Maska, codzienna i wyuczona. To nie jest prawda, że zawsze jestem sobą. Nie zawsze.
Tak naprawdę na każdą okoliczność jestem kimś innym. W pracy, domu, w autobusie,
na urlopie. Wtedy, kiedy spędzam czas z rodziną, kiedy poznaję nowych ludzi i kiedy sama ze sobą chcę do ładu dojść.
A przed Nim? No właśnie, tu chyba mam problem. Przed Nim chyba też staję w masce, takiej niedzielnej. Niby wiem, że podłość ze mnie wyłazi, że moja złość potrafi zepsuć humor niemal każdemu, że nie radzę sobie z emocjami, że……. A jednak uśmiecham się składając ręce i staram się przed Nim dobrze wypaść. Zupełnie jak na egzaminie – jak czegoś nie wiem, to przynajmniej „dowyglądam”. Dlaczego? Dlaczego nie potrafię tak
do bólu szczerze upaść na kolana i przyznać się do tego, że nie podołam, że bez Niego jestem nikim, że te maski, to po to, żeby zadowolić innych, żeby mnie nie oceniali,
nie krytykowali?
Boże, ta „święta maska”, którą zakładam dla Ciebie wynika chyba z tego samego – ze strachu przed oceną.
Płakać się chce nad sobą. Po co kobieto tak się trudzisz? Przecież choćbyś założyła najbardziej pokorną i pobożną maskę, to zawsze będzie to TYLKO maska.
A On i tak doskonale widzi i zna to, co jest pod nią. Więc może dość tej maskarady?
Może trzeba wreszcie uwierzyć, że On choć zwany Sędzią Sprawiedliwym, jest przede wszystkim kochającym Ojcem. I nikogo przed nim nie musisz udawać. On, który widzi
nie tylko czyny, ale również myśli, motywy wie doskonale, co próbujesz skrywać i chce Ci pomóc. Ale najpierw chce szczerości. W radości, spokoju, ale również (a może przede wszystkim) w rozpaczy, zagubieniu – w mozaice codzienności chce prawdziwej osoby,
nie przebierańca.
Maski odbierają siłę. Kiedy zmieniając maski chcę udowodnić całemu światu i każdemu
z osobna, że warto mnie kochać, to po drodze gubię siebie. I nie wiem już kim jestem i nie umiem siebie, takiej nieznanej kochać……
Pora wyrzucić maski z mojej szafy.
