Jedno słońce nad wszystkimi dziećmi (Mt 5,38-48)

Czy można kochać wszystkich ludzi? Bezwarunkowo, niezależnie od ich postaw i krzywd, jakie nam wyrządzają? Po ludzku rzecz biorąc jest to niezwykle trudne. Każda zadana
rana boli i jeśli nawet nie szukamy odwetu, to wzbudzenie pozytywnych myśli wobec krzywdzącego jest niełatwym zadaniem. Bywa wręcz tak, że to właśnie chęć odwetu
jest jednym z pierwszych odruchów. Słowa „ja ci jeszcze pokażę”, nawet jeśli nie są wypowiedziane głośno, to osadzają się w myślach na tyle mocno, że od ich realizacji uzależniamy nasz spokój. Przechodząc natomiast od słowa do czynu, dając myślom życie, jednocześnie z ofiary zamieniamy się w krzywdziciela. Jaki jest tego skutek? Tym razem
to my stajemy się nieprzyjaciółmi. Jednak nasze czyny nie odebrały nam przecież potrzeby bycia kochanymi.

Wracając do pytania o to, czy można kochać wszystkich ludzi chciałabym opowiedzieć
o pewnym spotkaniu. To było dawno – w ubogim domu mieszkała kobieta, której życie dobiegało kresu. Była samotna i spotkanie ze mną dało jej radość rozmowy. Nie dlatego,
że byłam kimś ważnym, ale dlatego, że miała z kim porozmawiać. Opowiadała o swoim życiu, jego trudach, ludzkiej złości i wzajemnym złym traktowaniu się przez osoby z  jej otoczenia. Ale nie było w niej żalu, a raczej spokój i pogodzenie z tym, co było. Zapytałam, jak to robi, że ma wobec innych tyle łagodności. Odpowiedziała, że każdy jest czyimś dzieckiem. Patrząc na człowieka, choćby najtrudniejszego w relacjach ona widzi dziecko.
I myśli o jego matce, o jej miłości, trosce, wyrzeczeniach i pragnieniu, żeby syn, czy córka nigdy nie zaznali krzywdy. Od nikogo.

Każdy jest czyimś dzieckiem. Do tej prawdy wracałam już niejednokrotnie w chwilach,
gdy moja złość budowała plany odwetu. Nie, nie zaczynałam od razu kochać swoich nieprzyjaciół. Ale potrafiłam zobaczyć w nich dziecko – dziecko Boga. I poczuć ból,
jaki czuje rodzic, który patrzy na wrogość pomiędzy rodzeństwem. To pomaga ochłonąć, nabrać dystansu i na spokojnie stanąć przed pytaniem: chcę kochać czy nienawidzić?
Nie mogę godzić się na zło, ale muszę pamiętać, że zło to nie człowiek. Zło to brak dobra. Zadając krzywdę, najczęściej jeszcze mnożę zło tam, gdzie jest ogromne wołanie o dobro. Bodajże Lew Tołstoj powiedział: „Nienawidź zła w człowieku, człowieka kochaj”.
To zazwyczaj przynosi lepsze efekty niż odpłacanie pięknym za nadobne.

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Jedno słońce nad wszystkimi dziećmi (Mt 5,38-48) została wyłączona

Prawdziwe „tak” i prawdziwe „nie”

Ewangelia jest źródłem prawd uniwersalnych, mądrości i wskazówek, z których każdy naprawdę może wybrać coś dla siebie. I nie chodzi tu o wybiórcze jej traktowanie,
a raczej o to, że każdy człowiek potrzebuje w danym momencie innych słów.
Każdy z nas jest bowiem inny, w innej sytuacji życiowej, rodzinnej, w innym wieku i stanie psychofizycznym. Nie mówiąc już o tym, że każdy zmaga się z historią całkowicie odmienną od drugiego człowieka. A piszę o tym dlatego, że czytając kiedyś wspólnie fragment z Ewangelii dnia odkryliśmy, że każdy z nas odnalazł w niej coś innego.
W dzisiejszym Słowie (Mt 5, 20-22a 27-28. 33-34a. 37) przemówił do mnie fragment:  „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”.

Przypominam sobie książkę autorstwa Williama Backus’a „Mówienie prawdy sobie nawzajem” i słowa w niej zawarte: „Ktoś obliczył, że każdy z nas wypowiada dwieście kłamstw każdego dnia!”. Niewiarygodne, jeśli się temu głębiej nie przyjrzeć. Autor, żeby nie być gołosłownym przytacza konkrety  zadając pytania – czy nie uciekasz przed niechcianą wizytą mówiąc, że nie ma cię w domu; przyznajesz, że ktoś ładnie wygląda,
by go nie ranić; zapraszasz do kontaktu licząc, że do niego nie dojdzie; mówisz, że nie masz czasu, bo po prostu nie masz ochoty go dla kogoś znaleźć; zasłaniasz się wymyślonymi powodami, żeby tylko nie przyznać się do tego, że o czymś zapomniałeś, albo wręcz nie chciałeś pamiętać.
A ile razy mówisz do kogoś „zrobię dla ciebie wszystko”?  Czy naprawdę sam w to wierzysz? Mnóstwo małych „niewinnych” półprawd, kłamstewek, przemilczeń. Nawet wtedy,
gdy mówimy, że musimy coś zrobić, a tak naprawdę nie tyle musimy, co chcemy, to mijamy się z prawdą. To nie jest ewangeliczne „tak, tak; nie, nie”. To nie jest czystość słowa i przekazu. A z drugiej strony boimy się mówić czego naprawdę pragniemy, czego oczekujemy, co dla nas ważne. Boimy się wyrażania naszych przekonań i przyznania się jasno do wyznawanych wartości, ubierając to w ogólniki i półprawdy. Może właśnie dlatego relacje międzyludzkie bywają tak trudne i  tak trudno nam się komunikować? Jak mamy się nawzajem rozumieć ukrywając prawdę?

Mówienie prawdy trzeba zacząć od uporządkowania prawd we własnym wnętrzu i odejścia od zakłamywania rzeczywistego obrazu samego siebie, bazowania na tym, co powiedzieli nam o nas ludzie. Od tego, żeby nazwać to, co dla mnie ważne, czego oczekuję, co stanowi dla mnie wartość niezamienną na nic innego.
Mówienie „tak, tak; nie, nie” daje wolność, zadowolenie i uwalnia od niewiarygodnie trudnych chwil sam na sam ze sobą, kiedy czujemy, że to co wyszło na zewnątrz w żaden sposób nie zgadza się z tym, co jest w nas.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Prawdziwe „tak” i prawdziwe „nie” została wyłączona

Jesteśmy światłem świata (Mt 5,13-16)

Czym naprawdę jest światło wie tylko ten, kto zaznał ciemności… .

Wielokrotnie słyszałam od zasypiających dzieci słowa „tylko niech pani nie gasi światła”. Wystarczała mała lampka, światło na korytarzu żeby noc była przyjaźniejsza. Ta odrobina jasności potrafiła przegonić lęk, oddalić czarne myśli i ułatwić nadejście kojącego snu.
Niejednokrotnie widziałam również, jak odrobina nadziei danej komuś pogrążonemu
w ciemności smutku i bezsensu była światłem, które pozwalało na nowo wstać i pokonywać przeciwności.
Uczestniczyłam także kiedyś w projekcie, w którym przewodnik górski będący jednocześnie ratownikiem uczył dzieci jak przetrwać w górach w sytuacjach trudnych. Zapoznawał ich ze sposobami walki z żywiołami i uczył jak rozniecić ogień. Powiedział wtedy bardzo ważne dla mnie słowa: „Nawet najmniejsza iskra może być momentem ocalenia. I to nie chodzi o ciepło, ale o wiarę, o łapanie się tej cieniutkiej nitki nadziei,
że póki jest światło, jest życie”.
Tak, światło jest nie tylko życiodajne, ale również życionośne. Wiedzą to doskonale wszyscy ci, którzy zagubili się w realnych ciemnościach, w lasach, jaskiniach, tunelach.
Im jedna maleńka lampka ratownika uczestniczącego w poszukiwaniach potrafi przynieść radość, szczęście, ulgę i całą gamę innych pozytywnych odczuć. Przywrócić nadzieję na życie.

W dzisiejszej Ewangelii (Mt 5,13-16) Pan Jezus mówi do swoich uczniów niesłychanie budujące słowa: „Wy jesteście światłem świata”. To tak jakby powiedział do nich, że są nadzieją, życiem, oddalają smutek i lęk, ocalają. Nie warunkuje tego co powiedział ich życiem – On po prostu nazywa ich światłem, a jeszcze wcześniej solą ziemi. I to wszystko niejako z nadania, nie dzięki ich zasługom. A mówiąc te słowa Bóg jednocześnie daje im poznać, jaką drogę dla nich przeznaczył i czego przez to oczekuje: „Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.

Każdy z nas otrzymał taki dar jak uczniowie i dla każdego z nas jest wskazaniem, jak mamy żyć. To, czy będziemy chcieli go wykorzystać zależy oczywiście wyłącznie od nas samych. Jednak zakopanie daru i niepomnażanie go będzie stratą nie tylko dla nas, ale również dla tych wszystkich, dla których możemy stać się promykiem nadziei. Bo każdego dnia,
w różnych jego momentach i w różnych okolicznościach możemy rozpraszać ciemności ludzkiej samotności, nieść radość ale przede wszystkim możemy naszym życiem, postawą, dobrocią, miłością, służbą wskazywać prawdziwe Światło – Boga.

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Jesteśmy światłem świata (Mt 5,13-16) została wyłączona

Kościół miejscem spotkania  (Łk 2,22-32)

Jest taka chrześcijańska piosenka, której fragment wybrzmiewa w słowach: „Jak rozpoznać mam Chrystusa, gdzie Go szukać mam?”. Odpowiedź przynoszą kolejne zwrotki: w kościele, w modlitwie. Ewangelia wg Św. Łukasza, a właściwie jej krótki wycinek (2,22-32) to też odpowiedź na pytanie zadane w tej piosence. I co ważne – taka sama.

Święty Łukasz opowiada nam o dniu, w którym Maryja i Józef wybrali się do świątyni,
aby zgodnie z literą prawa i zwyczajem przedstawić swojego syna Panu oraz złożyć ofiarę. Skąd wziął się ten zwyczaj?

Z historii wyjścia Izraelitów z Egiptu, z kraju który w pewnym momencie stał się dla nich miejscem niewoli i okrutnych prześladowań. Kierowani przez proroka Mojżesza i jego objawienia, z polecenia Boga chcieli opuścić to miejsce. Jednak ówczesny władca, mimo próśb nie godził się na ich uwolnienie. Bóg zsyłał więc kolejno na naród egipski dziesięć plag. Żadna z dziewięciu nie skłoniła faraona do zmiany zdania. Dopiero dziesiąta – śmierć wszystkich pierworodnych stworzeń, w tym dziecka samego faraona umożliwiła narodowi wybranemu opuszczenie Egiptu. I co ważne – podczas ostatniej plagi Bóg ocalił dzieci Izraelitów.

Zwyczaj ofiarowania pierworodnego syna w świątyni był jakby odwołaniem do tego zdarzenia, podziękowaniem Bogu za ocalenie. Większość żydowskich rodzin, żeby to uczynić udawała się do świątyni w Jerozolimie. Podobnie było z Józefem i Maryją.
Oni też chcieli dopełnić prawa, chcieli ofiarować swojego syna Bogu.

Zapewne nie wiedzieli, że ich przybycie będzie tak ważnym wydarzeniem dla człowieka
o imieniu Symeon. Czy wyróżniali się czymś szczególnym, że ich zauważył? Zapewne nie – byli skromni i ubodzy, a ich przyjścia do świątyni nie ogłosił anioł, nie było gwiazdy
ani głosu z nieba. A mimo tego Symeon wiedział, że dzieciątko które zobaczył jest tym, którego oczekiwał:

„[…]moje oczy ujrzały Twoje zbawienie,

któreś przygotował wobec wszystkich narodów:

światło na oświecenie pogan

i chwałę ludu Twego, Izraela”.

Dlaczego wiedział kim jest to maleństwo, mimo że było jak wiele innych dzieci i dla większości nierozpoznane?
Symeon był człowiekiem modlitwy. Mężczyzną pobożnym i ufającym w wierność Boga. Umiał słuchać i rozpoznać natchnienie, jakie otrzymał od Ducha Świętego. Dlatego mógł wziąć w swoje ramiona Boże Dzieciątko.
Każdy z nas może odnaleźć Jezusa i każdy może być Symeonem. Ktoś mógłby powiedzieć: „to nie takie proste, On sam nie umiałby rozpoznać Go, gdyby nie natchnienie Ducha Świętego”. Tak, to prawda – nikt sam nie umie rozpoznać Boga. Ale każdy z nas może się modlić do Ducha Świętego, o natchnienie, które w tym pomoże. I wtedy tak jak Symeon będziemy mogli przeżyć radość, spełnienie, pokój i wytchnienie.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Kościół miejscem spotkania  (Łk 2,22-32) została wyłączona

Pokusa nawracania innych (Mt 4,12-17)

„Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie”. Takimi słowami Pan Jezus rozpoczyna swoje nauczanie i takie też wybrzmiały w dzisiejszym czytaniu.

Nawracanie się jest procesem. Nie tylko ciągłym, ale również bardzo trudnym, narażonym na chwile upadku, zniechęcenia i niewiary. Dlaczego? Dlatego, że każda próba odwrócenia się od grzechu jest momentem, gdy szatan jeszcze bardziej zastawia sidła.
Nie godzi się na porażkę odrzucenia jego drogi i jego pokus.

Św. Ojciec Pio pisał o tym tak: Niech cię nie dziwi i nie przeraża szaleńczy atak szatana, który odczuwasz wiele razy. On, jak wiesz, do śmierci będzie prześladował dusze, które nie będą chciały dać mu posłuchu, nie będą chciały mu ulec. Jego nienawiść staje się tym większa, im lepiej widzi, że wniwecz obracają się nadzieje na zdobycie tych dusz dla siebie”.

Stąd też tak trudno nawrócić się bez świadomości, że decyzję trwania w Bogu, w Jego miłości trzeba podejmować każdego dnia od nowa. Czy jesteśmy do tego zdolni, czy znajdziemy w sobie dość siły? Odpowiedź na to znajdziemy również w słowach Ojca Pio: Nie trzeba się niczego lękać, bo Pan nie opuści nas i nie dozwoli, by nad nami panował szatan. Bóg jest wierny i nie dopuści do tego, by pokusa była mocniejsza od naszych sił”.

Wobec takiej nadziei potrzeba więc przede wszystkim naszej woli zmiany, woli nawrócenia. Bo nikogo Bóg na siłę nie przemieni. I warto pamiętać również o tym, że wezwanie, które kieruje Pan Jezus dotyczy mnie. Oczywiście dotyczy też mojego brata, sąsiada i politycznego oponenta, ale ja mam nawracać przede wszystkim siebie, nie ich. Owszem, moja postawa i moje świadectwo mogą być przyczyną nawracania się innych, ale to od siebie mam zacząć.
I na sobie doświadczyć trudu ciągłego doskonalenia się w moich powrotach, żeby
z rozumiejącą miłością móc pomagać innym. Nie siłą, naganą czy wyższością ale właśnie miłością.

Był taki czas, gdy usiłując zmieniać postępowanie innych, ich złe (według mnie) nawyki usłyszałam: „spróbuj najpierw zmienić siebie”. Spróbowałam. I ze zdumieniem odkryłam, jak wielką sprawia mi to trudność, jak wiele razy upadam i się zniechęcam. Jeśli więc nie potrafię zmienić samej siebie, to jak mogę wymagać tego, żeby ktoś zmienił się pod moim wpływem? Jeśli sama nie będę się nawracać, to jakim prawem mam nawracać innych? Jedynie moje świadectwo i moje nawracanie się może stać się początkiem nawracania się innych. Zawsze jednak musi być to osobista decyzja każdego z nas.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Pokusa nawracania innych (Mt 4,12-17) została wyłączona

Wielka Wygrana

P. (4 l.)mimo późnej pory ma duże problemy z zaśnięciem. Pada więc propozycja konkursu. Kto szybciej zaśnie, ten wygrywa. Zapada cisza… .

Po kilku błogich minutach słychać radosny głosik: „wygrałem!”.

To dziecko rzeczywiście ma w sobie ducha rywalizacji 😀 😀 😀.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Jan dał takie świadectwo (J 1, 29-34)

W dzisiejszej Ewangelii Jan widząc podchodzącego Pana daje o nim świadectwo.
Dwie rzeczy w tym czytaniu bardzo mnie urzekły.
Pierwsza, dość oczywista to sam fakt złożenia świadectwa: „Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym”. Oczywista, a jednak nie taka łatwa.
Przypominam sobie pewną historię, opowiedzianą mi przez znajomego kapłana.
Odbywał on samotnie pieszą pielgrzymkę przez górzysty i bardzo zalesiony teren. Takie trochę odludzie, mało przyjazne w wędrówce. Po długiej trasie wspomniany ksiądz dotarł
w końcu do malutkiej gospody. Zanim usiadł, złożył zamówienie i dopiero wtedy zauważył, że w tej knajpce jest tylko jeden stolik i siedzi przy nim mężczyzna jakiego nie chciałby raczej spotkać na swojej drodze. Ogromny, barczysty, ze szramą na twarzy i wzrokiem płatnego mordercy. Pierwsza myśl, jaka przebiegła przez głowę pielgrzyma, to oczywiście uciec, wycofać się pozostając niezauważonym. Ale głód upomniał się o swoje prawa. Poza tym wizja wędrówki z pustym żołądkiem przez las, z być może podążającym za nim silnym, najedzonym nieznajomym nie była przyjemna. Tak więc ksiądz został i usiadł przy stole. Posiłek obaj panowie otrzymali równocześnie. Kapłan zastanowił się szybko,
czy przeżegnać się przed posiłkiem. Przyznał się jednak sam przed sobą, że trochę boi się takim gestem sprowokować „zabijakę”. I wtedy zobaczył, że ten groźnie wyglądający mężczyzna czyni znak krzyża. Świadectwo.
A druga rzecz, to słowa: „Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą
w tym celu, aby On się objawił Izraelowi”.
Jan podkreśla rzecz niebywałą. Mówi o tym,
że nie znał wcześniej Pana, a jednak czynił wszystko, co Bóg mu przeznaczył, żeby Jezus mógł objawić się Izraelowi. To osobiste wyznanie pokazuje mi wielką wiarę, pokorę
i posłuszeństwo tego człowieka względem posłannictwa jakie otrzymał. Nie znał, a jednak uznał i wypełnił to, co zostało mu wyznaczone.

Podsumowując można byłoby zauważyć, że cała postawa Jana była wielkim świadectwem. Świadectwem wiary, posłuszeństwa i jednocześnie wskazaniem dla nas, jak przyjmować Boże Słowo, jak być świadkiem. Każdy bowiem z nas, chrześcijan otrzymał takie samo zadanie bycia właśnie świadkami i wskazywania innym Pana Jezusa, jako Syna Bożego. Nasze gesty, słowa, postawa są takim właśnie świadectwem. I przykład księdza wspomnianego na początku pokazuje, że nie warto się tego bać.

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Jan dał takie świadectwo (J 1, 29-34) została wyłączona

 „Ustąp teraz, bo tak godzi się …”

Pozwól teraz, wysłuchaj. To słowa które dość często kierowałam do dziecka i kieruję
je nadal, bo mimo dorosłego już wieku wciąż wydaje się być moim małym synkiem.
Kiedy zmaga się z rzeczami, co do których wiem, że obiera błędną drogę staram się go powstrzymać i pokazać, że można inaczej, że warto się zatrzymać i przemyśleć to jeszcze raz, ze można poszukać wskazówek i odpowiedzi gdzie indziej. Czy to zamach na jego wolność? Myślę, że to raczej wyraz troski i miłości. I chciałabym, żeby zawsze tak to postrzegał.

Gdy miałam trochę mniej lat, wydawało mi się, że w nauczaniu Kościoła pełno jest słów typu: tak nie rób, tego nie rób, nie rób po swojemu, tylko pomyśl, co Pan Jezus by zrobił… . Nie za bardzo to wszystko do mnie przemawiało. Często też tak odbierałam słowa Pana Jezusa tak, jakby były próbą ograniczania mojej suwerenność. Jego „posłuchaj, ustąp”
było dla mnie wstępem do tego, co chce zmienić w moim życiu. A ja bałam się tych zmian, zakładając, że to na pewno nic dobrego. Byłam przekonana, że to ja najlepiej wiem jak, dokąd, kiedy i którędy. W moim odczuciu Bóg mi zakazywał i nakazywał. Nie widziałam
w tym troski i miłości.
Teraz spoglądam na to inaczej. Może to kwestia doświadczenia, może łaski, a może jednego i drugiego razem. Ale dziś wiem, że słowa „ustąp teraz” skierowane przez Pana Jezusa do Jana są wyrazem pokory i miłości, nie władzy. Pokory wobec Bożego planu
i miłości do człowieka. Jezus nic nie narzuca i nie zmusza. Prosi.

Jan posłuchał i ochrzcił Pana, choć mógł w swej logice dojść do wniosku, że przecież
wie lepiej i upierać się oczekując od Jezusa chrztu. Ja też mogę nie posłuchać. Mogę
też nie ustąpić i trwać w swoim uporze. Ale do czego mnie to doprowadzi? Jeśli Bóg podpowiada mi najlepsze z możliwych rozwiązań na dziś, na tu i teraz, to jeśli posłucham
i ustąpię, osiągnę najlepsze z możliwych rozwiązań.
Skąd ta pewność? Z przesłania miłości i doświadczania tej miłości w codziennym życiu. Bóg kocha, a ja już to wiem i powoli uczę się słuchać i zatrzymywać, żeby pomyśleć,
żeby odpuścić.
I widzę, że to naprawdę działa – moje życie nabiera łagodności jakiej do tej pory nie miało. Muszę tylko wciąż wracać do tych słów, które usłyszał Jan: „ustąp”, bo wciąż jestem jak dziecko – szybko zapominam.

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Licytacja

– P. (cztery lata) dlaczego nie śpisz?
– Bo mnie boli głowa, brzuch i nogi… (i tu płacz, moooocno wymuszony)
– Hm, wiesz co, mnie też coś boli.
– Co?
– Głowa i brzuch, i…
– A mnie jeszcze o tutaj (palec gdzieś tam błądzi).
– No to mnie chyba serce.
– Ale ja mam jeszcze katar!
– A ja… (nie dane mi było dokończyć).
– I kapie mi z nosa! – to było już powiedziane z ogromną satysfakcją i bez łez 🙂

No i przegrałam. Nie mam kataru, nie kapie mi z nosa, moje serce się nie liczy, ale przynajmniej łzy wyschły i za moment przyszedł sen.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Słowo stało się ciałem (J 1,1-5.9-14)

Dziś, czytając początkowe wersy Ewangelii Świętego Jana, mimowolnie zatrzymałam się nad zdaniem: „Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli”. I jeszcze raz przywołałam w myślach okoliczności narodzin Bożej Dzieciny.

W Betlejem nie oczekiwano tych narodzin. Nie zatroszczono się o miejsce w żadnej gospodzie, bo nie rozpoznano Tego, który nadchodził. Patrząc na tę sytuację, możemy się zastanawiać jak to możliwe? Przecież Bóg przez proroków przygotował świat na przyjście swojego Syna. Czy ówczesny świat nie uwierzył Słowu, czy też nie umiał rozpoznać prawdziwej Światłości?

W pewnym kościele podczas Adwentu, uczestniczące w Roratach dzieci przynosiły
do kościoła sianko przeznaczone do betlejemskiej szopki. A wraz z nim zapisany na kartce dobry uczynek, opatrzony podpisem wykonawcy. Po każdym nabożeństwie ksiądz losował jedną karteczkę i dziecko, którego imię wyczytał mogło zabrać do swojego domu figurkę Dzieciątka Jezus. Takie symboliczne zaproszenie Jezusa do ich codzienności.
Widziałam uśmiechnięte twarzyczki, które z radością i czułością tuliły tę figurkę.
Ten widok zrodził we mnie pytanie – czy ja z podobną radością przyjmuję Jezusa pod
swój dach, do swojego życia? I czy naprawdę potrafię rozpoznać i zrozumieć znaczenie tego, co wydarzyło się przed laty w Betlejem?

Patrząc dziś na żłóbek bardzo łatwo jest przeoczyć istotę betlejemskiej nocy. Dlaczego? Dlatego, że skupiamy się na tak wielu aspektach towarzyszących, że umyka sedno.
Zamiast ciszy, w której możemy usłyszeć Słowo mamy szum przygotowań, błysk choinkowych światełek i gonitwę z czasem. I stajemy wobec niebezpieczeństwa stania się tymi, którzy Go nie przyjęli. Bo nie rozpoznali, nie zrozumieli. A jeśli nawet przyjmiemy,
to może tylko symbolicznie – tak jak figurkę z adwentowego nabożeństwa. I dziś ciesząc się jej obecnością, jutro możemy o niej zapomnieć.

Boże Dziecię, to malutki człowiek. Jego historią łatwo się wzruszyć, ale trzeba pamiętać,
że ta historia dopiero się zaczyna i prawdziwe przyjęcie Go do serca, to deklaracja miłości, trwania. To droga podtrzymywania w sobie wiary, słuchania Słowa, zauważania codziennych małych cudów i przyjęcia dalszego ciągu – drogi krzyża, zmartwychwstania. Wiem, że to niełatwa droga, ale św. Jan Ewangelista daje nam nadzieję: „Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, [Słowo] dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi”.

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Słowo stało się ciałem (J 1,1-5.9-14) została wyłączona