W drodze z aniołem (Mt 2,13-15.19-23)

Miałam kiedyś taką sytuację. W centrum Warszawy podeszła do mnie siostra zakonna
i zapytała jak dostać się na drugi brzeg Wisły, w konkretne miejsce. Najprostszym rozwiązaniem było wykorzystanie metra. Jednak wskazanie sposobu przemieszczenia się
z koniecznością przesiadki było sprawą dość skomplikowaną.
To tłumaczenie „w prawo, później znowu w prawo, dwa razy w lewo, schodami w dół,
a później druga linia metra…” było trudne nawet dla mnie, znającej drogę. A dla niej?
Rzec by można zagadka. Zaproponowałam więc, że ją zaprowadzę. Co prawda będziemy szły krętymi i momentami mrocznymi drogami ale dotrzemy prawie do celu. Zaufała
i poszła ze mną (za mną?).

W dzisiejszym czytaniu Bóg po raz kolejny wysłał do Józefa anioła. Tym razem, żeby wskazał mu drogę ucieczki przed grożącym małemu Dzieciątku niebezpieczeństwem. Niedługo później anioł pojawił się ponownie, żeby wskazać najlepszą drogę powrotną.
A to wszystko po to, jak wspomniał ewangelista, by spełniły się słowa proroctwa.
I również tym razem Józef posłuchał. Nie główkował nad wyborem własnych szlaków,
ale zaufał Bogu, dał się poprowadzić drogami wskazanymi mu przez anioła.

Dać się poprowadzić to zaufać i pójść za kimś, nie do końca wiedząc którędy,
ale z przekonaniem, że ta konkretna osoba i wskazana przez nią droga zaprowadzi nas
do celu. To niby łatwe, a przecież każdy z nas ma doświadczenie tego, że chciałby sam,
po swojemu wybierać drogi. Dosłownie i w przenośni – chcemy dokonywać autonomicznych wyborów, wierząc we własną nieomylność i w to, że najlepiej wiemy,
co dla nas jest najlepsze. Niestety te nasze przekonania niejednokrotnie doprowadzają
do sytuacji, w których bezradność odbiera ochotę, by iść dalej.

Niejeden z nas miał zapewne doświadczenie złych wyborów i dróg, które tak naprawdę prowadziły donikąd albo do życiowych zakrętów. I dopiero wtedy, gdy przychodził czas
na zmierzenie się z problemem zmiany kierunku czy też podjęcia decyzji całkowitego zejścia z danej drogi pojawiała się refleksja, która gdzieś w głębi nas mnożyła pytania. Dlaczego to był taki wybór, dlaczego daliśmy się zwieść, dlaczego dobrze tego nie przemyśleliśmy, dlaczego posłuchaliśmy tej czy innej osoby? Odpowiedzi trudno odnaleźć po czasie, ale wiele możemy się nauczyć od milczącego Józefa. Chociaż jego głos nie przebił się przez karty Biblii i historii, to jest jednym z najlepszych ewangelizatorów. Pokazuje,
że jedynie doskonałe  drogi to te, które przygotował Bóg. Problem leży w tym, czy naprawdę chcemy poznać Jego wolę wobec nas i czy chcemy usłyszeć głos anioła, który jako posłaniec Bożych wiadomości przychodzi chce nam wskazać, którędy mamy iść.

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Strach, który zabrał Bóg

Lęk – towarzyszy nam niemal od dziecka, od postawienia pierwszego ostrożnego kroku.
W pewnym sensie jest parasolem ochronnym, bo jego pojawienie się pozwala nierzadko uniknąć brawury i upadku. Może jednak być paralizatorem i odbierać możliwość działania. Może być tym, co wysysa z nas życie. Ileż to razy jego moc nie pozwala nam w podjęciu decyzji, zmianie pracy, wypowiedzeniu własnego zdania, przeciwstawieniu się sytuacjom niezgodnym z sumieniem. W takich sytuacjach człowiek czuje się tak, jakby umierała jakaś jego cząstka.

Był czas, zresztą dość długi w moim życiu, gdy właśnie taki lęk towarzyszył mi na każdym kroku. Kiedy w końcu to zrozumiałam i zaczęłam szukać prób wyjścia z tego impasu,
to pewnego dnia zadałam sobie pytanie: czego teraz się boję? Odpowiedzią było: tego,
że jutro znowu będę się bać. I to było przełamanie. Wtedy oddałam mój lęk Bogu, mówiąc mu: weź to wszystko, nie będę już projektować przyszłości, spekulować o tym co się stanie, jeśli coś zrobię lub nie zrobię. Już nie chcę się bać. Chcę zacząć żyć. Od teraz przyjmuję,
że Ty wiesz najlepiej, co powinno się wydarzyć a co nie, więc prowadź. I zaczęłam żyć.

Lęk nie jest też obcy Józefowi, który we śnie dowiaduje się, że będzie ojcem. Ma prawo przerazić się sytuacją. Nie tak planował, nie tego się spodziewał. Maryja była mu poślubiona, ale w tej konkretnej sytuacji znaczy to tyle, co obiecana. Jeszcze nie poznał
jej kobiecości. Ale najwyraźniej kocha ją, bo boi się jej zniesławienia. Wyobraża sobie,
co jej grozi, gdy inni odkryją to, czego dowiedział się od anioła – Maryja jest brzemienna. Anioł jednak wie, że lęk może być złym doradcą i mówi: „Józefie, synu Dawida, nie bój się…”. I Józef nie dyskutuje, oddala strach. Nie analizuje „za” i „przeciw”. Po prostu zdaje się na Boży plan wobec siebie i wobec swojej rodziny. Ta Ewangelia w dosłowny sposób pokazuje mi, że strach może odebrać życie. Gdyby Józef pozwolił lękom zawładnąć swoim życiem, to czy dziś mielibyśmy szansę na życie, które może być naszym udziałem dzięki Jezusowi? Czy moglibyśmy mieć nadzieję na życie wieczne?

Za każdym lękiem stoi Bóg. On potrafi go przezwyciężyć, dać nam pokój serca i odwagę. Czeka jedynie na naszą zgodę. Na to, żebyśmy uwierzyli Jemu, nie naszym obawom
i wyobrażeniom, i powiedzieli – „Ok Panie Boże, wchodzę w to. Bo skoro to Twój plan wobec mnie, to dasz mi na to wszystko siłę”.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Strach, który zabrał Bóg została wyłączona

Wiara pełna wątpliwości

– Widzisz Piotrusiu obrazek Pana Jezusa na ścianie? (Pan Jezus Miłosierny).
– Ten?
– Tak.
– Ale to nie jest Jezus. Przecież Pan Jezus jest malutki, w żłóbku.
– Tak, niedługo będziemy Go oglądać w kościele w żłóbku, malutkiego. Ale to tylko wspomnienie, bo Pan Jezus tak naprawdę jest teraz taki duży jak na tym obrazku na ścianie.
-To On? To ten sam??????

Bezcenna rozmowa. Piotruś ma cztery lata i w swoim dotychczasowym  życiu miał
raczej mało okazji do poznania historii Jezusa z Nazaretu. Teraz próbujemy to nadrabiać
i czasem prowadzimy dialogi podobne do tego. I właśnie ten naprowadził mnie na trop dzisiejszej Ewangelii.


Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam Jana Chrzciciela. Człowieka, który głosił nadejście Mesjasza, nawoływał do przygotowania Panu dróg, ochrzcił Go i nazywał Barankiem Bożym. Oddał Mu nawet swoich uczniów – Jana i Andrzeja. I ten sam Jan Chrzciciel, wtrącony do więzienia przez Heroda znów posyła swych uczniów do Jezusa. Tym razem, żeby zapytali: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”.
Jan Chrzciciel wątpi.
Niepewność może dotknąć każdego z nas. Jest odwiecznym dylematem ludzkości – wiara przeplatająca się z wątpliwościami. Ja też wątpię. Szukam i pytam. Czy Bóg w którego wierzę, to ten sam, o którym słyszę w kościele? Czy On wciąż jest, choć umarł, czy mnie słyszy, widzi, chroni i nawraca? Wątpliwości i niepewność.  Te moje znaki zapytania wracają co jakiś czas, chociaż bardzo tego nie chcę. Wolałabym uwierzyć tak mocno,
żeby nic moją wiarą nie zachwiało. Nic, żadna burza, sytuacja, choroba. Ale tak nie jest
i często myślę o swojej słabości jako o czymś, co mnie przekreśla, oddala od Boga. I o tym, że mimo starań nie umiem nie wątpić.

Jak więc nie stracić wiary zachwaszczanej wątpliwościami? Bóg nie zostawia nas bez odpowiedzi. Wątpliwości rozwiewają się wtedy, gdy pamiętamy o owocach. O tym wszystkim, czego Bóg dokonał i wciąż dokonuje w naszym życiu. O tych wszystkich rzeczach małych i trochę większych, które umykają w codzienności. I wtedy, gdy nie pozwolimy sobie na to, by nad cudami przechodzić obojętnie: „Jezus im odpowiedział: […] niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię”. Takie cuda wciąż się dzieją.

* Zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Wiara pełna wątpliwości została wyłączona

Potrójne zwiastowanie

Kiedy przeczytałam dzisiejszą Ewangelię, z uśmiechem wróciłam do ostatnich jej słów: „Wtedy odszedł od Niej anioł”. I pomyślałam – no tak, w tym przypadku anioł nie musiał się martwić, czuwać. Nie musiał być „ku pomocy”, strzec duszy i martwić się jak zaprowadzić do żywota wiecznego. Maryja była bezpieczna, bo szła prostą, najświętszą
z dróg. Pełna wiary, ufności i oddania Bogu  nie błądziła i nie upadała, więc Anioł Stróż
nie musiał pędzić Jej na ratunek. Chociaż ktoś taki jak ona byłby zapewne jego wymarzonym podopiecznym. W przeciwieństwie do mnie. Mnie niejednokrotnie musi stopować lub wyciągać z opresji. Jest moim kołem ratunkowym.

Anioł odszedł ale wcześniej przekazał Maryi niecodzienną nowinę. Została wybrana przez Boga na matkę Jego Syna. Co zrobiła Maryja wiemy. W swojej pokorze i ufności powiedziała Bogu „tak”, choć wydawać się mogło że to krótkie słowo przekreśli jej młodość, marzenia, przyszłość. Mówiąc „fiat”, nie wiedziała czy będzie mogła jeszcze być żoną czy już nie, czy Józef będzie chciał iść z nią przez życie mimo tak nieoczekiwanych okoliczności. Miała prawo obawiać się, że oskarży ją i wycofa złożoną deklarację wspólnej przyszłości. I choć za moment mogła zostać ówczesną panną z dzieckiem,
z konsekwencjami, które dalekie były od współczesnej akceptacji takiej sytuacji,
to przyjęła Bożą wolę i na słowa zwiastowania odpowiedział zgodnie z Jego wolą.

Rozmyślając o całej tej historii zauważyłam jeszcze niby niewiele znaczący Boży gest.
Bóg przekazuje Maryi kolejną nowinę, kolejne zwiastowanie: „A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna…”. Tymi słowami mówi jakby – nie dziw się Maryjo, ja naprawdę wszystko mogę. Twoje niepokalane poczęcie i poczęcie dziecka przez Elżbietę to elementy mojej układanki. Nie jesteś sama. Czy to ku pokrzepieniu? Nie wiem, ale ja poczułabym się raźniej.
I jeszcze Józef, którego w tym fragmencie brak. Cichy bohater drugiego planu. On też miał swoje zwiastowanie. I on też powiedział Bogu „tak”, choć mógł postąpić zgoła inaczej.

Ufność, wiara i odwaga tych dwojga zmieniły świat. Jaki byłby dziś bez ich zawierzenia Bogu?
I jeszcze  jedna refleksja. Bóg wyznaczając takie role Maryi, Józefowi wiedział, że uniosą to, co miało nadejść. Wiedział, bo wie o tym co było, jest i będzie.
Chyba podobnie jest z nami. Bóg wie, że poradzimy sobie na każdej drodze dla nas przygotowanej, bo nie daje nic ponad nasze siły. Do nas tak naprawdę należy tylko powiedzenie „tak”.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Potrójne zwiastowanie została wyłączona

Czuwanie w miłości

Czuwanie jest pewnego rodzaju wyczekiwaniem, nastawieniem na sygnały zwiastujące nadejście czegoś ważnego. To wyostrzenie zmysłów i bycie gotowym na przyjęcie tego,
co nadejdzie.
W Ewangelii z wczorajszej niedzieli (Mt 24,37-44) padają właśnie słowa o czuwaniu,
o tym, że potrzeba w naszym życiu gotowości. Do czego? Do tego, aby móc przyjąć Syna Człowieczego, aby nie dać się zaskoczyć i żeby w dniu Jego powtórnego przyjścia usłyszeć – Ciebie zabieram.
Z ludzkiego punktu widzenia mogłoby się wydawać, że takie ciągłe czuwanie jest niemal niemożliwe, że wymaga od nas niesamowitego skupienia. Jeśli jednak  podstawą tego czuwania uczynimy miłość, to sprawa nabiera już zupełnie innego wymiaru.

W okresie swojego dzieciństwa moje dziecko wymagało ciągłych hospitalizacji. Miewało groźne dla życia ataki, które zawsze miały miejsce w środku nocy. Trwało to kilka lat.
I przez te kilka lat w ciągłej gotowości czuwałam, żeby w razie konieczności jak najszybciej pomóc mojemu synowi. Nie był to łatwy czas, ale wiedziałam, że nie mogę dać się zaskoczyć. Do minimum zredukowałam więc wszystko to, co mogłoby przeszkodzić
w szybkiej reakcji. Przygotowałam sobie torbę, do której zapakowałam przybory higieniczne dla siebie i syna, piżamkę, kapcie i zabawkę oraz Książeczkę Zdrowia Dziecka. Ta torba zawsze była w umówionym miejscu. Kiedy następował atak działania skrócone były do minimum i w krótkim czasie bezpiecznie docieraliśmy do szpitala. Nie dawałam się zaskoczyć, choć nigdy nie znałam dnia ani godziny nadejścia choroby.

W naszym ziemskim czuwaniu też możemy być przygotowani. Jak długo, ile lat?
Tyle ile nam zostało. Tak jak w historii Leonarda.
Do sławnego malarza Leonardo da Vinci, kiedy był już w podeszłym wieku, przyszedł człowiek, który obserwując jego pracę, zapytał: Mistrzu, ile masz lat? Leonardo się zamyślił, spoważniał i odpowiedział: „Może pięć, a może dziesięć…”. Jak to pięć lat? – zapytał tamten. Wówczas artysta dodał: „Mam tyle lat, ile pozostało mi do przeżycia.
Tych, które przeżyłem, już nie mam, tak jak nie mam już sprzedanych obrazów.”

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Czuwanie w miłości została wyłączona

Odwaga łotra

Ostatnie dni przed śmiercią Jezusa były wydarzeniem znaczącym dla całego miasta.
Tłumy towarzyszyły procesowi oskarżania, krzyczały ukrzyżuj Go i później stały patrząc,
jak przybijają Pana do krzyża. Jak napisał ewangelista Łukasz „..lud stał i patrzył”.
Reszta zgromadzonych nie tyle patrzyła, co do ostatniej chwili upokarzała z Chrystusa. Członkowie Wysokiej rady drwili, żołnierze szydzili i nawet napis umieszczony na krzyżu przez Piłata był podszyty ironią – „To jest król żydowski”. Jeden z łotrów dopasował się
do tej kpiącej i prześmiewczej formuły i również on urągał Panu Jezusowi. A drugi?
Drugi poszedł pod prąd. On jeden nie wyśmiewał i nie dokuczał konającemu.
Miał odwagę nie tylko zwrócić uwagę pierwszemu łotrowi, ale też przyznać się
do własnej winy. Sam jeden stanął w obronie niewinnego Jezusa.

Ta historia to niejednokrotnie obrazek z naszego życia. Zdarza się, że jesteśmy świadkami fałszywych oskarżeń, zaczepek czy też dokuczania słabszym, wyznającym inną religię, mającym inne poglądy. Przyglądamy się jak ludzie szydzą, drwią lub upokarzają kogoś,
kto nie potrafi sam się obronić. Kolokwialnie mówiąc godzimy się na kopanie drugiego człowieka, choć nie wchodząc już nawet w zagadnienie konieczności obrony tej osoby,
to tak naprawdę sami nie potrafilibyśmy znaleźć w niej winy. Jesteśmy wtedy jak ten milczący tłum patrzący na ukrzyżowanie, albo jak Wysoka Rada i grupka żołnierzy.

Jestem wychowawcą, pracuję z dziećmi i często widzę, jak potrafią być okrutne wobec swoich kolegów i jak trudno im stanąć w obronie kogoś krzywdzonego. Potrafią natomiast krzyczeć i kibicować oprawcom, wtapiać się w grupę, bojąc się jednocześnie ujawnić swoje zdanie. Dzieci są naszym odbiciem i nasze zachowania to ich zachowanie. Jeżeli my, dorośli nie staniemy odważnie przed tłumem i nie powiemy „…ale On nic złego nie uczynił”, to nie zrobią tego również dzieci. I za naszym przyzwoleniem w kamienną skorupę będą obrastały ich sumienia. Wtedy zamiast słów „Dziś ze mną będziesz w raju” możemy usłyszeć: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”
(Mt 25,40). To mnie wyszydziliście, wydrwiliście, upokorzyliście.

Choć trudno się do tego przyznać, to łotrem z racji moich grzechów już jestem.
Ale żebym chociaż umiała być tym dobrym… .

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Odwaga łotra została wyłączona

Zburzenie murów świątyni i mojego lęku

”Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie?”

Słowa uczniów będące reakcją na wypowiedź Pana Jezusa dotyczącą zburzenia świątyni (Łk 21,5-19) pokazują mi moją słabość. Na czym ona polega? Na tym, że wciąż myślę,
że mam czas. Tak to przynajmniej wygląda, gdy myślę o mojej gotowości na powtórne przyjście Pana Jezusa. Wiem, że ma to nastąpić. Wiem też, że nigdy Jezus nie powiedział
dokładnie, kiedy to się stanie i powinnam być gotowa w każdym momencie mojego
życia. A jednak niejednokrotnie zwlekam ze spowiedzią, z uporządkowaniem życia,
z naprawieniem relacji. W swojej beztrosce liczę na to, że zdążę, że wszystko ponaprawiam, posprzątam, wyczyszczę, posklejam i będę gotowa, by przed Nim stanąć. Czasem jednak przychodzi refleksja, co by było gdyby nie było jutra?

W swoim życiu wielokrotnie przeżywałam kolejne daty „końca świata”. Już jako dziecko dałam się przestraszyć tym, którzy wyliczając układy gwiazd i inne znaki na niebie i na ziemi uknuli datę dnia ostatniego. Pamiętam swój strach i oczekiwanie na to, co nastąpi. Wtedy miałam zaledwie kilka lat, ale później przyszły kolejne wróżbiarskie wyliczenia
i ponowne finałowe odliczania. I co? I nic. Z biegiem czasu i w miarę mojego wzrastania zrozumiałam, że nikt nie zna czasu: „Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie,
ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec”(Mk 13,32), więc nie na tym powinnam się skupiać. Na czym więc? Na życiu.

Nieżyjący już ksiądz Jan Kaczkowski powiedział kiedyś słowa, które mocno utkwiły mi
w pamięci: „Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje”. To, jak żyć mówi Pan Jezus. Nie tylko mówi, ale i pokazuje.
Daje świadectwo i uświadamia, że każda, nawet najtrudniejsza chwila może być ważna, bo: „Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa”.  Jeśli zechcę Go naśladować,
to moim życiem nie będzie kierować strach, nie będę wciąż szukać znaków końca i pytać kiedy to się stanie. Będę gotowa żeby żyć. Nie tylko tu i teraz.

  • zdjęcie Pixabay
Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Zburzenie murów świątyni i mojego lęku została wyłączona

Moje wyznanie wiary

Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi…
…ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Amen.

Wierzę w ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny. Wierzę, że kiedyś, mimo mojej cielesnej śmierci będę żyć wiecznie. I wierzę, że nadejdzie taki moment, w którym Bóg zechce, żebym w zmartwychwstałym ciele rozpoczęła nowe życie. Tak deklarowałam niejeden raz
w modlitwie i tak deklaruję nadal. Ale czy naprawdę w to wierzę? Czy ufam, że skoro Bóg obiecał mi zmartwychwstanie, życie wieczne i nieśmiertelność duszy, to tak naprawdę będzie?

Usłyszałam kiedyś historię, która mnie rozbawiła, ale też pokazała, jakim trudem może być uwierzenie, że jest coś więcej niż tu i teraz.
W brzuchu mamy rozmawiały dwa bliźniaki. Pierwszy zapytał drugiego:
– Wierzysz w życie po porodzie?
– Jasne. Coś musi tam być. Właśnie po to tu jesteśmy, żeby się przygotować na to, co będzie potem.
– Głupoty. Żadnego życia po porodzie nie ma. Jak by miało wyglądać?
– No nie wiem, ale będzie więcej światła. Może będziemy biegać, jeść buzią….
– No to przecież nie ma sensu! Biegać się nie da! A żywi nas pępowina.
– No ja nie wiem, ale zobaczymy mamę a ona się będzie o nas troszczyć.
– Mama? Ty wierzysz w mamę? Kto to według Ciebie w ogóle jest?
– No przecież jest wszędzie wokół nas… Dzięki niej żyjemy. Bez niej by nas nie było.
– Nie wierzę! Żadnej mamy jeszcze nie widziałem, czyli jej nie ma…
– No jak to? Przecież jak jesteśmy cicho, możesz posłuchać jak śpiewa, albo poczuć
jak głaszcze nasz świat. Wiesz, ja myślę, że prawdziwe życie zaczyna się później.”

W dzisiejszej Ewangelii spotykamy saduceuszy. Są jak ten drugi bliźniak – trudno
im uwierzyć w inne życie, w nieśmiertelność duszy, w zmartwychwstanie ciała.
Oni tego „nie widzą”, nie rozumieją, nie wierzą. I próbują szukać wytłumaczenia spekulując, próbując udowodnić niedorzeczność nauczania Jezusa.
Ze mną bywa podobnie. Choć nie szukam niedorzeczności, to czasem bardziej niż
na wierze opieram się na racjonalizowaniu tej pośmiertnej przyszłości. Swoje
wyobrażenia odnoszę do znanej mi rzeczywistości i niejako spekuluję o tym, co będzie.
I wtedy zastanawiam się, czy ja naprawdę wierzę w to, co obiecał Bóg czy raczej w swoje
o tym wyobrażenie?

W takich chwilach ratunkiem dla mnie jest to, co powiedział Pan Jezus do Szymona Piotra przy umywaniu nóg: „Tego co ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział” (J 13,7). Staram się wciąż od nowa o tym pamiętać i powtarzam sobie, że choć dziś tego, co On obiecał nie rozumiem, to kiedyś wszystkiego się dowiem.

* zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Moje wyznanie wiary została wyłączona

Przypadek Zacheusza

Przed drzwiami supermarketu stała staruszka. Patrząc na taflę szkła była lekko zmieszana – oczami szukała klamki. Nie mogła jej odnaleźć i zatroskana myślała, że nie wejdzie, że nie zrobi koniecznych zakupów. Przechodzący mężczyzna widząc jej zakłopotanie zapytał, jak może pomóc. Gdy już dowiedział się o co chodzi powiedział: „Wystarczy zrobić krok – jeszcze jeden krok”. I kiedy ta pani go zrobiła, drzwi rozsunęły się samoczynnie.
Dlaczego ta historia łączy się z przypadkiem Zacheusza? O tym za chwilkę.

Dziś w Ewangelii historia Zacheusza – człowieka, który szukał Pana Jezusa. Dlaczego? Najwyraźniej miał taką potrzebę, skoro on – zwierzchnik celników, człowiek na stanowisku narażając się na śmieszność wdrapał się na sykomorę. Nie miał pewności, czy nie straci swej pozycji, ale mimo wszystko zrobił ten ryzykowny krok, żeby spotkać Jezusa. Czy go znalazł?

„Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”

To, co dzisiaj mocno mi wybrzmiało, to właśnie to zdanie – „Syn Człowieczy przyszedł szukać tego, co zginęło”. Co znaczy dokładnie tyle, że szuka tego, co już kiedyś do Niego należało i z różnych powodów zaginęło. Szuka każdego z nas. Szukał też Zacheusza. I tak naprawdę zupełnie nieistotne było to, czy ten celnik był małego czy dużego wzrostu, czy wszedł na drzewo, czy też wolałby raczej stać w tłumie lub przepychać się wołać „Jezusie, ulituj się!”. Znaczenie miało natomiast to, że Zacheusz zrobił krok. Ten krok, który został zauważony przez Pana Jezusa jako akt woli. Chęć spotkania Go, zmiany życia, przylgnięcia. Odnalezienie nas przez Boga jest zależne właśnie od takich kroków. Czasem od jednego, czasem trzeba ich zrobić kilka, żeby otworzyły nam się drzwi do innego życia.

*zdjęcie Pixabay

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Przypadek Zacheusza została wyłączona

Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak ten celnik

Dziś będzie smutna historia.

W pewnej malutkiej wiosce mieszkała kobieta, która dokonała aborcji. Nie zrobiła tego
dla kariery, figury czy lepszego życia. Nie miała nastu lat i wiedziała, jaki czyn popełniła.
Ta decyzja jednak niemal od razu odbiła się na jej psychice. Zdruzgotana tym co się stało, w koszmarnej boleści, w żałobie, wręcz szalejąc z żalu poszukała kapłana i wyspowiadała się z grzechu, jaki popełniła.
Trafiła na spowiednika, który widząc jej rozpacz czuł, że jej grzech miał długą historię i nie mylił się. Poprosił kobietę, żeby opowiedziała o swoim życiu i o tym, co skłoniło ją do tego czynu.
Okazało się, była żoną alkoholika, człowieka znęcającego się nad rodziną. Mieli razem dziewięcioro dzieci. Najmłodsze z nich było jeszcze malutkie. Picie, awantury, bicie
i poniżanie jej i dzieci było codziennością. W domu panowała ogromna bieda. To nie były czasy wsparcia socjalnego dla rodzin, więc utrzymanie takiej gromadki było ogromnym wyczynem. Wyczynem matki, bo ojciec nie poczuwał się do odpowiedzialności. Sam obojętny na sprawy rodziny, roszczeniowy i bezlitosny dla najbliższych obarczał żonę winą za liczbę potomstwa i biedę. Każda ciąża była przez niego bezlitośnie napiętnowana, każde dziecko jeszcze przed urodzeniem odrzucone.  Był katem dla swojej rodziny a jednocześnie zastraszył wszystkich do tego stopnia, że bali się odejść wiedząc, że w groźbach zemsty jest wiarygodny – zdolny do czynów najgorszych. Kolejna, dziesiąta ciąża była dla kobiety dnem rozpaczy. Była przerażona. Nie chciała jednak dokonywać aborcji. Szukała wsparcia w każdym, komu miała odwagę powiedzieć o swoim stanie. Niestety nie znalazł się nikt, kto zechciałby w jakikolwiek sposób jej pomóc. Spotykała się raczej z ubolewaniem
i komentarzami, że lepiej byłoby dla niej i dla dziecka, gdyby się nie urodziło. Poszła jednak do lekarza. I to był kolejny cios. Ginekolog znając jej wiek i stan zdrowia powiedział wprost, że może nie przeżyć tej ciąży. Doradził zabieg. Rozpacz, przerażenie i brak nadziei popchnęły kobietę w kierunku aborcji.

Usłyszałam tę historię wiele lat temu, ale wciąż nie mogę jej zapomnieć. Dziś po raz kolejny wróciła w moich myślach. Tym razem za sprawą przypowieści o faryzeuszu
i celniku. Dlaczego? Dlatego, że kiedy ją usłyszałam, pomyślałam, że nigdy nie postąpiłabym tak jak ta kobieta, że nie jestem taka jak ona. Ja – faryzeusz patrzyłam na nią z poczuciem wyższości, z pozycji osoby, która kocha bardziej, jest wierna przykazaniom – nie jest taka jak celnik. W swoich myślach stawiałam prawo przed człowiekiem i ufałam sobie, że jestem sprawiedliwa.

Pan Jezus zadedykował tę przypowieść tym „co ufali sobie, że są sprawiedliwi”. Powiedział więc ją do mnie. I zrobił to słowami, pomiędzy którymi jeszcze dziś słyszę pytanie osoby, która opowiadała przytoczoną historię  – „kto był prawdziwym sprawcą aborcji?”.
Bardzo łatwo być sędzią. Nierzadko stajemy się nim próbując odnieść czyny innych do wyobrażeń o naszych własnych postawach. Oczywiście siebie oceniając lepiej. Wiemy doskonale, jak zachowalibyśmy się w podobnych okolicznościach, zapominając, że każdy ma własne buty.  I tylko wejście w byty innego człowieka mogłoby pokazać, którą drogą pójdziemy. Cała historia każdego grzechu znana jest tylko Bogu i może się okazać, że nasz własny, malutki jest cięższy od tych obcych – od grzechów celnika.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak ten celnik została wyłączona