Myślę tak jak Piotr

„Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny”.

To jest chyba moją największą nieudolnością – nieumiejętność przyjęcia tego, że im bardziej grzeszę, z tym większą miłością On na mnie patrzy, tym bardziej chce pomóc, tym bardziej chce żebym została, nie odchodziła. Choć nie kwestionuję tej prawdy, to nie potrafię odnieść do siebie i uwierzyć, że chociaż moje grzechy bardzo Go bolą, to wciąż tak samo mnie kocha. A może nawet bardziej. Tak jak marnotrawnego syna, jak zagubioną owcę…

Kiedy wstyd każe mi odwrócić głowę i kiedy zamykam oczy, żeby nie widzieć Jego pełnego bólu i miłości spojrzenia jestem jak Piotr. Oboje nas zdumiewa Twoja dobroć Panie, Twoje dary, które nam dajesz mimo, że jesteśmy tacy niegodni…

Przepraszam Cię Boże za każdy mój grzech i za słowa Piotra, które gnieżdżą się czasem w moich myślach.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Myślę tak jak Piotr została wyłączona

Chciałabym to zrozumieć

Dzisiaj mam problem.
W dzisiejszym czytaniu (Mk 5,1-20) padają słowa:

„….. Gdy wsiadł do łodzi, prosił Go opętany, żeby mógł zostać przy Nim. Ale nie zgodził się na to, tylko rzekł do niego: Wracaj do domu, do swoich, i opowiadaj im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą. Poszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu wszystko, co Jezus z nim uczynił, a wszyscy się dziwili.”

A takie słowa pamiętam z innego czytania (Mk 7,31-37):

„…….. On wziął go na bok, osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się! Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. /Jezus/ przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali…”

Chciałabym to zrozumieć.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Chciałabym to zrozumieć została wyłączona

Kocha mocniej niż ja

Jestem mamą i wiele razy uśmiechałam się słysząc po raz kolejny słowa: „Ja już nigdy, obiecuję. Będę grzeczny i będę Cię słuchał, ale zgódź się. Proooooooooszę……..
Mamo pozwól, zrób to dla mnie”.
Wiem, że te prośby, deklaracje i obietnice były szczere a postanowienia mocne.
Ale mocne tylko mocą dziecka, które jeszcze nie ma w sobie tyle siły, żeby zawsze w nich wytrwać. Wiedziałam, że niejeden raz polegnie, nie dotrzyma słowa, bo słabość i pokusy będą silniejsze. Ale zawsze z miłością wierzyłam w dobre chęci .

Bóg jest Ojcem. Ile razy uśmiecha się kiedy słyszy moje: „Ja już nidy, obiecuję.
Będę grzeczna i będę Cię słuchała, tylko pomóż. Błagam……. . Boże proszę, zrób
to dla mnie”.
Bóg zna moją przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Widzi to co było, to co jest
i to co będzie. Zna wszystkie moje słabości i wie, kiedy im ulegnę. I wie, że moje mocne postanowienia mają w sobie moc dziecka. Ale mimo wszystko kocha.
Kocha najbardziej. I wciąż na nowo wierzy w moją przemianę, wciąż daje szansę.
Moje obietnice nie są warunkiem Jego miłości. On kocha bezwarunkowo.
Kocha mnie – swoje dziecko niewypowiedzianie mocniej niż ja. Ja, która tak mocno kocham moje dziecko.

*** 🙂 setny wpis 🙂 . Jak to się stało? 🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Kocha mocniej niż ja została wyłączona

Mimo, że to nie jest ten czas

„Zróbcie wszystko cokolwiek wam powie”.

Dziś właśnie te słowa mocno mnie zastanowiły. Jezus nie miał ochoty na cud, to nie był jeszcze ten czas, to nie była Jego sprawa. A Ona wiedziała. Wiedziała, że to jest ta pora, ten moment i że jej syn uczyni cud.

Maryjo, skąd wiedziałaś? Przecież ten cud miał być pierwszym. Nie prosiłaś, nie dyskutowałaś, bo miałaś pewność, że On może, że mimo wszystko zechce… Nie czekałaś na Jego „tak” – zleciłaś cud. Czy to wszystko już wcześniej rozważałaś w sercu?  Powiedz, ile jeszcze innych rzeczy, o których nie wspomniał żaden ewangelista chowałaś na jego dnie?

Kochana nasza orędowniczko….


Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Jeden komentarz

Czy święci mają problemy?

Moje myśli krążą ostatnio wokół tych moich najbliższych, którzy już odeszli. Wciąż czuję ich troskę i opiekę, i uświadamiam sobie dziś, jak bardzo mnie kochali wczoraj.

Dziadek Eugeniusz, który mówiąc niewiele potrafił się przyznać, że każdego dnia modli się za nas wszystkich. Cieszył się nami. Widać to było w jego delikatnym uśmiechu.
Babcia Ola – nie umiała otwarcie przyznawać się do swoich uczuć, ale w jej gestach widać było to, co w rodzinie najważniejsze – miłość i troskę. Dziś, kiedy jej nie ma chyba jeszcze wyraźniej widzę jej oddanie.
Dziadek Józef pozostawił po sobie tyle ciepła w moim sercu… Byłam, nie, właściwie jestem nadal jego pierwszą wnuczką. Pierwszym dziadkowym kochaniem, po którym rodziły się kolejne.
Ania – mój mały aniołek, którego miłości nie zdążyłam poznać. Wiem, że mnie kocha –
po prostu wiem. Kiedyś opowie mi o tej miłości.
I jeszcze Babcia Malutka. Przychodziła zamieniać pieniądze. Wysypywała swoje grosiki
i prosiła, żeby zamienić „na stare”. Nie była moją babcią, ale „adoptowałam” ją, bo… Bo po prostu nie mogłam inaczej. Za każdy gest dobroci odpłacała takim spojrzeniem, po którym czułam się najważniejszą dla niej osobą.

Dziś nie ma ich obok mnie. Ale skoro tak kochali, to przecież tam gdzie są kochają równie mocno. A może nawet mocniej. Może pozbawieni swoich trosk jeszcze bardziej troszczą się o mnie. Moi święci, moi osobiści patronowie.
Wierzę, że osiągnęli upragnione niebo, tylko dręczy mnie myśl, czy moje kłopoty nie odbierają im radości wiecznej?

 

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Czy święci mają problemy? została wyłączona

Babcia Janina

Babcia Janina, zwana raczej babcią Janeczką 25 października 2015 roku skończyła dziewięćdziesiąt lat. Jest naszą radością, miłością i dumą. Wiem, że ona myśli inaczej. Wciąż jej się wydaje, że powinna już odejść, że byłoby nam łatwiej i próbuje zrozumieć, dlaczego tak długo musi żyć….
Ja też nie wiem dlaczego i jak długo jeszcze, ale wiem, że na pewno po coś. I kiedyś się dowiemy, jaki był Boży plan, skoro pozwolił cieszyć się obecnością naszej ukochanej jubilatki na nowo. Oddał ją nam, choć przez chwilę była już u Niego.

Babcia Janina jest córką Marii – tej, która przykuta do łóżka obezwładniającą chorobą
nóg usłyszała „wstań” i wstała. Jest jednym z sześciorga jej dzieci, z których troje umarło
w dzieciństwie. Dziś żyje już tylko babcia. I jest kolejnym ogniwem łańcuszka kobiet naszej rodziny, które w różnych momentach otrzymują od Boga niesłychane łaski, które słyszą „wstań”.
Ta historia miała miejsce w maju 2013 roku. Do tej pory sprawna babcia nagle bardzo podupadła na zdrowiu. Nie wiemy, czy zaczęło się od zatrucia pokarmowego, czy wirusa żołądkowego. Silne odwodnienie będące wynikiem dość ostrego stanu choroby doprowadziło do wielkiego osłabienia, zawrotów głowy, zaburzeń równowagi. Konsekwencją był upadek, silne potłuczenie kręgosłupa i złamanie ręki. Babcia, osoba cicha i jak zwykle w milczeniu znosząca wszystkie swoje boleści nie przyznawała się
jak bardzo cierpi. Jednak zaburzenia gospodarki elektrolitowej dość szybko ujawniły jej prawdziwy stan zdrowia. Zawał był odpowiedzią organizmu na wszystkie braki i słabości. Konieczna była hospitalizacja i udrożnienie naczyń krwionośnych, co pozwolił o na krótkotrwałą poprawę stanu zdrowia. Nie był to jednak koniec problemów zdrowotnych. Jeszcze podczas pobytu w szpitalu miał miejsce kolejny zawał.
Stan był na tyle ciężki, że nie pozwolono nam nawet wierzyć w cud. Cuda w tym wieku
się nie zdarzają. Co prawda, odpowiednia aparatura może wiele pomóc, może przywrócić akcję serca, może podtrzymywać parametry życiowe, ale nie przywróci sprawności umysłowej, nie usprawni funkcji życiowych. Nie u człowieka tak bardzo chorego
i słabego…. Nie u osoby w takim wieku.
Byliśmy przy niej. Pamiętam, że bałam się opuścić salę intensywnej terapii, wiedząc,
że jeśli wyjdę – już jej żywej nie zobaczę. Próbowałam jeszcze znaleźć odrobinę nadziei
w rozmowie z lekarzem dyżurnym. Prosiłam, żeby próbowano ją nawodnić, bo długotrwała biegunka i wymioty doprowadziły do skrajnego wręcz odwodnienia, ale dowiedziałam się, że dołączył się obrzęk płuc. Stan określono, jako beznadziejny. Widziałam to w oczach wszystkich lekarzy i pielęgniarek – odpowiedź na moje nieme pytanie –nie ma żadnej nadziei.

Dlaczego tak dokładnie opisuję stan mojej babci? Dla pełniejszego obrazu tego, że tam gdzie po ludzku nie było nadziei na choćby najmniejszy cud, stał się cud największy.
Po bardzo ciężkiej nocy, w momencie, kiedy czekaliśmy na najtrudniejszą do przyjęcia przez nas informację, dowiedzieliśmy się, że czas jechać na oddział i na nowo powitać naszą ukochaną chorą. Czekała na nas, nie do końca jeszcze świadoma tego, co się z nią działo, ale siedząca na łóżku, oparta o poduszki i ze słabym uśmiechem witająca najbliższych. Na nowo była z nami, choć jakby nieobecna duchem….
Dopiero po kilku dniach babcia opowiedziała to wszystko, co działo się z nią wtedy, kiedy prosiliśmy Boga, żeby ulżył jej cierpieniu.
W najkrytyczniejszym momencie, kiedy lekarze walczyli jeszcze o przywrócenie akcji serca znalazła się w innym świecie. Mówiła o szumie, błogostanie, światłości i o tym, jak dobrze było, kiedy nie czuła żadnego bólu i słabości. Nie trwało to jednak długo. Ten cudowny czas został przerwany. Usłyszała głos mężczyzny, który mocno, wyraźnie, patrząc w jej kierunku powiedział, że w tej godzinie, na Jasnej Górze wszyscy modlą się w intencji… Odwrócił się na chwilę poza siebie i powtórzył „w intencji…”. Nie wypowiedział jej imienia, ale babcia zrozumiała, że chodzi o nią. Ten głos – jak wspomina babcia – rozchodził się jakby z radia. Mężczyzna ubrany był według jej relacji w białą marynarkę, zapinaną bezpośrednio pod szyją, z wieloma guzikami. Widziała go, chociaż widzieć przecież nie mogła. Mimo, że umiała powtórzyć każdy szczegół tej postaci, nie wiedziała kim był mężczyzna – postać niepełna, bo widziana tylko w połowie, jakby jej popiersie.
Kiedy głos ucichł i postać zniknęła, babcia usłyszała kobiecy głos „mamy ją”, wątpliwości drugiej osoby i odpowiedź „sam zobacz”. W tym momencie serce podjęło swoją czynność.

Kiedy tylko babcia odzyskała odrobinę sił, a było to niemal natychmiast, pewna,
że tę postać musiał widzieć jeszcze ktoś poza nią, pytała o to pielęgniarki. Pytała nawet,
czy może było w tym czasie włączone radio, ale na obydwa pytania dostała odpowiedź przeczącą. Jedyną odpowiedzią, tym razem naszą, było to, że dokładnie w tym czasie,
w Częstochowie, przed obrazem Matki Bożej, na prośbę naszej krewnej – siostry Teresy, urszulanki modlono się w intencji babci.

Powrót do życia, po tym wszystkim nie był łatwy. Był płacz, były pytania o to, dlaczego nie pozwoliliśmy jej odejść i był żal o to, że tak gorliwie były nasze modlitwy. Dużo czasu zajęło jej zaakceptowanie tego, co się stało. Miała jednak cel – znaleźć odpowiedź na pytanie –
kim był mężczyzna, którego widziała w szpitalnej sali, mężczyzna w białej marynarce?
Wciąż nie umiała rozpoznać tej postaci.
Odpowiedź przyszła po roku. W dniu kanonizacji Ojca Świętego Jana Pawła II babcia oglądała liczne wspomnienia związane z jego osobą. Jeden z obrazów, jakie pokazywano dokładnie odpowiadał temu obrazowi jaki zapamiętała ze szpitala. To był on – Jan Paweł II, mężczyzna w białej marynarce.

Wiele razy słyszałam z ust babci opowieść o tym, co się wydarzyło w tych najkrytyczniejszych momentach. Za każdym razem widziałam w jej oczach łzy. Nie wiem, czy radości, czy raczej żalu za tym rajem, z którego powróciła. I za każdym razem uderza mnie spójność jej wspomnień. Nie ma tam słów „chyba”, „może” – jest pewność, co do tego, co przeżyła, co widziała i słyszała. Nie ma też elementów nowych – za każdym razem odtwarza to wszystko tak jak w swojej pierwszej opowieści.

Dziś babcia cieszy się dobrym zdrowiem. Po długim, naznaczonym jeszcze cierpieniem
i problemami zdrowotnymi leżeniu w łóżku, po roku stałego cewnikowania nastąpił przełom. Cewnik odłączono, co nie rokowało sukcesu, a jednak udało się. Babcia chodzi pomagając sobie balkonikiem, czyta niewiarygodnie dużo książek, robi na szydełku serwetki i na drutach maleńkie ubranka dla swej kilkumiesięcznej prawnuczki.
Nigdy nie zapomnę, jak narzekała na sprawność swoich palców robiąc na pięciu drutach rękawiczki dla noworodka. Ja sama nie podjęłabym się takiego wyzwania, a ona z zawstydzeniem przepraszała za swoją mniejszą sprawność.
Zawsze można z nią podyskutować o zawodach sportowych, które ogląda w telewizji.
Wie, jakie są osiągnięcia naszych skoczków narciarskich, pamięta ich wyniki, nazwiska konkurentów. Ogląda mecze siatkówki, piłki ręcznej, zawody w narciarstwie biegowym. Wie, co się dzieje u każdego z członków rodziny, choć ma nas wszystkich całkiem sporą gromadkę – pięcioro dzieci, szesnaścioro wnucząt i dwadzieścia dwoje prawnucząt.
Wiele się za nas modli, troszcząc się o nasze zdrowie i pracę. I wciąż powtarza, że żyje
teraz nowym, drugim życiem, które otrzymała w maju 2013 roku.
Cudowna, wspaniała, wrażliwa, kochana babcia.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Babcia Janina została wyłączona

Marketing kościelny

Dlaczego taki tytuł? Podobno najkrótsza definicja marketingu brzmi „zaspakajać potrzeby, osiągając zysk”. Odniesienie do Kościoła nie jest może właściwe, ale przyglądając się temu jak wiele oferuje nam on obecnie, pomyślałam, że najwyraźniej istnieje konieczność przyciągnięcia ludzi. Jak? A no właśnie – zaspokajając ich potrzeby. A zysk? Myślę,
że chodzi o zysk obustronny, z dużym naciskiem na to, że dla nas – wiernych większy.
Do refleksji nad tym tematem skłoniło mnie pytanie, jakie nie tak dawno zadał mi pewien ksiądz. Zapytał, co moim zdaniem można byłoby zrobić, żeby do Kościoła przyciągnąć młodzież? Jaką zorganizować akcję, jaką formę spotkań czy działalności im zaproponować?

Kościół w każdej wiosce, rekolekcje na każdy temat, w radio, telewizji, Internecie. Spora liczba katolickich rozgłośni, ogólnie dostępna prasa, portale o wierze, wieczory uwielbień, spotkania z charyzmatycznymi kapłanami, msze o uwolnienie i uzdrowienie, noce konfesjonałów. To wszystko dla nas, żebyśmy zbliżyli się do Boga. I jeszcze ogrzewanie
w kościołach na zmianę z klimatyzacją wraz z filcowymi podkładkami pod nasze „siedzenia”, żebyśmy tylko nie narzekali, że marzniemy.
Kościół otwiera się na nasze potrzeby, wychodzi do ludzi. Przybliża się tak bardzo,
że spełnia niemal wszystkie nasze oczekiwania, oczywiście oprócz tych, które mierzą
w dogmaty i Katechizm Kościoła Katolickiego. My jednak patrząc na to wszystko trwamy jakby w bezruchu. Z pobłażliwością właściwą temu, kto przyjmuje to, co mu się należy bierzemy i dalej podwyższamy poprzeczkę.  Odwracamy się na pięcie, odchodzimy
nie okazując wdzięczności i wciąż doszukując się tego, co jeszcze można byłoby zmienić, ulepszyć – żebyśmy bardziej chcieli przyjść, posłuchać i poczuć, że to wszystko dla nas. Mamy wszystko, ale wciąż jakby za mało. Przekora, czy przesyt?

Trochę gubię się w myślach, kiedy próbuję ocenić, co jest lepsze dla naszej wiary – niedosyt czy nadmiar. Co pomogłoby nam jej przymnożyć, skoro tak jesteśmy odporni na ten kościelny marketing? Myślę o nas, którzy mamy wszystko i o tych, którzy do kościoła maszerują kilka kilometrów, dla których uczestnictwo w nabożeństwie w kościele jest przywilejem. Również o tych, do których ksiądz nie dociera z ostatnim namaszczeniem
z powodu dużej odległości i braku telefonu. Myślę także, jak wielką mieli w sobie wiarę ci, którzy lat temu trochę z ufnością patrzyli na jedyny wiszący w domu krzyż oraz ci, którzy
w obozach koncentracyjnych z okruchów chleba sklejali paciorki różańca.
Dziś, kiedy święte obrazy można kupić na odpustowych kramach, a wizerunki kolejnych papieży w dworcowych poczekalniach, to szacunek dla nich jakby zmalał. Krzyżyk na szyję, czy różaniec nie jest wymarzonym prezentem i wielu z nas przechowuje po kilka ich egzemplarzy w domowych szufladach. Korzystamy z nich też jakby mniej. Różaniec odmawiamy licząc na palcach, a krzyżyk na szyję zakładamy wtedy, kiedy pasuje do kreacji. Wizerunki świętych chowamy do książeczek, bo często nie wiemy, co robić z ich nadmiarem….

Owszem, uogólniam. Są przecież wśród nas i tacy, którym nie straszne byłyby odległości
i mróz w kościele i tacy, którzy nigdy nie zdejmują z szyi medalika. Tylko, że tych jakby mniej.
Kiedy przyglądam się sytuacji prześladowanych chrześcijan, afrykańskiej ludności wędrującej niebezpiecznymi drogami, żeby dotrzeć do misji i kiedy słucham opowieści znajomego kapłana o tym, z jak wielką radością mieszkańcy syberyjskiego miasteczka przyjęli jego przyjazd i fakt, że wreszcie, po długim czasie będą mogli otworzyć drzwi swojego kościoła, to zastanawiam się, co musi się wydarzyć, żebyśmy docenili to,
co posiadamy? Co musi się stać, żebyśmy odzyskali szacunek dla kapłanów i zauważyli otwarte drzwi kościoła? I żebyśmy wrócili do źródła – do tego, że tam jest Bóg, i że to nam powinno zależeć, żeby do niego przyjść. Dla naszego dobra, naszego zysku.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Marketing kościelny została wyłączona

…Bóg w dom

Kiedy zaraz po zwiastowaniu Maria udała się do swej krewnej Elżbiety, ta przywitała
ją słowami: „A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?”.
Dlaczego piszę o tym dziś?
Ostatnio wspominałam, jak pięknymi słowami zostałam zaproszona do pewnego domu.
Z ust gospodyni padło wtedy: „Gość w dom – Bóg w dom”.
Do tej pory zdanie to było dla mnie właściwie nic nie znaczącym staropolskim powitaniem. Rzadko dziś słyszanym, rzekłabym, że wręcz zapomnianym. Wtedy jednak, wypowiedziane z ogromną szczerością naprawdę mocno zapadło mi w serce. Do tego stopnia, że w myślach bardzo często do niego wracam.
I stało się tak, że dzięki tym powrotom nagle odkryłam dla siebie coś nowego.
Odkryłam, że Maria była dla Elżbiety gościem, który przyniósł do jej domu Boga.
Gość w dom, Bóg w dom……
To zdanie miało swój początek tam – w domu Elżbiety i Zachariasza. Piękne.

***********************************************************************************
Chciałabym umieć traktować każdego gościa z otwartym sercem. I nie zamykać mu drzwi, bo pod jego sercem może ukrywać się Bóg, który właśnie chce do mnie przyjść.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania …Bóg w dom została wyłączona

Gość w dom….

Tak się ostatnio dzieje, że poznaję wiele nowych osób. Spotykam się z nimi w różnych miejscach. I w związku z tym mam okazję zobaczyć, porównać to, jak wiele znaczy dla tych osób obecność Boga w ich życiu.

W ostatnich dniach byłam u pewnego małżeństwa żyjącego w skrajnym wręcz ubóstwie. Nie umiem nawet oddać tego, co tam zobaczyłam. Fakt, częściowo ich bieda wynikała zapewne ze swego rodzaju niezaradności. Ale ich podejście do życia, zadowolenie z tego wszystkiego, co mają było wręcz niewiarygodne. No, bo jak człowiek, który żyje w kurnej chacie, w jednym pokoju-kuchni, bez łazienki, ogrzewa dom piecykiem–kozą ustawionym na środku tego pomieszczenia, utrzymuje trzy osoby z jednej niewielkiej emerytury może być wręcz zaraźliwie zadowolony ze swego życia? Jak zapytany, czy wystarcza mu to,
co posiada może odpowiedzieć, że tak? I nic nie chce zmieniać. Kocha swój dom, swoją biedę, której nie nazywa biedą, bo jej nie zauważa i cieszy się z tego, co ma.
Zapytałam, skąd taka radość życia, skąd zadowolenie z tego, co prawie nie wystarcza? Otrzymałam odpowiedź, że jeśli żyje się z Bogiem, codziennie uczestniczy we mszy
świetej (bagatela – idąc do kościoła trzeba zejść z jednej niemałej górki i wspiąć się na drugą), modli się i oddaje życie i zdrowie Panu Bogu, to nic naprawdę nie potrzeba – to wystarcza. Czy w to uwierzyłam? Patrząc na nich – tak. Patrząc na siebie – jeszcze nie.

I druga odsłona. Odwiedziłam pewną panią w podeszłym już wieku. Kiedy zapytałam,
czy mogłabym zająć jej trochę czasu i czy nie przeszkadzam, usłyszałam, że wręcz przeciwnie. Powiedziała zdanie, którego nie słyszałam już dawno od nikogo:
„Gość w dom, Bóg w dom”. Czy ktoś oprócz tej Pani jeszcze tak myśli?
Rozmawiałam z nią ponad dwie godziny. To była moja praca, ale wyszłam z tego domu
tak wzmocniona i ubogacona, jakbym odbyła osobiste rekolekcje. Niesamowita dobroć, empatia i otwarcie na drugiego człowieka, umiejętność dzielenia się tym, co się ma (a miała bardzo niewiele), przyjmowanie tego, co niesie los z ogromną wręcz pokorą i siła do znoszenia tego, co po ludzku nie do ogarnięcia – te wszystkie cechy zdążyłam zauważyć podczas naszego spotkania. Podzieliła się ze mną wskazówkami na życie, które sama otrzymała lub odkryła.
Jej życie było w wielu momentach bardzo trudne, doświadczało ją bardzo boleśnie. Mogłoby starczyć dla wielu. Jednak to, co mnie uderzyło w jej wypowiedziach, to mocna świadomość tego, że zmartwień nie można rozpamiętywać. Trzeba wszelkie bóle
i cierpienia ofiarować Bogu i żyć w zgodzie ze sobą i z ludźmi. Niby takie oczywiste,
a jednak odkrywcze. Dodatkowo poparte przykładem niesamowitej pogody ducha, uśmiechu i spokoju jaki roztaczał się wokół osoby tej Pani.
Na koniec naszego spotkania powiedziała, że pewnym drogowskazem w jej życiu są słowa, które przed laty wylosowała dla siebie podczas spotkania opłatkowego: „Bądź przykładem dla innych”.
Dwie godziny spotkania, nowa znajomość, a tak zapadła w serce. Mogłabym wiele jeszcze
o tej Pani opowiedzieć, ale dodam może tylko jedno. Kiedy opowiadała jak ktoś bardzo źle potraktował młodą żonę, synową, nowego domownika powiedziała znamienną rzecz:
„Jak można tak traktować czyjeś dziecko? Kogoś, kogo matka nosiła na rękach, przytulała, całowała i oddała wierząc, że będzie dobrze traktowane. Dziecko, które było jej całym światem”.
Pomyślałam wtedy o starszych osobach, ludziach w domu starców, z różnych przyczyn osamotnionych. Czy zawsze dobrze ich traktujemy? Dlaczego najczęściej zapominamy
o tym, że to jest czyjaś ukochana matka, ukochany ojciec i pozwalamy sobie na oschłość, obojętność, może nawet lekceważenie?
Wszyscy jesteśmy czyimiś dziećmi – ukochanymi. I we wszystkich trzeba to dziecko dostrzegać, niezależnie małe, czy duże. A może już całkiem stare i niedołężne. Dziecko rodziców i dziecko Boga.

 

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Gość w dom…. została wyłączona

Czekam

Tak się złożyło, że zaraz po mojej Pierwszej Komunii Świętej zmieniliśmy parafię.
Od tego czasu nie miałam okazji odwiedzić kościoła, w którym miało miejsce moje pierwsze pełne uczestnictwo we mszy św. Miałam w sobie ogromną chęć powrotu
do tamtego miejsca. Wróciłam, ale chyba trochę żałuję. Trafiłam na mszę, która pozostawiła po sobie ogromny niedosyt. Odprawiona szybko, byle jak, bez jednej chwili
na ciszę, na zatrzymanie się.

Jest taki moment podczas eucharystii, kiedy ksiądz unosi hostię, a później kielich mówiąc „oto ciało…, oto krew…” – dla mnie jest to chwila szczególna, najpiękniejsza. Pokazanie wiernym cudu przemiany. Chwila zatrzymania, te kilka sekund, kiedy kapłan unosi ciało
i krew daje mi zawsze możliwość spotkania, powiedzenia Bogu kilku słów, patrząc tak naprawdę w ciszy na to, co staje się moim udziałem. Podczas wspomnianej mszy zabrakło mi tego. Kapłan uniósł i opuścił ręce tak, jakby był to ciężar nie do uniesienia.
Coś mnie ominęło, coś uciekło, zatęskniłam…
Wiem, nie każdy przeżywa tak samo. Ktoś inny tego nie zauważył, komuś nie przeszkadza, ale ja wyszłam z kościoła z pewnym żalem i „siedzi” to we mnie, powraca w myślach
i jednocześnie odnosi do innych wspomnień i innych księży.

Jeden ze spotkanych na mojej drodze kapłanów podzielił się ze mną swoim bardzo osobistym przeżyciem. Wraz ze swoim przyjacielem koncelebrował Mszę, podczas której miał miejsce cud eucharystyczny. Nieupubliczniony – nie pozostawił dowodów. Miało to miejsce w trakcie przeistoczenia. Biały komunikant po słowach konsekracji zabarwił się
na czerwono – podłużny pasek przez środek hostii. Wypowiadając słowa „oto Baranek Boży…” kapłan sprawujący tę eucharystię patrzył na cud. Świadek tego zdarzenia, ksiądz koncelebrujący potwierdził jego prawdziwość. Zdumienie spowodowało, że sprawdzili pozostałe komunikanty i na żadnym z pozostałych nie było nic.
Ten cud postawił mnie przed pytaniem „po co?”. Dlaczego Pan Bóg sprawił, że właśnie
w tamtym momencie i przed tamtymi kapłanami objawił swoją wielkość, prawdziwość
i moc? To z pewnością zostanie Jego tajemnicą, ale wierzę, że tych dwóch księży ustrzeże przed pośpiechem i rutyną. Wierzę, że w myślach i sercu będą wracali do tego wydarzenia, i będzie ono umacniało ich wiarę oraz pokorę.

I jeszcze jedno wspomnienie – też związane z przeżyciami pewnego księdza.
Kiedy rozmawialiśmy swego czasu o tym, czym jest dla nas Eucharystia, powiedział,
że jest dla niego Bożym Narodzeniem. Za każdym razem, kiedy w niej uczestniczy,
bądź ją sprawuje czuje się tak, jakby ponownie przychodził Bóg, jakby na nowo rodził się
w jego sercu. Ten sam, który za chwilę ma się narodzić w Betlejem. Ten, który już przyszedł, który zostawił nam swoje ciało i krew, który zbawił świat przez swoją śmierć.
On przypomina mojemu znajomemu, że od tego się zaczęło – od Jego narodzenia – wtedy, w stajence i teraz w naszych sercach. I kiedy Bóg, podczas Eucharystii przychodzi do mnie w postaci chleba i wina, to wciąż na nowo we mnie się rodzi.
Ktoś mógłby zapytać jak to jest, że mimo, że On się już narodził, to my wciąż, od lat,
co roku przeżywamy adwent, oczekiwanie? Cóż, na pewno jest to rodzaj przypomnienia, umocnienia, świętowania po raz kolejny, ale dla mnie jest to jakby wymiar ponadczasowy bożej potęgi. On był, jest i będzie. Choć się narodził, wciąż rodzi się na nowo. Chociaż umarł, śmierć Go nie pokonała i żyje. Chociaż niewidoczny, to wciąż z nami jest i nie przemija.
I mimo, że za mną już wiele adwentowych oczekiwań, to nadal na Niego czekam
i szukam Go tam, gdzie już znalazłam.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Czekam została wyłączona