z wcześniejszej treści: żeby nie osiąść na nim) nie mógłby jednocześnie trzymać ani steru, ani wiosła. Dlaczego więc wytykacie mu, że nie posuwa się naprzód? […] To nie jest słuszne.”
Uderzyła mnie ta treść. Trafiła prosto w serce. Zrozumiałam, że jeszcze wiele razy może zawrzeć we mnie krew, ale moją rolą jest trwanie, towarzyszenie, bycie obok cudownie nazwane przez Jana Bosco asystencją. Bo jeśli tak ciężko jest iść  w stronę dobra z opiekunami, jeśli nie zawsze się to udaje, to jak ciężko musi być iść samemu?
I jeszcze jeden cytat, odnaleziony w tym samym czasie: „Wy go zostawiacie samego.
Nie bądźcie dla niego sędziami. Nie jest gorszy niż tylu innych. Jest tylko bardziej rozpieszczony… i to od dzieciństwa”.
Boże, to prawda – rozpieszczony od dzieciństwa – toksyczną, niedojrzałą, zatruwającą „miłością”.

 

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Proś o to, co mam ci dać

Od wielu dni zamęczałam się myślami, jak mam postępować? Jak rozwiązywać problemy, które narastają i przyklejają się jedne do drugich niczym kolejne płatki śniegu do śnieżnej kuli?
Szukałam rozwiązań, które nie odbiorą mi siły i miłości do pracy. Ale też takich, które nie pozbawią nadziei chłopca, który stracił już zbyt wiele.
Szukałam i czułam, że drepczę w miejscu. Zupełnie nie miałam pomysłu jak działać, żeby wyciągnąć go buntu, niechęci, złości a nawet agresji i  żeby nie skrzywdzić go jeszcze bardziej. Życie przecież  odebrało mu zbyt wiele i postawiło go przed wyzwaniem, z którym mnie samej byłoby ciężko się zmierzyć.
Starałam się nie stracić tej maleńkiej cząsteczki zaufania, która rodziła się z jego strony i tej nici sympatii, która nie była jeszcze na tyle mocno utkana między nami, żeby mogła przetrwać szalejące od jakiegoś czasu burze.
Nie było łatwo. Powiem więcej – momentami było koszmarnie trudno. Potrzebowałam kogoś, kto mógłby powiedzieć mi jak mam postępować, bo wiedziałam, że chociaż jak czołg będę szła dalej, to również tak jak czołg mogę po drodze zniszczyć to, co kiełkowało.

I kiedy tak męczyłam się z natłokiem myśli i chwilami bezsilności, przyszło rozwiązanie, pierwszym niedzielnym czytaniu. Najprostsze i najpewniejsze z możliwych.
(1 Krl 3,5.7-12)
„W Gibeonie ukazał się Pan Salomonowi w nocy, we śnie. Wtedy rzekł Bóg: Proś o to, co mam ci dać. […] Racz więc dać Twemu słudze serce pełne rozsądku do sądzenia Twego ludu i rozróżniania dobra od zła, bo któż zdoła sądzić ten lud Twój tak liczny? Spodobało się Panu, że właśnie o to Salomon poprosił. Bóg więc mu powiedział: Ponieważ poprosiłeś o to, a nie poprosiłeś dla siebie o długie życie ani też o bogactwa, i nie poprosiłeś o zgubę twoich nieprzyjaciół, ale poprosiłeś dla siebie o umiejętność rozstrzygania spraw sądowych, więc spełniam twoje pragnienie i daję ci serce mądre i rozsądne, takie, że podobnego tobie przed tobą nie było i po tobie nie będzie.
I już się nie martwię…

 

 

 

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

Niedzielnie

Kościół OO. Pijarów, niedzielna Msza Święta dla dzieci. Jest pięknie.
Najpierw kaznodzieja opowiada dzieciaczkom o ziarnku gorczycy i przy pomocy obrazków i chętnych pokazuje jak wyrasta drzewo, jak gałąź po gałęzi tworzy siłę. Żywa konstrukcja stworzona z najmłodszych uczestników Mszy, stojąc na kolejnych stopniach ołtarza uzmysławia chyba nie tylko mi, że jesteśmy wspołtwórcami tej siły. Jesteśmy kolejnymi gałęziami, które mają moc dać schronienie, cień, wsparcie, dobro. I razem tworzymy żywy organizm – my, dzieci Jednego Boga możemy być potężnym drzewem, choć każdy z nas zaczyna jako najmniejsze ziarenko.
A później małe gałązki zaproszone stają wokół ołtarza i wspólnie ze wszystkimi wołają „Ojcze nasz”. Przecudny widok małych główek towarzyszących celebransowi.
Kiedy wracają do ławek, do rodziców z zachwytem patrzę jak śliczny, tak około pięcioletni blondynek podaje dłoń swojej (chyba zaledwie trzyletniej) siostrzyczce, pomagając jej zejść ze schodów.
Kolejne wzrusznie przynoszą uśmiechnięte dzieci z Zespołem Downa, jest ich kilkoro.
I widać, że są szczęśliwe.
Przy przekazaniu pokoju mam w oczach łzy, widząc jak elegancki pan, w wieku około osiemdziesięciu lat całuje w policzek panią w latach zbliżoną do swojego „kawalera”. Uśmiechali się do siebie jakby mieli „naście” lat. Siedzieli obok mnie i wprost czułam przepływajacą między nimi miłość.
Cudownym zwieńczeniem Euchartystii było błogosławieństwo dzieci. Dłuuuuuuuuuuuga kolejka.
Ot, taka zwyczajna niedzielna Msza Święta z nadzwyczajnymi przeżyciami u OO. Pijarów.

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj

O tym jak zasiałam

Dzisiaj o pewnym zaskoczeniu. O tym, że nasiona rzucone w ziemię muszą mieć czas, żeby wyrosnąć. Trzeba cierpliwości i regularnego podlewania, a wtedy nawet jest szansa na owoce 🙂 .

Nasz Chłopczyk jest już właściwie zaopiekowany. Czysty, odkarmiony, ubrany i pod naszą uważną opieką. Został jeszcze jeden aspekt jego codzienności o który trzeba było zadbać – spowiedź.
Pytam więc:
– Słyszałam, że przyjąłeś ostatnio Komunię Świętą a dzisiaj nie. Może trzeba byłoby pomyśleć o spowiedzi?
– Nie, ja w myślach przeprosiłem Pana Jezusa i On mi już pozwolił przyjmować Komunię Świętą.
Hm…, temat delikatny. Trzeba rozmawiać bardzo ostrożnie, bo właściwie nic nie wiemy
o kontakcie Chłopca z Kościołem, o częstotliwości spotkań z żywą wiarą.
Kolejnego dnia próbuję jeszcze raz:
– Skarbie, kończy się rok szkolny, będziecie uczestniczyli we Mszy Świętej. Może spróbujemy przygotować Cię do spowiedzi?
– Nie trzeba, ja wszystko umiem. – I tu następuje szybka recytacja formuły spowiedzi.
– Cieszę się, ale do spowiedzi trzeba się przygotować, zrobić rachunek sumienia…
– Nie trzeba, a poza tym, byłem w niedzielę w kościele i już więcej nie idę.
Na pytanie dlaczego nie, pada odpowiedź najbardziej przewidywalna: ” Bo nie!”
Dwanaście lat życia niesie ze sobą mocne przesłanie: wiem co robię, jestem prawie dorosły, mogę decydować o tym co robię i czego chcę.
Po kilku dniach bardzo delikatnie próbuję raz jeszcze:
– Wiesz co to są grzechy i dlaczego tak ważna jest spowiedź? Właściwie dostaję satysfakcjonującą odpowiedź. Może damy radę…
Trochę rozmawiamy jeszcze o sumieniu i niestety nastolatek nie zmienia swej decyzji:
„Do spowiedzi i kościoła nie idę”.
Znowu mija kilka dni. I tym razem jakoś tak przy okazji wypływa temat spowiedzi. Właściwie jeszcze dobrze nie zaczęliśmy rozmawiać, a ja słyszę jak z ust Chłopca pada:
„W niedzielę idę do spowiedzi”. Łoł! Ale w dalszym ciągu nie potrzebuje rachunku sumienia.
Nie poddaję się jednak  na kolejne nasze spotkanie drukuję pytania przygotowujące
do sakramentu pokuty. Po raz kolejny spróbuję.
Kartki leżą na biurku. Kiedy Chłopiec przechodzi obok, pada pytanie:
– Co to?
– Zobacz. – Czyta i oczywiście stwierdza, że to nie dla niego. Ale mimo wszystko pozwala, żebyśmy o tym porozmawiali. Tłumaczę, że pytania to tylko podpowiedź, że to tylko
dla niego, że nie musi pisać ani odpowiadać mi na nie. Słucha jak czytam kolejne pytania
i widzę, że w myślach odnosi je do swojego życia. Sukces? Może zostanę katechetką :)?

Czekam na spowiedź, ale już dzisiaj cieszę się jak dziecko, bo zobaczyłam jak zasiane ziarenko rośnie. Trzeba było tylko regularnie podlewać 🙂 .

Opublikowano krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Skomentuj