Recepta na dziś, na jutro…. na zawsze

Kiedy zwykły kubek kawy uśmiecha się do Ciebie, to czy to może być zły dzień?

Dzień rozpoczął sie jakoś tak…. nijak. Bez zapału, radości i planów. A wręcz ze złością na… No właściwie nie wiem na co. Na to, że wszystko jest nie tak. Oczywiście nie tak, jak JA tego bym chciała.
Zrobiłam kawę. Dolałam mleka. Nagle patrzę, a moja kawa uśmiecha sie do mnie. Patrzę jeszcze raz – dalej się uśmiecha. Na powierzchni kawy utworzyły się dwa piękne oczka
i cudowne usta. Jak z obrazka. Chciałam zrobić zdjęcie, ale najwidoczniej moja kawa
po prostu tego sobie nie życzyła, bo przestała się uśmiechać.
Ale nagle świat zaczął wyglądać inaczej. Uśmiech z kawy wskoczył na moją twarz (a, to dlatego nie mogłam zrobić mu zdjęcia!) i przypomniałam sobie o tym, że złość, to droga do nikąd, a drogą do celu jest dziękczynienie.
Jest tyle rzeczy, za które mogę i powinnam dziękować!
Dziękuję więc i świat nabiera kolejnych barw – uśmiecha się pani w telefonie, rozwiązują się niektóre problemy, słońce za oknem dodaje siły.
Widać receptą na szczęście naprawdę jest uwielbienie 🙂
Muszę częściej o tym pamiętać i przyjmować to, co ON dla mnie przygotował.

Ps. Tym, którzy być może to zaglądają polecam taką oto lekturę: https://www.dobre-ksiazki.com.pl/moc-uwielbienia-p540722.html?utm_source=google&utm_medium=cpc_product&gclid=CKHx8J6p98sCFfYy0wodzmAFXw

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Recepta na dziś, na jutro…. na zawsze została wyłączona

Abonent chwilowo niedostępny

Nie mogę przestać myśleć o księdzu Janie. Nie znałam Go, choć czuję się tak jakbym znała. Nigdy z nim nie rozmawiałam, a powiedział mi tak wiele….
Szedł drogą, którą ja sama chciałabym iść i dbał o rzeczy, które dla mnie są niezwykle ważne. Był mi niezwykle bliski przez to, w jaki sposób traktował ludzi. Tych, którzy myśleli inaczej, ludzi wierzących i niewierzących, i tych, którzy byli inni w sposób fizyczny – słabych, schorowanych, być może dla niektórych nieładnych. Może niegrzecznych
i złośliwych, a może nieporadnych i nieestetycznych. Innych, bo choroba powoduje
w nas zmiany, raczej nie takie, jakich moglibyśmy sobie życzyć.
On kochał ludzi takimi, jacy byli i walczył o to, żeby sami do końca mogli kochać siebie. Walczył, żeby nigdy nie poczuli się gorsi, odarci z godności. Pomagał im oswoić śmierć, pogodzić z nieuchronnym, z samym sobą, z Bogiem. Otaczał ludzi szacunkiem, atencją, poważaniem. To jest dla mnie sedno jego wielkości. I kiedy odszedł uderzyła mnie szczególnie jedna rzecz – właśnie szacunek dla jego osoby. Zauważalny we wszystkich komentarzach, rozmowach jemu poświęconych i w każdym wpisie pod informacją
o śmierci księdza. Swoim odejściem poruszył wierzących i niewierzących, połączył skłóconych i uciszył szemrzący potok ludzkiej nienawiści wysyłanej w kierunku drugiego człowieka. Ksiądz Jan na moment połączył ludzi w milczącym szacunku dla jego przedwczesnej śmierci a nade wszystko dla jego niesamowitej pracy na rzecz słabych
i chorych.

Dziś, kiedy właśnie minęła jedenasta rocznica śmierci Jana Pawła II uświadamiam sobie, że ostatni raz z takim szacunkiem i żalem po śmierci zetknęłam się właśnie wtedy, kiedy umierał nasz papież. Od tego czasu nikt swoim odejściem tak bardzo nas nie pojednał, nie wyciszył i nie pokazał, że w gruncie rzeczy patrzymy w tym samym kierunku i cenimy
te same wartości. Dziękuję księże Janie i za tę naukę. Tę, która pokazuje, jaki efekt daje postawa szacunku wobec drugiego człowieka. Wobec innego i niekoniecznie takiego, jakim chcielibyśmy go widzieć.

Dlaczego na początku napisałam, że chciałabym iść taką samą drogą? Niezwykle cenię ludzi starszych i od kiedy pamiętam, moim marzeniem było poprowadzenie czegoś,
co niezbyt ładnie nazywamy domem starców, czasem domem spokojnej starości, pogodnej jesieni. Zawsze chciałam stworzyć coś, co byłoby dla samotnych starszych osób domem.
Po prostu domem, w którym mogliby żyć właśnie godnie. Z poczuciem bezpieczeństwa
i pewnością, że nikt ich nie pozostawi samych sobie, że nie będą musieli martwić się o jutro, leki, jedzenie. I nie będą musieli spędzać każdego dnia oparci o parapet okna, które jest ich jedynym łącznikiem ze światem. Tak, często jedynym. Zapamiętałam taki obrazek
z czasów, kiedy dojeżdżałam do liceum. Naprzeciw przystanku, z którego codziennie jeździłam do szkoły była stara kamienica. I niemal codziennie w jednym z jej okien widziałam pewną starszą panią, która patrzyła na świat z wysokości drugiego piętra.
Może to tylko moja wybujała wyobraźnia, ale miałam w sobie taką myśl, że jest to dla niej jedyny sposób zaradzenia samotności. Jedyny kontakt ze światem, bo schody, bo starość, bo słabość, bo niemoc…. Widywałam ją w różnych porach dnia i zawsze myślałam o tym,
że samotność „to taka straszna trwoga…”, jak śpiewał Ryszard Riedel z zespołu Dżem.
A później były inne zapamiętane przeze mnie starsze osoby, jak choćby urocza babunia, która zamieniała u mnie pieniądze „na stare”.  Ileż ciepła dawała mi swoim uśmiechem
i jak bardzo dziękowała za zwyczajne dla mnie oznaki sympatii i wsparcia wobec jej osoby. Chyba nigdy nie zapomnę, jak głaskała moją rękę mówiąc: „pani…, jaka pani dobra”.
Inne historie, inne troski, inne rodzaje samotności. Ale wciąż na nowo spotykane na moich drogach.

Tak, zawsze lubiłam ludzi starszych i widziałam, że mam w sobie cierpliwość do ich powtarzanych wielokrotnie historii, do ich potrzeby mówienia, do nienarzucającej się
chęci zatrzymania mnie na jedną chwilę dłużej. Lubię zasłuchać się w opowiadane życiowe mądrości mocno dojrzałych i doświadczonych osób. Szukam w nich ich młodości, wspomnień. Szukam ludzi, którymi byli i lubię dawać im swój czas. Wdzięczność, jaką okazują, uśmiech, ich radość, często tylko chwilowa to jest to, z czego czerpię niewiarygodnie dużo. Dając im swój czas dostaję o wiele, wiele więcej.
Tak, ksiądz Jan niewątpliwie wiedział, gdzie odnaleźć radość i siłę. Paradoksalnie tam, gdzie inni jej w ogóle nie zauważają. Chciałabym tak jak on. Przyznaję, że w tej kwestii
jest dla mnie wielkim Autorytetem.
Mam też marzenie związane z moją kochaną babcią. Wiem, że ona chce już odejść. Wiem też, że ja tego nie chcę, ale obiecałam sobie, że kiedy to nastąpi, nie będzie we mnie żalu. Będzie smutek, będzie tęsknota, bo po prostu ją kocham. Ale muszę pozwolić jej odejść tak, jak uczył ksiądz Jan. Muszę dać jej zgodę i nie zatrzymywać na siłę po to, żeby ona
w godzinę śmierci mogła być spokojna i nie musiała martwić się o moją rozpacz.
A marzenie – chciałabym być wtedy przy niej i trzymać ją za rękę. Boję się tego momentu, ale chcę, żeby ona się nie bała. I żeby nie była wtedy sama.
Czy będę wtedy płakała? Będę. Będę płakała nad sobą. Nad tym, że jej przez pewien czas nie zobaczę, że nie będę mogła do niej przyjechać, przytulić, posłuchać. I że nie odbierze ode mnie telefonu.
Tak, to będzie bardzo trudne. Ale mam świadomość tego (może bardziej nadzieję wynikającą z wiary), że abonent będzie niedostępny tylko chwilowo. Mam nadzieję na późniejsze spotkanie. Z nią, z moją córeczką, z księdzem Janem i z wszystkimi, którzy odeszli i odejdą jeszcze przede mną.
Mam też nadzieję, że znajdę sposób i odwagę, żeby podjąć wyzwanie podobne do tego, jakiego podjął się ksiądz Jan.

*****

Miłosierdzie – ostatnie słowo wypowiedziane przez księdza Jana.
Rok miłosierdzia, niedziela miłosierdzia – miłosierdzie dla mnie.
A może moje wobec innych?

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Abonent chwilowo niedostępny została wyłączona

Wystarczy poczekać

To już 20 lat, Aniu. Twoje podwójne narodziny – dla ziemi i dla nieba. Dzisiaj znowu tak bardzo zatęskniłam, że wręcz chciałabym być już tam, z Tobą. I wreszcie Cię przytulić, potrzymać za rękę, porozmawiać…

*

Dzisiaj jest Wielki Piątek. Dzień śmierci, która daje nowe życie. I przypomnienie,
że jest nadzieja, że nic się nie kończy, chociaż tak nam się wydaje. Wystarczy poczekać, żeby zobaczyć, że smierć nie mam mocy nad życiem. Nie jest jego końcem, chociaż łzy cisną się do oczu.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Wystarczy poczekać została wyłączona

Przy stole z nieprzyjaciółmi

Mt 26,14-25
„……. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu .
A gdy jedli, rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi.
Bardzo tym zasmuceni zaczęli pytać jeden przez drugiego: Chyba nie ja, Panie?
On zaś odpowiedział: Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany.
Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził.

Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: Czy nie ja, Rabbi?
Odpowiedział mu: Tak jest, ty.”

*

A gdybym to ja chciała spędzić święto z przyjaciółmi? Też zapewne poprosiłabym
o przygotowanie dla nas przyjęcia. Może zrobiłabym to sama? Położyłabym czysty
obrus, zastawę, ustawiłabym półmiski z przysmakami i dodałabym jeszcze kwiaty.
Tak, starałabym się bardzo, żeby było to miłe spotkanie. Ba, niezapomniane!
Zwłaszcza, gdybym wiedziała, że „czas mój jest bliski”. I niekoniecznie musiałyby
to być moje ostatnie dni życia . Może po prostu wyjazd gdzieś daleko, na bardzo długo?
Cieszyłabym się na to spotkanie i wspólną ucztę, choć w sercu zapewne byłby smutek wynikający z wizji rozstania.
A gdybym tak jednak wiedziała, że wśród tych, których zaprosiłam będzie ktoś, kto
już wkrótce zawstydzi się przyjaźni ze mną i nie przyzna się, do tego, że mnie zna?
Byłoby ciężko….
A co, jeśli miałabym też świadomość, że jeden z przyjaciół okaże się zdrajcą?
Czy umiałabym usiąść z nim przy jednym stole, podzielić się chlebem? Wątpię.
Obawiam się też swojej reakcji na jego jawne przyznanie się do planów względem mnie.

Wobec tego, co stało się wieczerniku i wobec moich podejrzeń względem mojego zachowanie przypominają mi się inne słowa Jezusa zapisane przez ewangelistę:
„Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5,44).

To takie nowe, dzisiejsze spojrzenie na słowa Ewangelii tyle już razy przecież słyszane.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Przy stole z nieprzyjaciółmi została wyłączona

Palmowa…..

palma 2

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Palmowa….. została wyłączona

Chciałabym

Tak chciałabym z Tobą
Pójść tą drogą krzyżową
która w milczeniu każe słyszeć
Rytm Twoich kroków i moje imię
Za rękę, przez wszystkie tej drogi wyboje
Przejść razem – we dwoje

Chciałabym stać się Twoim Szymonem
Twą Weroniką, płaczącą niewiastą
Ponieść Twe lęki, ból i zwątpienie
Otrzeć twarz z potu, każdego cierpienia
Zapłakać z Tobą nad tym, co będzie
Zawsze i wszędzie

Tak chciałabym z Tobą
Pójść każdą krzyżową drogą
Od stacji, do stacji, przez życie
Przez najtrudniejsze dziś i jutro
Przez każdy upadek i wszystkie trwogi
Do końca drogi

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Chciałabym została wyłączona

Moja droga krzyżowa

Ciężar i dramat drogi krzyżowej, jaką przeszedł pan Jezus jest nie do odtworzenia przeze mnie. Biczowanie, popychanie, ciężki krzyż, cierniowa korona w połączeniu z psychicznym obciążeniem, jakim jest wystawienie na pośmiewisko, obelgi i niesłuszne oskarżenie to dramat nie do ogarnięcia przez nas – ludzi dnia dzisiejszego. Owszem, niejeden raz nasze życie nazywamy drogą przez mękę, czy też drogą krzyżową, ale czy zdołalibyśmy zmierzyć się z tym, przez co przeszedł On?

Dzisiaj nad ranem z Ekstremalnej Drogi Krzyżowej wrócił mój przyjaciel. Wyruszał na nią z wielkim zapałem, z ciekawością nowych przeżyć, nowych doświadczeń. Wrócił z ogromem bólu i poczuciem własnej słabości. Sama nie dowierzałam temu, co od niego usłyszałam. Wyszedł pełen wiary we własne siły, a wrócił skruszony wielką słabością.
Kiedy opowiadał mi o olbrzymim wysiłku, zmuszaniu się do postawienia kolejnego kroku, o stanie bliskim omdlenia przypomniałam sobie moją drogę krzyżową sprzed kilku lat.
Nie była to ekstremalna droga krzyżowa, choć po jej przejściu śmiało mogłabym ją tak nazwać.

Wyruszyłam w Wielki Piątek, razem z grupą przyjaciół i zorganizowaną grupą pielgrzymów z koła PTTK. Celem było przejście czternastu stacji drogi krzyżowej wiodącej na szczyt Tarnicy (1346m n.p.m.).

P1030021

Początek trasy, to Ustrzyki Górne. Kawałek po płaskim terenie,
a później przez las w górę, w górę i w górę. Momentami sucho, momentami w błocie.
Przez połoniny porośnięte trawami do kolan. Wokół przepiękne widoki, ale moje oczy patrzyły w dół. Nogi odmawiały posłuszeństwa, brakowało oddechu. Chciałam być dzielna, ale momentami łzy przesłaniały wszystko, a w głowie kołatała się myśl „po co?”. Dlaczego podjęłam się tego wyzwania? Nie miałam siły na rozważania, na kontemplację słów, modlitwę. Kolejne stacje były przede wszystkim chwilą wytchnienia, wyrównania oddechu i uspokojenia rozkołatanego serca. Nie mogę powiedzieć, żebym za bardzo w nich uczestniczyła duchem.  Ciałem tak, ale z każdym krokiem i każda stacją coraz słabszym
i wołającym o litość. Miałam w głowie tylko jedną myśl „niech ta droga już się skończy. Niech już będzie ten szczyt”.
Dotarłam na niego.

P1030040

Szczyt Tarnicy przywitał nas pięknym słońcem i śniegiem. Usiadłam
na ławce i nakarmiona czekoladą poczułam ulgę. Wtedy dopiero zrozumiałam,
ile musiałam z siebie dać, żeby tam być. Dopiero wtedy mogłam zebrać myśli i nie przeklinając samej siebie za podjętą decyzję poczuć, że było warto. Naprawdę było warto. Pokonałam własne słabości, zrozumiałam, co znaczy walczyć z nimi, doceniłam mękę drogi krzyżowej tej sprzed lat.
Nakarmiona nową nadzieją wyruszyłam w drogę powrotną. Krótszym, niebieskim szlakiem. Było stromo, błotniście. Nogi rozjeżdżały się na różne strony. Nadzieja znów zamieniła się w bezsilność. Przede mną tą trasą zeszły już setki osób i niewiele z nich mogło pochwalić się brakiem upadku. Mnie się udało, ale niemal nadludzkim wysiłkiem.
Kiedy dotarłam do samochodu, obiecałam sobie, że już nigdy więcej…
Kolejne dni po mojej drodze krzyżowej, to było leczenie „ran”. Obolałe mięśnie
i nadwyrężone kolano jeszcze długo przypominały mi trasę, jaką przeszłam. Ale z czasem pojawiła się duma. Dałam radę, pokonałam samą siebie. Przeszłam moją drogę krzyżową.
I tylko teraz sama sobie się dziwię, dlaczego przed wyruszeniem na nią zakładałam,
że będzie łatwo? Droga krzyżowa Pana Jezusa nie była przecież spacerem po wzgórzach Jerozolimy.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Moja droga krzyżowa została wyłączona

Weronika nie zbawiła świata

Ona tylko otarła twarz Jezusowi. A jednak ten jej gest znaczył więcej niż mogła przypuszczać. Przetrwał i trwa już ponad dwa tysiące lat.

Czy ja jestem dzisiejszą Weroniką? Czasem wydaje mi się, że tak niewiele mogę. Współczuję, płaczę nad nędzą i chorobą, i czasem nawet pomodlę się w tej czy innej intencji. To wszystko, takie nic, bo nie wyciagam chusty.
Wiele razy tłumaczę sama sobie, że przecież i tak nic nie zmienię. Nie podaruję zdrowia, drugiego życia, domu, pracy czy pieniędzy. Nie uratuję rodziny alkoholika i nie zmienię ubóstwa na bogactwo. Czuję, że jestem za mała, za słaba i niezdolna. A może zbyt wygodna w swoim myśleniu? Może łatwiej mi mówić o współczuciu niż wykonać gest?
Jeden gest Weroniki. Gest, który nie zmieni świata. Zapewne nie wyleczy z choroby, nie da pracy i nie zlikwiduje cierpienia. Ale może przejdzie do czyjejś historii? Może osuszy łzy, sprawi, że droga będzie łatwiejsza, da nadzieję i siłę? Może ktoś poczuje, że chociaż pot zalewa mu twarz i potyka się o każdy kamień, to nie jest sam?
Może… – nie dowiem się, jeśli tego gestu nie wykonam.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Weronika nie zbawiła świata została wyłączona

Misjonarz niejedno ma imię

Ile trwa rok? Od Wielkiego Postu do Wielkiego Postu 🙂
Tak, przecież tak całkiem niedawno pisałam o tym, jak dołączyłam do inicjatywy „Misjonarz na post” https://https://mysliwypowiedziane.blog.deon.pl/2015/02/18/ty-tylko-mnie-poprowadz-tobie-powierzam-ma-droge/ , a minął już prawie rok i rusza kolejna edycja.

Zachęcam WSZYSTKICH do takiej swoistej adopcji serca, do modlitewnego przygarnięcia, zaopiekowania się misjonarzami. Każdy, kto ma otwarte serce, troszkę wytrwałości
i dysponuje odrobiną wolnego czasu (jedyne 40 dni 😉 ) może sam wybrać rodzaj wsparcia. Może to być ofiarowanie modlitwy, cierpienia, dobrowolnej formy postu czy jakiegoś postanowienia. I każdy ma prawo wyboru, czy chce modlić się za zakonnika, siostrę zakonną, osobę świecką, czy też księdza diecezjalnego oraz każdy może wybrać kraj misji, jeśli któryś darzy szczególnym sentymentem.

To tyle z mojej strony. Reszta pod tym adresem: https://misjonarznapost.pl/

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Misjonarz niejedno ma imię została wyłączona

One way ticket

To dla mnie takie normalne, że na co dzień czuję się niemal nieśmiertelna. Wstaję rano, jem śniadanie, wychodzę z domu. Krótkie „pa” i punkt po punkcie odhaczam kolejne zadania do wykonania, by zaraz potem wyznaczać sobie nowe. Czegoś nie zdążyłam?
Nie szkodzi, zrobię to później, może jutro albo pojutrze. Jeszcze zdążę, przecież czas mnie nie goni. A co jeśli goni i nie zdążę?
Ile osób wyszło dzisiaj z domu z myślą, że jak wrócą, to posprzątają, poukładają, ugotują, przeproszą, zadzwonią, napiszą, wyślą, powiedzą? Przecież zdążą, mają czas, nic się
nie stanie. I nie zdążyły. Zamknął im się dzień i wszystko to, co miało być później już nigdy się nie stanie.

Raczej nie mogę przewidzieć własnej śmierci. Nie mogę też dziś pozamykać wszystkich spraw, dokończyć tego, co ma jeszcze trwać, ale mogę tu i teraz pamiętać o tym, że mogę odejść tak jak stoję. Mogę wsiąść do pociągu i będzie to mój ostatni raz. Mogę już więcej nie mieć szansy, żeby dokończyć, zadzwonić, przeprosić, naprawić, powiedzieć….
Mogę nie zdążyć z tyloma sprawami.

Nie chcę tego przeżywać, dramatyzować, żyć w bojaźni i modlić się, żeby tak się nie stało. Ale jednak chcę pamiętać, że lepiej wiązać się z tym, co tu i teraz, niż z tym, co będzie kiedyś. Chcę załatwiać rzeczy ważne na początku dnia, układać kolejkę spraw w hierarchii ważności. Zrobić to, co powinnam, nie odkładając na później i być ukojona myślą,
że dobrze to poukładałam. Chcę być w porządku wobec tych, z którymi wiąże mnie życie.
To taka refleksja, po dzisiejszej katastrofie kolejowej w Niemczech.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania One way ticket została wyłączona