Szanuj, proszę szanuj…

Kilka dni temu wiele portali i serwisów informacyjnych przekazywało informacje
o tragedii, jaka rozegrała się w amerykańskim ogrodzie zoologicznym w Cinncinati. Czteroletni chłopiec wpadł do fosy otaczającej wybieg dla goryli. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, dzieckiem zainteresował się goryl, który pochwycił malca i ciągnął za sobą po ziemi. Pracownicy ogrodu uznali sytuację za na tyle niebezpieczną, że postanowili zwierzę uśmiercić. To tak pokrótce o tym, co się stało.
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy po przeczytaniu tej wiadomości to ogromne współczucie dla rodziców dziecka. Nie jestem nawet w stanie wyobrazić sobie ogromu strachu, przerażenia i bezsilności, jaką w tamtej chwili musieli przeżywać, ale wiem
na pewno, że nikt, kto ma dziecko nie chciałby być na ich miejscu.
Druga myśl, a właściwie uczucie, które się pojawiło miało miejsce po przeczytaniu komentarzy. Z każdym kolejnym ogarniało mnie przerażenie. Obezwładniające
i powodujące wręcz fizyczny ból w całym ciele. Z tak wielką ilością zła i braku empatii,
czy zwykłych ludzkich odruchów nie spotkałam się już dawno. We wpisach aż kipiało
od złości na… dziecko, rodziców dziecka i na pracowników ogrodu za zastrzelenie goryla. Żeby nie być gołosłowną, zacytuję:
– „Ja bym jednak odstrzelił tego bachora”
– „Mordercy. Goryli jest mniej i są pod ochroną, więc ludzkie głupie szczenię powinno zginąć!”
– „Przez głupiego sracza, goryl stracił życie. Super…”
– „Szkoda zwierzęcia. Rodziców należałoby zastrzelić za niepilnowanie dziecka.
Nie pilnowali teraz, nie będą pilnować w przyszłości”.
To tylko mały procent tego, co można było znaleźć w Internecie. Nawet teraz, kiedy
to piszę ogarnia mnie to samo przerażenie. Dramat. A jeszcze większym smutkiem dla mnie jest to, że jeden z takich komentarzy na swoim profilu FB umieściła moja znajoma. Osoba inteligentna, wszechstronnie wykształcona, matka dwójki dzieci. To też zabolało.

Kolejna myśl, która już trochę później zaczęła drążyć moje myśli, to ta, że kompletnie zanika w nas szacunek do drugiego człowieka. I chyba jego brak jest powodem tego,
że ludzkie życie tak niewiele znaczy, że nie tylko go nie bronimy, ale wręcz pozwalamy
na morderstwa w białych rękawiczkach.
Aborcja, eutanazja, manipulowanie zarodkami. Nie sposób uświadomić ludziom, że czynią zło, jeśli nie nauczy się ich szacunku do życia, do drugiego człowieka, niezależnie od tego czy ma już nadany PESEL, ile ma lat i jak wygląda. Na nic zdadzą się ustawy, nakazy, zakazy i kary, kiedy szacunku wymagamy jedynie dla siebie. Jestem ważny/ważna tylko ja. Moja wygoda, mój sposób myślenia, moja wiara i mój pogląd na coś, czy ogólnie światopogląd. Moje życie, z prawem decydowania o tym, co jest najważniejsze dla mnie,
co mogę, czego nie chcę i dla jakich spraw nigdy się nie poświęcę. Ja.

Kiedyś miałam przyjemność odbycia rozmowy z panem, który był pracownikiem ochrony na osiedlu zamkniętym w jednym z większych miast. Dodam, że było to dość duże osiedle. Opowiadał mi, że napatrzeć się nie może, jak ludzie traktują swoje zwierzęta. Nie, nie chodzi o złe traktowanie. Wprost przeciwnie. Mówił, że kiedy właściciele wychodzą ze swoimi pupilami na spacer, rozmawiają z nimi, jak ze swoimi dziećmi. Pytają, czy podoba się spacer, czy nie jest za zimno, noszą na rękach, ubierają w coraz to nowsze ubranka. Kokardy, spinki, błyszczące obroże, super karmy, odżywki, perfumy, porcelanowe miski. Najlepsi weterynarze, zabiegi kosmetyczne i upiększające. Mój rozmówca zaznaczył,
że to nie jest zwykła troska, to raczej postawienie zwierzęcia w centrum życia. Mają one szczególne względy i szczególne miejsce w sercu swojego opiekuna.
Tak, poza skrajnymi przypadkami, można powiedzieć, że wobec zwierząt mamy coraz więcej szacunku i uczuć. Dobrze, wszak już święty Franciszek mówił, że to nasi bracia mali. Jednak mam wrażenie, że mocno zachwiały się nasze fundamenty i wraz ze wzrostem miłości do zwierząt coraz więcej jest w nas pogardy wobec człowieka. Kochając coraz mocniej zwierzęta zapominamy, że kochać musimy również siebie nawzajem.
A przynajmniej szanować. Patrząc jednak na to jak traktujemy jedni drugich można byłoby powiedzieć, że człowiek dzisiaj jest nikim, albo byle kim. Nie mamy szacunku dla inności, słabości i po prostu dla siebie nawzajem. Smutne i ogromnie niepokojące.
Czy można to jakoś zmienić?

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Szanuj, proszę szanuj… została wyłączona

Bóg nie patrzy na godzinę

Wierzę, staram się wypełniać przykazania, próbuję kochać bliźniego, modlę się – no dobrze, staram się modlić regularnie. Chcę być dobra i chociaż czasem jest ciężko,
to próbuję wciąż od nowa. Wiem – stale upadam, ale patrzę na Niego i Jego drogą chcę iść. Przepracowałam nawet sama ze sobą temat mojej i Jego woli. I już wiem, że chcę żeby to On kierował moimi krokami i żeby prowadził mnie tam, gdzie jestem potrzebna – zgodnie z Jego planami. Naprawdę staram się żyć tak, jak On chciałby, żebym żyła. Dlaczego? Dlatego, że Go kocham, czy dlatego, że boję się Jego „niekochania”?

Mówią, że problem współczesnego chrześcijaństwa polega na tym, że wciąż staramy się zasłużyć na miłość Boga. Tak, to chyba prawda. Staramy się być „grzeczni”, żeby zapracować na to uczucie. Ja też się staram, żeby mnie nie potępił i nie odrzucił zamykając bramy swojego domu. Ja też wciąż myślę, że są chwile, w których nie zasługuję na Jego miłość. A może nawet odwrotnie – tylko czasami są momenty, w których zasługuję.
Wciąż obiecuję poprawę, a chwilę później odwracam się do Niego plecami, albo wykłócam się o moje racje. Jak więc można mnie kochać? Taką słabą, zbuntowaną a czasem nieufną?
A jednak… On kocha i to zupełnie bezwarunkowo. Kocha pomimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Kocha prawdziwie. Na Jego miłość nie da się zasłużyć. Ona była, jest
i będzie.
Tak, Bóg kocha i jest niesłychanie miłosierny. Czasem w mojej logice aż za bardzo. Przebaczył łotrowi, przebacza najgorszemu łajdakowi nawet na łożu śmierci. Całe życie można przeżyć żyjąc po swojemu, a w ostatniej chwili powiedzieć „przebacz, żałuję” i On
to przyjmie. Przygarnie tak, jak tego, kto całe życie modli się na kolanach. Zupełnie jak
w przypowieści o pracownikach winnicy (Mt 20,1-16). Tyle samo za pracę dostanie ten, który przyszedł pracować o świcie i ten, który dołączył dużo później. Dziwne i jednak czasem trudne do przyjęcia dla mnie, dla nas, ale Bóg słowami właściciela winnicy może powiedzieć „Przyjacielu, przecież Cię nie skrzywdziłem”. Nie, nie skrzywdziłeś Panie,
ale czy to jest sprawiedliwe? Czy nie starałam się bardziej? Przyszłam przecież wcześniej…
Nie raz i nie dwa nad tym rozmyślałam. Ta Boża łaskawość jawiła mi się nawet, jako pewna niesprawiedliwość. Aż do czasu, gdy pomyślałam w taki oto sposób.

Kocham mojego syna. Bardzo. Gdyby nagle wydarzyło się coś, co oddaliłoby go ode mnie, czy przestałabym go kochać? Czy gdyby postanowił żyć beze mnie, to moje uczucia wygasłyby? Zdecydowanie nie. A gdyby postanowił wrócić, czy ważna byłaby godzina,
tego powrotu? Nieważna, kompletnie nieistotna. Mógłby przyjść w ostatniej mojej, czy jego chwili a i tak przyjęłabym go z otwartymi ramionami. Czy o świcie, czy w środku nocy wyrywając mnie ze snu – kompletnie nieistotne. Dlaczego? Bo kocham. I czekałabym na niego zawsze i wszędzie.
A gdyby odwrócili się ode mnie ludzie mi najbliżsi, przyjaciele? Pewnie próbowałabym kalkulować – kto, dlaczego i jak mam postąpić. Myślę, że serce wołałoby „przyjmij”,
a rozum stawiałby racjonalne warunki przebaczenia. I z tym czekaniem byłoby różnie.
A jeśli doznałabym urazy od obcych?  Zapewne byłoby jeszcze gorzej. Dlaczego?
Bo kocham ich wszystkich jakby mniej, jeśli w ogóle… Czy odwróciłabym się na pięcie? Zapewne. Może nawet wytłumaczyłabym sobie, że nie warto czekać, najlepiej się od nich odciąć, zapomnieć, wyrzucić z życia. Czasem to boli, ale mija. Taka ta moja miłość do nieprzyjaciół – chyba słaba. Kocham wybiórczo i stawiam warunki.
A Jezus mówił „Miłujcie się nawzajem” i „miłujcie swoich nieprzyjaciół”. Co by było, gdybym kochała wszystkich tak samo? Gdybym kochała taką miłością, jaką obdarzam moje dziecko?
No właśnie – Bóg kocha wszystkich TAK SAMO. Nie ma dla niego bliższych i dalszych krewnych i nie ma obcych. Jesteśmy Jego dziećmi, więc jak może nie otworzyć swoich ramion nawet po latach naszego milczenia czy wręcz buntu? Jak może odrzucić tych, którzy chcą wrócić? No jak, skoro kocha niewypowiedzianie mocniej niż ja?
Niektórzy nazywają to skandalem, ale to jest skandal miłosierdzia. Wreszcie to zrozumiałam. I nie chcę już mierzyć Boga swoją miarą i chcę w koncu uwierzyć w to,
że kocha za darmo.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Bóg nie patrzy na godzinę została wyłączona

Czyj głos usłyszy?

Napisałam:

https://theofeel.pl/index.php/tekst/swiadectwa/61-tekst/swiadectwa/3430-2016-05-04-01

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Czyj głos usłyszy? została wyłączona

Poligamiczna monogamia

Miałam ostatnio wielką przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z o. Tomaszem Nogajem, jezuitą i misjonarzem pracującym w Sudanie Południowym, który niedawno wrócił do kraju. Odwołany został ze względu na realne zagrożenie życia, choć zdaje się, że zostawił tam swoje serce. Pasja, z jaką opowiadał o życiu i pracy w kraju tak odmiennym kulturowo od naszego spowodowała, że nie tylko słuchałam z ogromnym zainteresowaniem, ale już po spotkaniu, z głową pełną nowej wiedzy usiadłam do komputera i Internetu, żeby dowiedzieć się jeszcze więcej.

Afryka, choć kontynent przecież niezwykle ciekawy wciąż pozostaje dla nas wielką tajemnicą.  Przyciąga i kusi, ale jako wielka nieznana powoduje również wiele uprzedzeń. Poznanie zachowań ludzi tam zamieszkujących, uwarunkowań, tła historycznego i takiej zwykłej codzienności, to nie lada wyzwanie. Nie da się przecież opowiedzieć wszystkiego podczas krótkiego spotkania i zapewne nie da się zgłębić tej wiedzy bazując jedynie na tym, co się przeczyta. Tak więc chłonęłam to wszystko, co opowiadał o. Tomasz niemal jak gąbka i konfrontowałam nową wiedzę z moimi dotychczasowymi wyobrażeniami, próbując zrozumieć tamten świat.
Cała masa aspektów życia w Sudanie Południowym to dla nas zagadka i niewątpliwie
z wieloma z nich nie chcielibyśmy – my, ludzie z krajów wysokorozwiniętych w ogóle się spotkać, jak chociażby z życiem w ciągłym poczuciu zagrożenia, niepewności jutra,
z utrudnionym dostępem do nauki, z brakiem elektryczności czy z niezrozumiałym zupełnie dla nas brakiem kultury sanitarnej. Inne natomiast mogą się nam jawić,
jako ciekawe i w swej egzotyce niemal pociągające. Klimat, przyroda i oczywiście kultura rozumiana, jako lokalny folklor, tak różne od naszych potrafią wręcz zachwycić. Niektórych (i tu raczej myślę o mężczyznach) zainteresować może natomiast fakt poligamii.
Tak, Sudan Południowy, a w nim w plemię Dinka, to kraj poligamii. Wielożeństwo jest akceptowane i popierane przez władzę. Odnalazłam gdzieś nawet informację o promocji poligamii przez prezydenta Sudanu (informacja jeszcze sprzed podziału na Sudan Północny i Południowy). Uważa on, że wielożeństwo zapewni krajowi odpowiedni przyrost naturalny i rozwiąże kwestię samotnych kobiet.
Jeśli więc natkniemy się w Sudanie na związek monogamiczny, to możemy śmiało założyć, że to nie koniec powiększania rodziny, bądź też mamy do czynienia z sytuacją, w której mężczyzny nie stać na kupienie kolejnej żony. Za żonę bowiem trzeba zapłacić.
Jest to rodzaj prezentu ślubnego, jaki przyszły zięć daje rodzicom swojej wybranki. Zapłaty dokonuje się w naturze, a podstawowym środkiem płatniczym są w tym przypadku krowy. Każda wybranka, niezależnie pierwsza, czy kolejna, to koszt około 60-100 krów,
a wyjątkowo urodziwa kandydatka na żonę – nawet 300. Jak widać liczba żon, to też wyznacznik bogactwa i statusu społecznego. Oczywiście drugi wyznacznik, bo pierwszym są krowy – miłość największa i niezwykle pielęgnowana. I tu mała dygresja. O miłości
do tych zwierząt świadczyć może fakt nadawania im imion. Każdy właściciel zna każdą sztukę bydła z imienia. I może nie byłoby to takie dziwne, gdyby nie fakt posiadania ogromnych stad. Ponadto krowa jest żywicielem całej rodziny. Korzysta się z jej mleka, upuszczanej krwi, ale zabija się ją na mięso niezwykle rzadko. Okazją są w tym przypadku śluby, pogrzeby, czy inne większe uroczystości.
Ale wracając do tematu poligamii. W kulturze, w której to jedynie kobiety zajmują się domem i dziećmi, a prawdziwy wojownik nie podejmuje żadnych prac z tym związanych posiadanie wielu żon nie jest dla mężczyzny kłopotem, czy obciążeniem. Mężczyzna – wojownik, który i tak większość życia spędza przy krowach, w swoim domu jest tak naprawdę jedynie gościem. I to niemal w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bo jeśli tych domów jest kilka i każdy z nich oddalony jest od kolejnego o naście lub kilkadziesiąt,
a może nawet kilkaset kilometrów, to bywanie w nich jest zupełnie okazjonalne. Tu rola męża, głowy rodziny sprowadza się niemal jedynie do pozostawienia żonie po każdorazowych odwiedzinach przynajmniej nadziei na kolejnego potomka. Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby był to potomek męski – przyszły pasterz i wojownik. Niestety, najczęściej rodzą się dziewczynki. Choć pociechą może być fakt, że powiększą one majatek ojca. Dzięki krowom za rękę córki, czy córek będzie mógł on kupić kolejną żonę. A ta być może da mu syna.
Słucha się tego jak bajki? Niekoniecznie.
Opowiadając to wszystko o. Tomasz zwrócił uwagę na niezwykły fakt. Mianowicie pokusił się o porównanie poligamii afrykańskiej do naszej rodzimej poligamii.
Tak, oczywiście – ta druga nie jest zgodna z prawem i jako taka raczej w naszej kulturze
nie jest przyjęta, ale… Jak przyznał misjonarz zna wielu mężczyzn, którzy żyją niemal tak, jak Dinkowie. Są „posiadaczami” wielu dzieci, z wieloma żonami. I tym, co różni ich od sudańskich kolegów jest jedynie to, że uzyskali rozwód z pierwszą, drugą, czy kolejną żoną i w świetle prawa nazywani są w dalszym ciągu monogamistami.

I tu pokuszę się już o własne przemyślenia. Jeśli przyjrzeć się sytuacji, o której mówił misjonarz, to faktycznie można byłoby wskazać wiele podobieństw. Pierwsze, to wielożeństwo rozumiane w tym przypadku, jako posiadanie wielu żon. W naszym przypadku niekoniecznie w tym samym czasie. Różnica miedzy plemionami Sudanu
a nami polega jedynie na zgodzie i uznaniu przez nasze prawo faktu „oddalenia”, czyli rozwodu. Drugie, to oczywiście posiadanie z kolejną żoną potomstwa. Oczywiście nie zawsze, ale jednak. Zakładając nową rodzinę mężczyzna musi przecież liczyć się z możliwością posiadania kolejnego dziecka. A przecież nierzadko to właśnie ono jest niejako powodem, dla którego zapada decyzja o zawarciu małżeństwa. Trzecie, to konsekwencja pierwszego i drugiego, czyli konieczność zapewnienia dachu nad głową nowej rodzinie. Nawet u Dinków żony nie chcą mieszkać razem. I tu pojawia się kolejne już podobieństwo – domy te dzieli odległość kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu lub kilkuset kilometrów. Może nawet więcej. Jak często więc można bywać w każdym z nich, zakładając oczywiście, że chce się w nim być choćby po to, żeby zobaczyć swoje dzieci? Raczej nieczęsto i jest się w nim bardziej gościem niż domownikiem.
I co gorsza, bycie gościem wiąże się nierzadko z porzuceniem odpowiedzialności
za dotychczasową rodzinę i uszczupleniem relacji jedynie do zobowiązań finansowych.
A w niektórych przypadkach i o to nawet ciężko. Tata wojownik? Trochę tak.
Podobnie rzecz się ma ze związkami nieformalnymi. Z tym, że w ich przypadku bycie razem polegające na pewnego rodzaju prywatnej umowie daje możliwość zdecydowanie łatwiejszego jej rozwiązania. Bycie partnerem nie narzuca konsekwencji prawnych
i pozostawienie domu, dzieci żeby związać się z nową partnerką jest już w zasadzie niemal identyczną sytuacją jak w przypadku poligamii. Po prostu – mam ochotę, stać mnie na to, to dlaczego nie mogę mieć kolejnej żony, kolejnego domu, kolejnych dzieci? Prawo nie zabrania.
Dlaczego taka poligamia, nazywana mimo wszystko monogamią jest przez nas uznawana? Jakie są jej motywy? Nie wiem.
Natomiast wiem, dlaczego tak się dzieje w plemieniu Dinków.
Sudan Południowy, czyli tereny przez nich zamieszkałe i będące wcześniej w granicach terytorialnych Sudanu to miejsce niegasnącego wręcz konfliktu, jakim jest wojna domowa. To stałe walki między plemionami i wioskami o dominację na danym terenie, o nowe pastwiska dla krów i o rację, o ostatnie słowo w sporze. W tych wiecznych sporach giną głównie mężczyźni, a liczba zabójstw wciąż jest niewiarygodnie duża. Pozostają kobiety. Jeśli dodać do tego statystykę, która pokazuje, że siedemdziesiąt pięć procent nowonarodzonych dzieci to dziewczynki, a tylko dwadzieścia pięć to chłopcy, to szanse na założenie monogamicznej rodziny są niewielkie.
I najważniejszy niemal powód, który jest wypadkową kultury, poglądów i przede wszystkim dążenia do dominacji, to chęć zdobycia jak najrozleglejszych terenów, pastwisk, władzy. Drogą do tego jest posiadanie licznej rodziny, klanu, który daje poczucie siły
i bezpieczeństwa w kraju niekończących się walk.
Nie wiem, czy te argumenty przekonałyby mnie do poligamii. Chyba raczej nie. Są jednak jakimś racjonalnym wytłumaczeniem stanu rzeczy. Przyglądając się natomiast naszej sytuacji, kulturze i warunkom, w jakich żyjemy, uzasadnienia takiego nie znajduję.
Zdaje się, że w cudowny sposób nauczyliśmy się zakłamywać naszą rzeczywistość nazywając ją tak, jak jest to dla nas wygodniejsze. Odpowiednią terminologią rozróżniamy i niejako usprawiedliwiamy to, co w istocie rzeczy jest tym samym. Przykre jest, że dzięki temu zakłamaniu często czujemy się wręcz lepsi, mądrzejsi i stojący o stopień (przynajmniej) wyżej w cywilizacyjnym rozwoju.
To taka zupełnie osobista refleksja na koniec.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Poligamiczna monogamia została wyłączona

Wytrwajcie w miłości mojej!

(J 15,9-11)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była
i aby radość wasza była pełna
.

„Wytrwajcie w miłości mojej!”. Przecież to brzmi jak wielka prośba. Nie nakaz, przymus, warunek, tylko właśnie prośba, którą kończy obietnica: „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania,  będziecie trwać w miłości mojej…”. To tak jakbym ja powiedziała do mojego dziecka: „Wytrwaj kochanie. I spróbuj skorzystać z moich wskazań. A jeśli wytrwasz, zobaczysz, jak wielkie szczęście Cię czeka”.
Dzisiaj w tych słowach Jezusa odkryłam troskę. Ogromną troskę o naszą przyszłość.
Ta prośba o wytrwanie, to wielkie pragnienie naszego dobra, naszej pełnej radości.
To wytrwanie w Jego miłości to nic innego jak obietnica naszego szczęścia.

I dalej: „Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania […], tak jak ja zachowałem przykazania”.
Czy przykazania to tylko tablice z wyrytymi nakazami i zakazami? Czy Jezus wypełniając wolę Ojca jedynie takich wskazań przestrzegał? Czcił ojca i matkę, nie mówił fałszywego świadectwa, nie kłamał, nie pożądał?
Tak jakoś zastanowiło mnie to dzisiaj. Czy przykazania to tylko to, co dziś postrzegamy jako spisane wiekami trwania Kościoła wytyczne do naszego postępowania? A może przykazania to po prostu zwykłe wskazówki jak żyć? Może przykazanie, to każde słowo Boga, które do nas kieruje? Może to, co słyszę na mojej osobistej modlitwie i to, co dociera do mnie z ust kapłana czy lektora oraz to, co przychodzi „w lekkim powiewie” i to,
co uderza jak grom z jasnego nieba, to wszystko są przykazania? Taka zwykła pogawędka
z Bogiem (pod warunkiem, że chcę cokolwiek usłyszeć), czyż ona nie niesie ze sobą wskazań, rad, przykazań, pouczeń? Czy nie jest prowadzeniem nas tak, żebyśmy nie zrobili krzywdy ani sobie ani nikomu innemu? Czy każdy człowiek, którego Bóg stawia na naszej drodze nie jest dla nas wskazaniem, że trzeba kochać? Za to, że jest i jest od Boga?
Przykazania – dla mnie raczej wskazania. Bo Bóg niczego nie narzuca, więc i nie daje przykazań (czyli przykazu, nakazu), jak żyć. Daje raczej wskazówki, bo dał nam wolną wolę, więc każdy kształtuje swoje życie tak, jak sam tego chce.
Ale jeśli skorzysta z Jego wskazań…
Cuda będą się dziać! I radość będzie pełna.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Wytrwajcie w miłości mojej! została wyłączona

Gdzie dwóch albo trzech…

Jeszcze nie tak dawno modliłam się Nowenną Pompejańską. Jedna, druga, trzecia, czwarta…
Nie jest to łatwa modlitwa. Kto odmawiał, ten wie. Potrzeba naprawdę sporo samozaparcia i poukładania sobie dnia tak, żeby wygospodarować odpowiedni czas i stosowną jego ilość. Trzy części różańca, piętnaście tajemnic, siedemdziesiąt pięć razy Zdrowaś Mario…
A dziś? Dziś kiedy wstałam, w głowie miałam pustkę i obezwładniającą niechęć do modlitwy. Czułam się tak, jakby ktoś ściskał mnie za gardło, żeby nie przecisnęło się
przez nie ani jedno słowo.
Starczyło mi tylko sił na „Boże, wybacz”. Reszta słów była niemą prośbą właśnie o siłę.
I wtedy przypomniałam sobie, że ta moc, która jest mi potrzebna to Duch Święty.
Prosiłam więc o to, by pomógł mi w modlitwie, żeby modlił się ze mną, za mnie.
A później przyszła refleksja. Wspólnota – tak, w niej też jest siła. Kiedy słabnę, pomoże. Kiedy nie mam siły na modlitwę, każdy z jej członków pomodli się za mnie. Kiedy poczuję się samotna w trudnej drodze, przypomni, że to nie prawda – nie jestem sama. Umocni
do stawienia czoła światu, wskaże drogę, podniesie i uzdolni do stawiania kolejnych kroków. Nie przypadkiem przecież Pan Jezus wysłał swoich uczniów po dwóch:
„Następnie wyznaczył Pan jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch i wysłał ich po dwóch przed sobą…” (Łk 10,1). I dzięki Mu za to. Zawsze we dwoje raźniej. I jest nadzieja, że kiedy ja okażę słabość, ten drugi będzie miał akurat większą siłę.
Ale przecież wspólnota, to też On: „Gdzie dwóch albo trzech gromadzi się w Moje imię, tam jestem pośród nich” (Mt 18,20).
Dziękuję za naszą wspólnotę!
 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Gdzie dwóch albo trzech… została wyłączona

Nie zostałam w domu

Jakiś czas temu na FB, na profilu jednej ze znajomych zauważyłam wpis skierowany
do kobiet i nawołujący do….. bojkotu niedzielnej Mszy Św. Ze wskazaniem konkretnej daty. Miało to być właśnie dzisiaj – 24 kwietnia, jako odpowiedź na stanowisko Kościoła
w sprawie aborcji. I miało pokazać jak naprawdę ustosunkowują się do tego kobiety
(w domyśle wierzące, bo przeciez innych w kościele się nie spodziewam).
Dzisiaj ten sam profil przypomniał mi, że akcja została podjęta. I – o zgrozo!!! Jego posiadaczka w kościele NIE BYŁA! Czyli – można przypuszczać, że świadomie dołączyła
do akcji. Tak, faktycznie można by było, gdyby nie jeden szczegół – owa pani do kościoła
w ogóle nie chodzi. Do czego się wszem i wobec przyznaje przy każdej okazji.
Powiem szczerze, że ubawiła mnie ta sytuacja. Ale z ciekawości poszperałam trochę
w internecie, żeby znaleźć jakąkolwiek informację na temat przewidzianej na dziś akcji.
I tu link do tego, co znalazłam:

https://prostozmostu.net/kraj/koscioly-bez-kobiet-kolejna-akcja-feministek

Po przeczytaniu przyznam, że dalej jestem tym wszystkim rozbawiona, bo mam jakąś szczególną pewność, że dzisiaj w kościołach nie było tych, których raczej zazwyczaj nie ma. Czy mam rację? W moim kosciele nie zauważyłam braku płci pięknej 😉 wręcz jej przewagę. Ale może w tej parafii po prostu nie ma feministek? 😉

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Nie zostałam w domu została wyłączona

Wybór podjęty z miłości

Dostałaś od taty dom. Stan półsurowy, ale to tylko powód do radości. Masz pole do popisu. Możesz go urządzić po swojemu. Zapraszasz projektanta wnętrz, planujesz upiększenia, nawet drobne poprawki. Nie podobają ci się okna – trzeba trochę powiększyć. Podobnie balkony ale z kolei kuchnia zdecydowanie za duża – pomniejszysz, dzięki czemu zyska salon. Teraz będzie tak, jak sobie wymarzyłaś. Jeszcze trochę kosmetyki i będzie cudownie. Wygładzenie ścian, wosk na podłogi, drogie meble, kwiaty i kolorowe dodatki. Pięknie. Duży trud, ale się opłacał. Wiesz jednak, że ten raj może przestać się podobać. Zarówno meble, jak i dodatki mogą się znudzić. Trzeba będzie wciąż coś upiększać, odświeżać, zmieniać. Nie chcesz, żeby twój dom stał się szary, nijaki i brzydki. Zatrudniasz więc panią do sprzątania i ogrodnika. Raz na jakiś czas kontaktujesz się z ekipą od aranżacji wnętrz. Znają się na najnowszych trendach i dają ci pewność, że jesteś na czasie – twój dom nie starzeje się, jest wciąż świeży i pociągający. Twój dom – twoja duma i radość.
I nagle dowiadujesz się, że chce się do niego wprowadzić twoja mama. Nie było jej
w twoim życiu, nie myślałaś, że wróci. Nie miałaś żadnych planów z nią związanych.
Po co ci ona teraz, kiedy ułożyłaś sobie życie, kiedy urządziłaś dom, osiągnęłaś spokój
i w tym błogostanie chcesz cieszyć się z życia? Dlaczego chce ci popsuć radość?
Wiesz, że wejdzie w twoje życie jak huragan – będzie po swojemu przestawiać meble, gotować w kuchni kapustę i porozrzuca w przedpokoju buty. Na tarasie pojawią się tony gazet i zmusi ogrodnika do posadzenia niemodnych chryzantem. Trzeba będzie odstąpić
jej któryś z pokoi. Ale który? Przecież każdy jest potrzebny. Bibliotekę, salon? Może ten,
w którym nocują goście? Masz mętlik w głowie. Chcesz uciec od tego, szukasz jakiejś wymówki. Nie chcesz pozwolić na to, żeby ktokolwiek wkroczył w twoje uporządkowane życie, żeby ktokolwiek miał na nie jakikolwiek wpływ. Sumienie jednak potwornie znęca się nad tobą . Wciąż powtarza, że to przecież twoja matka. I co z tego, że jej nie chcesz – nie możesz przecież tak po prostu jej wyrzucić… Szukasz drogi wyjścia, pomocy i zrozumienia u przyjaciół. Zdania są podzielone. Jedni mówią wyrzuć ją, bo zatruje ci życie a inni – nie możesz tak. Po prostu nie możesz.
Nie jesteś szczęśliwa. Twój dom nie jest już tylko twoim domem. Widzisz jak się zmienia, jak pojawiają się rzeczy, których nie chcesz. Nie czujesz się jego panią, bo zaczyna żyć innym życiem. Życiem innego domownika. Liczysz jednak na to, że jest to stan przejściowy. Może mama wyjedzie, może zmieni zdanie, może znajdzie inny dom, może… Nie wiesz właściwie, co znaczy to „może”, ale nie chcesz tak żyć. Płaczesz po nocach marząc, żeby było jak dawniej. Spokój, cisza i tylko twoje plany. Twoje życie i tylko twoje wybory.
Kiedy powoli, bardzo powoli zaczynasz przyzwyczajać się do myśli, że podzielisz swoje poukładane dotąd życie z kimś, kto myśli, czuje i żyje zupełnie inaczej niż ty, nagle jak grom z jasnego nieba spada na ciebie kolejna informacja. Twoja mama jest bardzo chora.
……………………………………………………
Cisza, pustka, szok, nie wiesz jak żyć. To nie tak miało być. Tak wiele zainwestowałaś
w siebie, w swój dom i w marzenia.
Choroba okazuje się ciężka. Już wiesz, że twój dom zamieni się w szpital. Kanapę w salonie zastąpi szpitalne łóżko. Na zabytkowej komodzie staną rzędy butelek, pudełka z tabletkami, waciki, gaziki, maści, rurki, pieluchy. Tak – to na razie tylko widmo pieluch,
ale i tak już przeraża. Wiesz, że od tego momentu przestaniesz być ty, a będzie ona. Świat – twój świat będzie się kręcił wokół potrzeb twojej mamy. Będziesz jej opiekunką, pielęgniarką, jej oknem na  świat. Nie wiesz jak długo, nie wiesz czy dasz radę, ale kiedy widzisz jej przerażenie, jej ból i jednocześnie to, jak szuka w tobie nadziei, to wiesz, że nie masz wyjścia. I mimo, że dom przestanie pachnieć kwiatami, a ty nie prześpisz w całości żadnej z wielu nocy, to nie potrafisz inaczej.
Czasem jednak w cały ten zamęt wkrada się podstępne, nowoczesne i zdradliwe pytanie –
a może jej pomóc, może lepiej by było, żeby…. Szwajcaria? W Polsce nie można, ale przecież ulżyłabyś jej. Jej czy sobie? Tęsknisz za zapachem kwiatów w domu? To spójrz jej w oczy i powiedz, że tak będzie lepiej. Zabierz jej nadzieję. Jeśli potrafisz.

***

Dostałaś od taty życie. W stanie półsurowym –  sama możesz go kształtować, budować siebie, odpowiadać za to kim będziesz. Dostałaś też wolność, więc możesz zrobić z tym życiem co tylko chcesz. Tworzysz więc siebie, na swój własny sposób i według własnego pomysłu. Zmieniasz kolor włosów, fryzurę, malujesz paznokcie, może powiększasz biust, rzeźbisz brzuch i pośladki.  Dbasz o siebie może bardziej niż o własny dom. Kosmetyczka, fryzjerka, masażystka, basen, Spa. Kolory, zapachy, ciuchy, diety i wolność. Żyjesz życiem, które należy do ciebie. Wierzysz w wieczną młodość, i dążąc do ideału starasz się zatrzymać czas. Masz tyle planów, chcesz cieszyć się tym co masz i osiągnąć jeszcze więcej.
I nagle dowiadujesz się, że do twojego ciała ktoś się wprowadził. Obcy? Nie, to ktoś z twojej rodziny. Ktoś, kogo powinnaś kochać. A jednak… Nie przewidziałaś tego, że będzie chciał
z tobą zamieszkać. Patrzysz na swoje zaplanowane życie i nie wiesz, czy cieszyć się,
czy płakać. Przecież ten ktoś przez dziewięć miesięcy będzie zmieniał twoje ciało o które tak dbałaś. Może zmusić cię do jedzenia tłustych rzeczy, a może pozbawić wszelkiego smaku. Jest zdolny też przekonać cię do rezygnacji z wielu ekstremalnych wyzwań. Najprawdopodobniej narzuci swój czas snu i wypoczynku, a później poplami ściany, porozrzuca zabawki, zabierze twój czas i zweryfikuje większości twoich planów na życie.
Na wiele dni, miesięcy, lat. Trzeba będzie zorganizować mu pokój, łóżko, miejsce w szafie. Poświęcić mu najpierw swoją figurę, a później pół życia, masę czasu i pieniędzy. Ale skąd do licha wziąć te pieniądze? A kosmetyczka, fryzjerka, siłownia – kiedy? I za co?
Są tacy, którzy znając twoje marzenia i plany, będą przekonywali, żebyś z nich nie rezygnowała. Na „obcego” przyjdzie jeszcze czas. Dla nich jest tylko jedno wyjście. Podpowiedzą, doradzą. Znajdą miejsce. I nie musi to być Szwajcaria…
Doradzą, czy zdradzą? Nie takiego wsparcia potrzebujesz.
Powoli jednak oswajasz się z nową sytuacją, ponownie układasz plany, rezerwując w nich czas również dla siebie. Już jest prawie dobrze. Zmieniasz swój świat i swoje priorytety,
i wtedy nagle dowiadujesz się, że twój „obcy” jest poważnie chory. Twój „obcy”, który stał się już jakby mniej obcy.
………………………………………………….
Szok. Rozpacz. Łzy. Nie wiesz jak żyć. Nie tak miało być. Zaledwie chwilę wcześniej przewartościowałaś cały swój świat i na nowo poukładałaś puzzle na przyszłość… Tak wiele zainwestowałaś w siebie, w życie, które miało być rajem, spełnieniem. A teraz musisz poświęcić to wszystko komuś, kogo miało nie być? Komuś kogo nie zapraszałaś? Komuś kto jeśli już miałby być, to niechby był zdrowy? Czy to już koniec marzeń?
Nie znasz choroby z którą przyjdzie ci się zmierzyć. Nie wiesz czy długo, czy na zawsze…  Nie wiesz nic poza tym, że nie będzie to łatwe. Będą przewidziane wcześniej pieluchy,
ale one teraz wydają się bajką przy widmie leków, zastrzyków, rurek, przetoki, operacji, niedowładu, porażenia, zniekształceń… Nie wiesz czego się spodziewać i nie wiesz czego się bać, ale boisz się mimo tego – coraz bardziej. Dużo nowych informacji, brak wiedzy. Poszukiwania.Wyobraźnia odbiera ci zdrowy rozsądek i podpowiada koszmarne rozwiązanie. Widzisz siebie w roli pielęgniarki, niańki, opiekunki. Już teraz nie śpisz,
a przecież przed tobą jeszcze tyle nieprzespanych nocy. Czujesz, że tracisz siebie i wtedy słyszysz gdzieś głosy, że to twoje ciało i twoje prawo. Te głosy dają ci prawo wyboru. Usprawiedliwiają twoją słabość i wątpliwości. Tłumaczą, że nie musisz tak żyć i że to,
co ci proponują będzie lepsze dla ciebie i dla dziecka.
Naprawdę lepsze? Spójrz w oczy tego „obcego” – masz przecież USG – popatrz i zapytaj,
czy on tego chce? I spoglądając w te małe oczka i powiedz mu, że musi odejść – jeśli potrafisz. Jeśli umiesz pozbawić go miłości.

Eutanazja od aborcji różni się tylko wiekiem człowieka. I jedno i drugie jest śmiercionośne. Nie wolno tego zakłamywać nazywając jakkolwiek inaczej.
A miłość jest decyzją, nie wypadkową emocji, które uwarunkowane są chwilą. Chwilą czasem bardzo trudną.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Wybór podjęty z miłości została wyłączona

Pokora Zosi Samosi

Dziś czas na moje przemyślenia o pokorze.

Zawsze myślałam, że pokora to uniżenie, służalczość, postawa uznania wyższości innych….
Nie chciałam takiej pokory. Nie chciałam czuć się słabsza, gorsza od innych. Wolałam przyjąć postawę z głową do góry – to ja jestem ważna i przed nikim nie chcę klękać.
Nikt z ludzi nie ma prawa wywyższać się nade mną, a ja sama muszę na tyle cenić samą siebie, żeby patrzeć śmiało w oczy każdemu człowiekowi. Pokora oznaczała dla mnie słabość i uznanie własnej niższości przed innymi. Nie chciałam jej w swoim życiu.
Dlatego też dążyłam do tego, żeby być niezależną, nie musieć nikogo prosić o pomoc,
być samowystarczalną, silną.

Po wielu przemyśleniach, po przerobieniu tego tematu z samą sobą dochodzę do wniosku, że pokora to jednak zupełnie coś innego. Pokora to zdolność do przyjęcia własnych słabości i umiejętność przyznania się do tego, że nie wszystko wiem, nie wszystko rozumiem,
nie we wszystkim jestem dobra. To spokojne przyjęcie tego, że nie jestem alfą i omegą.
I co najważniejsze – nie muszę nią być. Pokora to samoświadomość własnych ograniczeń
i przyjęcie ich z zupełnym spokojem. To nie jest rodzaj ukorzenia się, to raczej umiejętność poproszenia o pomoc i przyjęcia jej z radością.
Nasze życie to proces rozwoju ale nigdy w pełni doskonali nie będziemy. Nawet jeśli,
to nie we wszystkim. Pokora jest spokojnym przyznaniem tego najpierw przed samym sobą, a później przed innymi. Nie oznacza ona zaprzestania samodoskonalenia, uczenia się, pracy nad sobą. Musimy się starać na tyle, na ile jest to możliwe, ale musimy też umieć przyjąć to, że nie wszystko od zależy od nas. Musimy umieć pogodzić się ze swoim słabszym dniem, gorszym samopoczuciem, z samym sobą. W pełni pogodzeni będziemy umieli czerpać radość z tego, że jest ktoś, kto jest w czymś lepszy, kto może nam pomóc, wyjaśnić, wytłumaczyć, podać rękę lub po prostu być przy nas w chwilach naszej słabości.
Pokora, to też zgoda na to, co będzie, na to, co nie jest zależne od nas. To odpuszczenie tam, gdzie moje „ja” nie musi być na pierwszym miejscu i zrozumienie, że świat nie musi myśleć i czuć tak jak ja. To zaprzestanie forsowania mojej racji, mojego punktu widzenia
i udowadniania mojej wielkości.
Pokora jest siłą, nie słabością. Daje spokój, uwalnia od niepotrzebnej walki o prym samozwańczej wszystkowiedzącej królowej – PRÓŻNOŚCI. Pozwala żyć w równowadze
ze światem – z jednej strony bez kompleksów a z drugiej bez wygórowanych ambicji.
Pokora to też, a właściwie przede wszystkim przyznanie przed Bogiem, że bez niego nic – nic nie możemy sami. To On daje siłę, spokój i ukojenie, radość i odwagę. Zabiera lęk
i uzdalnia do przebaczenia. Jego też trzeba umieć prosić. Z pokorą.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Pokora Zosi Samosi została wyłączona

Samochwała vel chwalipięta

Jak zwał, tak zwał…
Ale udało się i mogę wkleić tu link do mojego wyróżnienia:

http:/theofeel.pl/index.php/tekst/swiadectwa/61-tekst/swiadectwa/3202-2016-04-11-01p://

 

Nie ukrywam – zrobiło mi się bardzo miło 🙂

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Samochwała vel chwalipięta została wyłączona