„Idź, obmyj się…”

Dziś Jezus przywraca wzrok niewidomemu. Ten cud nie dla wszystkich jest powodem radości. Rodzi pytania i wątpliwości, kłótnię i odrzucenie.

Rzekli mu w odpowiedzi:
„Cały urodziłeś się w grzechach, a nas pouczasz?”
I wyrzucili go precz.

Skąd ja to znam? Ten brak retoryki, brak argumentów i podpieranie się atakiem. Jak widać temat znany od lat, niezależny od okoliczności i osób stojących naprzeciw siebie. A jednak we mnie jest poczucie, że za dużo tego. Tego braku chęci  zrozumienia rozmówcy, poszanowania człowieka w sytuacji, gdy nie umiemy zrozumieć jego punktu widzenia
i jakiegoś otwarcia się na to, że ktoś widzi (co w przypadku tej ewangelii przybiera szczególnego wymiaru) inaczej.
W mojej codzienności, w moim zachowaniu też nie brakuje takiej postawy. Patrzę na moje dzieci, godzę ich kłótnie, przerywam potok oszczerstw lub po prostu wylewanych pretensji i myślę – jak to, macie czelność mnie pouczać? Mnie, wychowawcę, osobę dorosłą?
Zebranie myśli i przyznanie się do takiej postawy rodzi we mnie poczucie bezsilności – tym razem nie wobec postaw mojej trzódki, ale wobec mojej osoby, mojego myślenia i mojej postawy.Wobec tej pychy, która zamyka mnie na słuchanie tego, co wybrzmiewa między wierszami niecenzuralnych czasem wypowiedzi.

Moje wielomówstwo, przeświadczenie, że wiem lepiej, jestem „wyżej” i to mnie trzeba słuchać – to wszystko jest powodem, dla którego dzisiaj naprawdę się zawstydziłam.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Spotkanie przy studni (J 4,5-42)

Na przystanku autobusowym siedział młody chłopak, student. Ze względu na późną porę  wokół było prawie pusto. Po chwili dosiadł się do niego mężczyzna. Swoim wyglądem różnił się trochę od zadbanych obywateli dużego miasta, ale tym, co naprawdę go wyróżniało był wyraźnie zauważalny w jego zachowaniu dystans do tego dzieje się obok
i pewnego rodzaju spowolnienie, tak rzadkie w obecnym świecie. Niby siedział na przystanku, ale tak naprawdę nie czekał na autobus, nigdzie się nie śpieszył i widać było,
że raczej nie ma planów na ten wieczór.
Na początki milczeli, lecz po chwili jakoś tak samoistnie zaczęły płynąć słowa. O życiu, świecie i o bezdomności. W pewnym momencie mężczyzna przyznał się do tego, że od lat boryka się z brakiem domu. Mówił, że przyzwyczaił się już do tego. I nawet nie narzeka na swój los – ot, tak się jakoś stało i trudno. O nic też nie prosił, nie żebrał. Ale po pewnym czasie zdobył się na odwagę i zapytał, czy mógłby mieć prośbę. Student wyprzedzając
tę prośbę powiedział, że owszem – mogą podejść do sklepu i kupić coś do jedzenia. Lecz to nie o to chodziło. Mężczyzna zapytał, czy chłopak ma przy sobie jakąś przeczytaną książkę, bo to, czego najbardziej mu w życiu brakuje, możliwość czytania. Tęskni za książkami i to one sprawiają, że świat ma jeszcze kolory. Niestety, student miał przy sobie jedynie skrypty
i notatki z ostatniego egzaminu. Ale zaproponował, że chętnie się tym, podzieli. Bezdomny mężczyzna z radością je przyjął i ich drogi się rozeszły.

Spotkanie – czym jest? Rozmową, poznaniem czyjegoś imienia, wspólnym oczekiwaniem
na autobus? Czy może zaplanowaną wcześniej i ukierunkowaną rozmową? Może wszystkim tym po trochu, ale chyba najgłębiej i najpiękniej można je zdefiniować jako budowanie relacji – z nieoczywistym rozmówcą, z osobą o odmiennych poglądach, będącą w innej sytuacji życiowej, wyznającą inne wartości. Spotkanie jest okazją – do wzajemnego poznania czasem bardzo różnych światów, odkrycia tego, co łączy i zbudowania mostów tam, gdzie ich nie ma. Jego podstawą jest głębokie słuchanie i prawdziwa chęć usłyszenia tego, co mówi druga osoba, która być może zapragnie odkryć przed nami swoje karty.

 

Spotkanie Jezusa z Samarytanką było takim właśnie odkryciem siebie nawzajem.
To podczas niego padają słowa „Nie mam męża” jako przyznanie się do życia bez ślubu,
co było przedmiotem wstydu i „Jestem Nim Ja” jako deklaracji bycia Mesjaszem. Rozmowa tych dwojga nieznajomych jest zadziwiającym spotkaniem Samarytanki
z Żydem, człowieka z Bogiem. Jest relacją, która prowadzi do dobra, poznania i budowania wiary.

W naszym życiu wiele jest takich spotkań, które mogą budować – nie niszczyć, wspierać – nie oceniać, powodować zmianę ale nie zmieniać na siłę. Każdy z nas może przecież któregoś dnia spotkać bezdomnego lub Samarytankę.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Bóg czy człowiek (Mt 17,1-9)

Urodziła Go kobieta, wychowywał się jak każde dziecko, pomagając rodzicom. Jadł, pił, spał, żył między ludźmi. Później powołał uczniów i apostołów, dla których był przyjacielem
i nauczycielem. Ale przebywając z nimi był przede wszystkim człowiekiem, bo żył jak człowiek. To co miało się wydarzyć po Jego śmierci, choć przekazywane uczniom
w delikatnych słowach, było skryte pod pewnego rodzaju zasłoną nierozumienia, nieodkrycia. Człowiek w swoim ziemskim sposobie myślenia mógł uwierzyć, ale czy mógł sobie wyobrazić kim tak naprawdę jest Jezus Chrystus?

Patrzę na moich przyjaciół i stawiam sobie pytanie, czy dobrze ich znam? Są tacy jak ja – urodzeni przez kobiety, wychowani raczej w podobnych warunkach do tych, w których dorastałam ja. Jedzą, piją, pracują w podobnych realiach do moich. Tworzymy grupy przyjaciół. Dla jednych to ja jestem autorytetem w niektórych sprawach, dla drugich ktoś inny. Różne osoby w różnych kwestiach i aspektach życia są nim dla mnie. Czy ja wiem, kim naprawdę są oni, a oni kim jestem ja?

Jezus zabrał ze sobą trzech swoich najbliższych uczniów na górę i „Tam przemienił się wobec nich. Twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło”. Obecni z Nim mężczyźni mogli zobaczyć innego Pana niż tego, z którym chodzili ręka
w rękę. Już nie człowieka, ale Boga. I usłyszeli słowa: „To jest mój Syn umiłowany,
w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”, które umocniły ich wiarę w to, że to właśnie Bóg-Człowiek jest obecny pośród nich.

Wydawać by się mogło, że choć stworzeni przez Boga, to jesteśmy tylko ludźmi.
Z wszystkimi ziemskimi wadami i ograniczeniami. Ale czy my również nie jesteśmy Jego dziećmi? Przecież niejednokrotnie w Piśmie Świętym jesteśmy tak nazwani – dziećmi Boga, braćmi Chrystusa. Tak więc, w każdy z nas jest Boży pierwiastek. Owszem, żyjemy zwyczajnie i daleko nam do świętości. Ale jest taki aspekt, który odkrywam w dzisiejszym czytaniu i który uzmysławia mi, że moją drogą jest upodabnianie się do Jezusa na Górze Tabor. Ja również mam się przemieniać. Mam jaśnieć, napełniać się Bożym światłem.
A wszystko po to, żeby umacniać wiarę innych. Żeby moi przyjaciele, ludzie z którymi jadam, pracuję, wypoczywam mogli zobaczyć we mnie to światło. I to, że Bóg żyje we mnie
a ja żyję Nim.
Całe moje życie to czas przemiany i szansa zajaśnienia. Po to również, żebym mogła usłyszeć kiedyś słowa – to jest moja umiłowana córka.

Światło, Żarówki, Nadzieję Że, Poświata

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Kuszenie (Mt 4, 1-11)

Jeśli jesteś Synem Bożym…

Zdarzało mi się słyszeć niejednokrotnie w różnych dyskusjach z moim uczestnictwem słowa, które często słyszę teraz w rozmowach dzieci: „jeśli jesteś taka mądra to…”.
I wtedy pojawiała się nieodparta chęć udowodnienia, że tak – jestem mądra. I pokażę, naprawię, udowodnię… . Czym to było? Tak naprawdę chęcią pokazania siły, może nawet wyższości. Było próbą odpowiedzi na (można właściwie tak to określić) prowokację. Słowa „jeśli jesteś…” są często właśnie taką prowokacją, próbą konfrontacji i ukazania drugiej stronie, że się myli, że nie da rady, że jest słabsza niż jej się wydaje. Nie prowadzą
(lub robią to naprawdę bardzo rzadko) do dobra, a jednak po ich usłyszeniu wchodzimy
w grę pod tytułem „No to ci udowodnię”, niosącą straty po każdej ze stron. Upokorzenie, pychę, obrazę. Naprawdę niezwykle rzadko gra ta kończy się pokojowo.
Dzisiaj Pan Jezus uczy innej postawy. Zapewne mógłby rozkazać kamieniom, żeby zamieniły się w chleb. I co ważniejsze, mógł to uczynić bez namowy szatana. Ale nie chciał, bo nie o to w poście chodziło. I nie dał się sprowokować złym namowom. Wiedział jaką
ma siłę, kim jest i dlaczego znalazł się na pustyni, i nic nie musiał (w znaczeniu wewnętrznego przymusu) udowadniać. Wiedział z kim rozmawia i nie dał się sprowokować.

Idź precz, szatanie!

Kuszenie to doskonale znany aspekt działalności diabła. Jego pokusy wydają się być ukierunkowane na nasze dobro, szczęście, zadowolenie. Proponując nam pozorne dobro doskonale zdaje sobie sprawę z naszych pragnień i jednocześnie słabości. W swoich wymyślnych podchodach szuka drogi do naszych serc i podsuwa obietnice czegoś,
co sprawi, że będzie nam lepiej. Inaczej przecież nie zwrócilibyśmy na nie uwagi.
Są to deklaracje chleba dla głodnego i wody dla spragnionego. Tylko, że te obietnice najczęściej ukrywają prawdę o tym, że chleb jest spleśniały a woda zatruta. Szatan nie jest dobrym wujkiem, czy też troskliwym opiekunem. To, co robi, robi dla własnej korzyści
i skrywa prawdziwą motywację pod płaszczem kłamstwa i ułudy dobra.
Czytając fragment dzisiejszej Ewangelii po raz kolejny przypomniałam sobie rzecz niezwykle istotną. Z szatanem nie można wchodzić w polemikę. Nie jesteśmy na tyle silni, żeby udowadniać, że się nie damy. Jedyną drogą jest powiedzieć „wynoś się!”.
Ostro, stanowczo, bez wchodzenia w jakąkolwiek dyskusję.  Tak jak to zrobił Pan Jezus – „Idź precz, szatanie!”.

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Jedno słońce nad wszystkimi dziećmi (Mt 5,38-48)

Czy można kochać wszystkich ludzi? Bezwarunkowo, niezależnie od ich postaw i krzywd, jakie nam wyrządzają? Po ludzku rzecz biorąc jest to niezwykle trudne. Każda zadana
rana boli i jeśli nawet nie szukamy odwetu, to wzbudzenie pozytywnych myśli wobec krzywdzącego jest niełatwym zadaniem. Bywa wręcz tak, że to właśnie chęć odwetu
jest jednym z pierwszych odruchów. Słowa „ja ci jeszcze pokażę”, nawet jeśli nie są wypowiedziane głośno, to osadzają się w myślach na tyle mocno, że od ich realizacji uzależniamy nasz spokój. Przechodząc natomiast od słowa do czynu, dając myślom życie, jednocześnie z ofiary zamieniamy się w krzywdziciela. Jaki jest tego skutek? Tym razem
to my stajemy się nieprzyjaciółmi. Jednak nasze czyny nie odebrały nam przecież potrzeby bycia kochanymi.

Wracając do pytania o to, czy można kochać wszystkich ludzi chciałabym opowiedzieć
o pewnym spotkaniu. To było dawno – w ubogim domu mieszkała kobieta, której życie dobiegało kresu. Była samotna i spotkanie ze mną dało jej radość rozmowy. Nie dlatego,
że byłam kimś ważnym, ale dlatego, że miała z kim porozmawiać. Opowiadała o swoim życiu, jego trudach, ludzkiej złości i wzajemnym złym traktowaniu się przez osoby z  jej otoczenia. Ale nie było w niej żalu, a raczej spokój i pogodzenie z tym, co było. Zapytałam, jak to robi, że ma wobec innych tyle łagodności. Odpowiedziała, że każdy jest czyimś dzieckiem. Patrząc na człowieka, choćby najtrudniejszego w relacjach ona widzi dziecko.
I myśli o jego matce, o jej miłości, trosce, wyrzeczeniach i pragnieniu, żeby syn, czy córka nigdy nie zaznali krzywdy. Od nikogo.

Każdy jest czyimś dzieckiem. Do tej prawdy wracałam już niejednokrotnie w chwilach,
gdy moja złość budowała plany odwetu. Nie, nie zaczynałam od razu kochać swoich nieprzyjaciół. Ale potrafiłam zobaczyć w nich dziecko – dziecko Boga. I poczuć ból,
jaki czuje rodzic, który patrzy na wrogość pomiędzy rodzeństwem. To pomaga ochłonąć, nabrać dystansu i na spokojnie stanąć przed pytaniem: chcę kochać czy nienawidzić?
Nie mogę godzić się na zło, ale muszę pamiętać, że zło to nie człowiek. Zło to brak dobra. Zadając krzywdę, najczęściej jeszcze mnożę zło tam, gdzie jest ogromne wołanie o dobro. Bodajże Lew Tołstoj powiedział: „Nienawidź zła w człowieku, człowieka kochaj”.
To zazwyczaj przynosi lepsze efekty niż odpłacanie pięknym za nadobne.

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Prawdziwe „tak” i prawdziwe „nie”

Ewangelia jest źródłem prawd uniwersalnych, mądrości i wskazówek, z których każdy naprawdę może wybrać coś dla siebie. I nie chodzi tu o wybiórcze jej traktowanie,
a raczej o to, że każdy człowiek potrzebuje w danym momencie innych słów.
Każdy z nas jest bowiem inny, w innej sytuacji życiowej, rodzinnej, w innym wieku i stanie psychofizycznym. Nie mówiąc już o tym, że każdy zmaga się z historią całkowicie odmienną od drugiego człowieka. A piszę o tym dlatego, że czytając kiedyś wspólnie fragment z Ewangelii dnia odkryliśmy, że każdy z nas odnalazł w niej coś innego.
W dzisiejszym Słowie (Mt 5, 20-22a 27-28. 33-34a. 37) przemówił do mnie fragment:  „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”.

Przypominam sobie książkę autorstwa Williama Backus’a „Mówienie prawdy sobie nawzajem” i słowa w niej zawarte: „Ktoś obliczył, że każdy z nas wypowiada dwieście kłamstw każdego dnia!”. Niewiarygodne, jeśli się temu głębiej nie przyjrzeć. Autor, żeby nie być gołosłownym przytacza konkrety  zadając pytania – czy nie uciekasz przed niechcianą wizytą mówiąc, że nie ma cię w domu; przyznajesz, że ktoś ładnie wygląda,
by go nie ranić; zapraszasz do kontaktu licząc, że do niego nie dojdzie; mówisz, że nie masz czasu, bo po prostu nie masz ochoty go dla kogoś znaleźć; zasłaniasz się wymyślonymi powodami, żeby tylko nie przyznać się do tego, że o czymś zapomniałeś, albo wręcz nie chciałeś pamiętać.
A ile razy mówisz do kogoś „zrobię dla ciebie wszystko”?  Czy naprawdę sam w to wierzysz? Mnóstwo małych „niewinnych” półprawd, kłamstewek, przemilczeń. Nawet wtedy,
gdy mówimy, że musimy coś zrobić, a tak naprawdę nie tyle musimy, co chcemy, to mijamy się z prawdą. To nie jest ewangeliczne „tak, tak; nie, nie”. To nie jest czystość słowa i przekazu. A z drugiej strony boimy się mówić czego naprawdę pragniemy, czego oczekujemy, co dla nas ważne. Boimy się wyrażania naszych przekonań i przyznania się jasno do wyznawanych wartości, ubierając to w ogólniki i półprawdy. Może właśnie dlatego relacje międzyludzkie bywają tak trudne i  tak trudno nam się komunikować? Jak mamy się nawzajem rozumieć ukrywając prawdę?

Mówienie prawdy trzeba zacząć od uporządkowania prawd we własnym wnętrzu i odejścia od zakłamywania rzeczywistego obrazu samego siebie, bazowania na tym, co powiedzieli nam o nas ludzie. Od tego, żeby nazwać to, co dla mnie ważne, czego oczekuję, co stanowi dla mnie wartość niezamienną na nic innego.
Mówienie „tak, tak; nie, nie” daje wolność, zadowolenie i uwalnia od niewiarygodnie trudnych chwil sam na sam ze sobą, kiedy czujemy, że to co wyszło na zewnątrz w żaden sposób nie zgadza się z tym, co jest w nas.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Jesteśmy światłem świata (Mt 5,13-16)

Czym naprawdę jest światło wie tylko ten, kto zaznał ciemności… .

Wielokrotnie słyszałam od zasypiających dzieci słowa „tylko niech pani nie gasi światła”. Wystarczała mała lampka, światło na korytarzu żeby noc była przyjaźniejsza. Ta odrobina jasności potrafiła przegonić lęk, oddalić czarne myśli i ułatwić nadejście kojącego snu.
Niejednokrotnie widziałam również, jak odrobina nadziei danej komuś pogrążonemu
w ciemności smutku i bezsensu była światłem, które pozwalało na nowo wstać i pokonywać przeciwności.
Uczestniczyłam także kiedyś w projekcie, w którym przewodnik górski będący jednocześnie ratownikiem uczył dzieci jak przetrwać w górach w sytuacjach trudnych. Zapoznawał ich ze sposobami walki z żywiołami i uczył jak rozniecić ogień. Powiedział wtedy bardzo ważne dla mnie słowa: „Nawet najmniejsza iskra może być momentem ocalenia. I to nie chodzi o ciepło, ale o wiarę, o łapanie się tej cieniutkiej nitki nadziei,
że póki jest światło, jest życie”.
Tak, światło jest nie tylko życiodajne, ale również życionośne. Wiedzą to doskonale wszyscy ci, którzy zagubili się w realnych ciemnościach, w lasach, jaskiniach, tunelach.
Im jedna maleńka lampka ratownika uczestniczącego w poszukiwaniach potrafi przynieść radość, szczęście, ulgę i całą gamę innych pozytywnych odczuć. Przywrócić nadzieję na życie.

W dzisiejszej Ewangelii (Mt 5,13-16) Pan Jezus mówi do swoich uczniów niesłychanie budujące słowa: „Wy jesteście światłem świata”. To tak jakby powiedział do nich, że są nadzieją, życiem, oddalają smutek i lęk, ocalają. Nie warunkuje tego co powiedział ich życiem – On po prostu nazywa ich światłem, a jeszcze wcześniej solą ziemi. I to wszystko niejako z nadania, nie dzięki ich zasługom. A mówiąc te słowa Bóg jednocześnie daje im poznać, jaką drogę dla nich przeznaczył i czego przez to oczekuje: „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.

Każdy z nas otrzymał taki dar jak uczniowie i dla każdego z nas jest wskazaniem, jak mamy żyć. To, czy będziemy chcieli go wykorzystać zależy oczywiście wyłącznie od nas samych. Jednak zakopanie daru i niepomnażanie go będzie stratą nie tylko dla nas, ale również dla tych wszystkich, dla których możemy stać się promykiem nadziei. Bo każdego dnia,
w różnych jego momentach i w różnych okolicznościach możemy rozpraszać ciemności ludzkiej samotności, nieść radość ale przede wszystkim możemy naszym życiem, postawą, dobrocią, miłością, służbą wskazywać prawdziwe Światło – Boga.

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Kościół miejscem spotkania  (Łk 2,22-32)

Jest taka chrześcijańska piosenka, której fragment wybrzmiewa w słowach: „Jak rozpoznać mam Chrystusa, gdzie Go szukać mam?”. Odpowiedź przynoszą kolejne zwrotki: w kościele, w modlitwie. Ewangelia wg Św. Łukasza, a właściwie jej krótki wycinek (2,22-32) to też odpowiedź na pytanie zadane w tej piosence. I co ważne – taka sama.

Święty Łukasz opowiada nam o dniu, w którym Maryja i Józef wybrali się do świątyni,
aby zgodnie z literą prawa i zwyczajem przedstawić swojego syna Panu oraz złożyć ofiarę. Skąd wziął się ten zwyczaj?

Z historii wyjścia Izraelitów z Egiptu, z kraju który w pewnym momencie stał się dla nich miejscem niewoli i okrutnych prześladowań. Kierowani przez proroka Mojżesza i jego objawienia, z polecenia Boga chcieli opuścić to miejsce. Jednak ówczesny władca, mimo próśb nie godził się na ich uwolnienie. Bóg zsyłał więc kolejno na naród egipski dziesięć plag. Żadna z dziewięciu nie skłoniła faraona do zmiany zdania. Dopiero dziesiąta – śmierć wszystkich pierworodnych stworzeń, w tym dziecka samego faraona umożliwiła narodowi wybranemu opuszczenie Egiptu. I co ważne – podczas ostatniej plagi Bóg ocalił dzieci Izraelitów.

Zwyczaj ofiarowania pierworodnego syna w świątyni był jakby odwołaniem do tego zdarzenia, podziękowaniem Bogu za ocalenie. Większość żydowskich rodzin, żeby to uczynić udawała się do świątyni w Jerozolimie. Podobnie było z Józefem i Maryją.
Oni też chcieli dopełnić prawa, chcieli ofiarować swojego syna Bogu.

Zapewne nie wiedzieli, że ich przybycie będzie tak ważnym wydarzeniem dla człowieka
o imieniu Symeon. Czy wyróżniali się czymś szczególnym, że ich zauważył? Zapewne nie – byli skromni i ubodzy, a ich przyjścia do świątyni nie ogłosił anioł, nie było gwiazdy
ani głosu z nieba. A mimo tego Symeon wiedział, że dzieciątko które zobaczył jest tym, którego oczekiwał:

„[…]moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,

któreś przygotował wobec wszystkich narodów:

światło na oświecenie pogan

i chwałę ludu Twego, Izraela”.

Dlaczego wiedział kim jest to maleństwo, mimo że było jak wiele innych dzieci i dla większości nierozpoznane?
Symeon był człowiekiem modlitwy. Mężczyzną pobożnym i ufającym w wierność Boga. Umiał słuchać i rozpoznać natchnienie, jakie otrzymał od Ducha Świętego. Dlatego mógł wziąć w swoje ramiona Boże Dzieciątko.
Każdy z nas może odnaleźć Jezusa i każdy może być Symeonem. Ktoś mógłby powiedzieć: „to nie takie proste, On sam nie umiałby rozpoznać Go, gdyby nie natchnienie Ducha Świętego”. Tak, to prawda – nikt sam nie umie rozpoznać Boga. Ale każdy z nas może się modlić do Ducha Świętego, o natchnienie, które w tym pomoże. I wtedy tak jak Symeon będziemy mogli przeżyć radość, spełnienie, pokój i wytchnienie.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Pokusa nawracania innych (Mt 4,12-17)

„Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie”. Takimi słowami Pan Jezus rozpoczyna swoje nauczanie i takie też wybrzmiały w dzisiejszym czytaniu.

Nawracanie się jest procesem. Nie tylko ciągłym, ale również bardzo trudnym, narażonym na chwile upadku, zniechęcenia i niewiary. Dlaczego? Dlatego, że każda próba odwrócenia się od grzechu jest momentem, gdy szatan jeszcze bardziej zastawia sidła.
Nie godzi się na porażkę odrzucenia jego drogi i jego pokus.

Św. Ojciec Pio pisał o tym tak: Niech cię nie dziwi i nie przeraża szaleńczy atak szatana, który odczuwasz wiele razy. On, jak wiesz, do śmierci będzie prześladował dusze, które nie będą chciały dać mu posłuchu, nie będą chciały mu ulec. Jego nienawiść staje się tym większa, im lepiej widzi, że wniwecz obracają się nadzieje na zdobycie tych dusz dla siebie”.

Stąd też tak trudno nawrócić się bez świadomości, że decyzję trwania w Bogu, w Jego miłości trzeba podejmować każdego dnia od nowa. Czy jesteśmy do tego zdolni, czy znajdziemy w sobie dość siły? Odpowiedź na to znajdziemy również w słowach Ojca Pio: Nie trzeba się niczego lękać, bo Pan nie opuści nas i nie dozwoli, by nad nami panował szatan. Bóg jest wierny i nie dopuści do tego, by pokusa była mocniejsza od naszych sił”.

Wobec takiej nadziei potrzeba więc przede wszystkim naszej woli zmiany, woli nawrócenia. Bo nikogo Bóg na siłę nie przemieni. I warto pamiętać również o tym, że wezwanie, które kieruje Pan Jezus dotyczy mnie. Oczywiście dotyczy też mojego brata, sąsiada i politycznego oponenta, ale ja mam nawracać przede wszystkim siebie, nie ich. Owszem, moja postawa i moje świadectwo mogą być przyczyną nawracania się innych, ale to od siebie mam zacząć.
I na sobie doświadczyć trudu ciągłego doskonalenia się w moich powrotach, żeby
z rozumiejącą miłością móc pomagać innym. Nie siłą, naganą czy wyższością ale właśnie miłością.

Był taki czas, gdy usiłując zmieniać postępowanie innych, ich złe (według mnie) nawyki usłyszałam: „spróbuj najpierw zmienić siebie”. Spróbowałam. I ze zdumieniem odkryłam, jak wielką sprawia mi to trudność, jak wiele razy upadam i się zniechęcam. Jeśli więc nie potrafię zmienić samej siebie, to jak mogę wymagać tego, żeby ktoś zmienił się pod moim wpływem? Jeśli sama nie będę się nawracać, to jakim prawem mam nawracać innych? Jedynie moje świadectwo i moje nawracanie się może stać się początkiem nawracania się innych. Zawsze jednak musi być to osobista decyzja każdego z nas.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Dodaj komentarz

Wielka Wygrana

P. (4 l.)mimo późnej pory ma duże problemy z zaśnięciem. Pada więc propozycja konkursu. Kto szybciej zaśnie, ten wygrywa. Zapada cisza… .

Po kilku błogich minutach słychać radosny głosik: „wygrałem!”.

To dziecko rzeczywiście ma w sobie ducha rywalizacji 😀 😀 😀.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze