Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami.
Przyznaję się sama przed sobą – zamykam się. Zamykam się przed światem, przed nowymi wyzwaniami, przed realizowaniem planów, przed ziszczaniem marzeń. Zamykam się ze strachu, że coś się nie uda, że ktoś mnie wyśmieje, że znowu upadnę i potłukę kolana, że się rozczaruję, że komuś się to nie spodoba, że ……
Czy tak powinnam żyć, czy ja naprawdę żyję? No właśnie chyba nie. To nie jest życie. To jest czekanie w ukryciu na to, co przyniesie los. Takie siedzenie w kącie i przyglądanie się temu, co dookoła. I towarzyszące temu myśli, że gdybym tylko mogła, gdym miała moc, siłę i odwagę…
A Jezus znowu rzekł do nich: ”Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”
On mnie posyła. Nie do siedzenia w miejscu, ale do życia. Tak jak Jego posłał Ojciec, żeby przyniósł nam nowe życie (dając mu jednocześnie siłę, żeby mógł tego dokonać), tak teraz On posyła mnie i niemożliwe, żeby posłał mnie z niczym. Też daje mi moc. Daje mi Ducha wraz z darami. Daje mi mądrość, rozum, radę, męstwo, wiedzę, bojaźń Pańską i pobożność. On mi to wszystko daje, jako wsparcie, oręż i błogosławieństwo na drogę. Czy ja to rozumiem, czy wierzę, że tak obdarowana i niejako „uzbrojona” mogę przenosić góry?
Dzisiaj muszę „tylko” otworzyć serce, żeby ten ogrom darów przyjąć. Wtedy zniknie lęk i zacznę ŻYĆ. Jestem o tym głęboko przekonana. Muszę, właściwie to złe słowo, bardziej powinnam powiedzieć „chcę” zacząć z tych darów korzystać. Chcę dać Duchowi Świętemu pozwolenie na to, żeby działał we mnie, ze mną, przeze mnie.
Dla mnie Żyć, to znaczy otworzyć drzwi wieczernika.
