Ogień, który niszczy i buduje

Dziś niełatwe dla mnie słowa: „Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę, ażeby już zapłonął” (Łk 12,49-53).
Wyobrażenie ognia przynosi wiele skojarzeń – z jednej strony potężną niszczycielską siłę,
a z drugiej siłę dzięki której możemy żyć, dającą ciepło i ukojenie. Jaki ogień chce rzucić na ziemię Chrystus?
Nie jestem teologiem i czasem tak trudno mi zrozumieć to, co pewnie dla innych jasne
i oczywiste. Ale im coś trudniejsze, tym bardziej we mnie rezonuje, niepokoi dopóki
nie rozświetli całości jakaś myśl. Tak jest właśnie z dzisiejszą ewangelią.

Obejrzałam niedawno film – świadectwo Artura. Kościół omijał staranie przez 30 lat i żył tak jakby Boga nie było. Był członkiem zorganizowanej grupy przestępczej, wyłudzał pieniądze. Przez długi czas jego życie naznaczone było narkotykami, pornografią, alkoholem, imprezami. W końcu trafił na siedem lat do więzienia. Stracił wszystko – żonę, kolegów, pieniądze. Przeklął za to Boga i zwrócił się w stronę szatana. Tam szukał swojej pociechy.  Było jednak coraz gorzej, bez nadziei. W jego życie wkraczały dziwne nawiedzenia, smętne głosy i szare zjawy. Był na dnie. I wtedy w swej bezsilności
i samotności zawołał „Jeżeli jesteś Boże, to mi pomóż”. Po tym zawołaniu, pewnego dnia poczuł, że ogromnie pragnie pójść do kościoła. Nie rozumiał dlaczego, co się dzieje.
Był tam, a w głowie zadawał sobie pytanie –„co robię w kościele – ja, niewierzący, ćpający, chlejący, przepuszczający pieniądze?”. Jednak potrzeba bycia w tym miejscu, była tak wielka, że w kościelnej ławce przesiadywał godzinami. Po kilku dniach poczuł, że chce się wyspowiadać. W konsekwencji kolejne tygodnie i kolejne zdarzenia doprowadziły go
do momentu, w którym zaczął się modlić. Pewnego dnia, klęcząc z rozłożonymi rękoma
i wymawiając słowa „przyjdź Duchu Święty” poczuł, że płonie żywym ogniem. Całe ciało owładnięte było ogniem ale takim, który nie spalał. Płomienie oczyszczały go aż do momentu w którym odczuł, jak bardzo Chrystus go kocha, jak kocha każdego z nas.
Od tamtej pory jego życie całkowicie się zmieniło, gdyż  jak sam mówi, poznał żywego Boga. Boga, który wypalił wszystko to, co niszczyło: narkotyki, alkohol, nieczystość
i w zamian dał nowe serce.
Dziś Artur jest bratem Franciszkiem we Franciszkańskim Zakonie Świeckich i wierzy,
że Bóg wybrał go do tego, żeby ewangelizował. I zapewne tak jest, bo jak to pięknie ktoś powiedział, że aby zapalać innych, samemu trzeba płonąć. Żeby ewangelizować, trzeba ewangelią żyć.

Jeżeli Jezus pragnie rzucić na ziemię właśnie taki ogień – płomienie które wypalą brud, oczyszczą i wzniecą nowy, czysty żar, to już nie dziwi mnie Jego pragnienie. Tęsknota
za tym, żeby stało się to jak najszybciej. W każdym człowieku, w każdym z nas.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Ogień, który niszczy i buduje została wyłączona

Okradzeni

Paradoks naszych czasów polega na tym, że chyba jeszcze nigdy nie mieliśmy tylu możliwości zabezpieczenia się przed złodziejem, co dziś. Mamy konta, lokaty a do nich zaszyfrowane podpisy, kody i piny, w domach rolety, ochronę, mury, bramy i psy obronno- -stróżujące. A mimo to dajemy się okraść i to z najlepszej części, jaką posiadamy.
Z największego skarbu.

„Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie”.

Czym jest czuwanie? Bardzo mocno czuwanie kojarzy mi się z czujnością. Z jednej strony
z oczekiwaniem, a z drugiej z pewnego rodzaju wrażliwością na to, co dzieje się wokół.
Miałam ciocię, kobietę, która nie mając własnych dzieci, skupiała całą swoją uwagę na nas – dalszej rodzinie. Ze względu na odległość i wtedy (wiele lat temu) dość utrudniony kontakt telefoniczny nie mieliśmy z nią stałego i częstego kontaktu. Ale zawsze wtedy, kiedy była taka możliwość odwiedzaliśmy ją i jej męża, zjawiając się najczęściej bardzo nieoczekiwanie. Byłam wtedy małym dzieckiem, ale przy każdej wizycie nurtowało mnie pytanie: „skąd ciocia wiedziała, że przyjedziemy?”, bo zawsze była przygotowana.
W zakręcanych słoiczkach miała własnoręcznie przygotowane ciasteczka. Ona nas oczekiwała.

Czy my – chrześcijanie potrafimy czuwać, czekać na to, co jest nam obiecane? Czy jesteśmy czujni i przygotowani? Część z nas zapewne tak, ale mam wrażenie, że często w swojej chrześcijańskiej drodze „zasypiamy” i wpadając w pewnego rodzaju letarg tracimy czujność. Nie rozwijamy się w naszej wierze – nie jesteśmy przygotowani na to, co dzieje się wokół. Siedzimy w półmroku gasnących lamp i zapominając o zapasach oliwy zapominamy też o tym, co dla nas najważniejsze. O tym, że tak żyjąc łatwo damy się zaskoczyć.
I tak się też dzieje. Złodziej przychodzi po cichu. Najpierw podrzuca nam wątpliwości, sieje niepokój, przekłamuje prawdy, wykrzywia rzeczywistość. A później podsuwa pseudowartości, ukazując je w kolorach, których nam zaczyna brakować.  I gubimy się
w gąszczu trudnych prawd, ataków i skandali. Pod lupę bierzemy wcześniejsze autorytety,
bo w tej naszej ciemności, zaskoczeni i nieprzygotowani bardzo łatwo dajemy sobie odebrać to, co ważne – naszą ufność, nadzieję i czasem nawet wiarę. Ktoś zabiera nasz skarb, bo straciliśmy czujność, zasnęliśmy na czuwaniu.
Gdzie będzie nasze serce, jeśli całkowicie ten skarb utracimy? W czyich rękach?
„Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze”.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Okradzeni została wyłączona

Chciwość to ja

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił
ze mną spadkiem”. Lecz On mu odpowiedział: „Człowieku, któż Mnie ustanowił nad wami sędzią albo rozjemcą?” Powiedział też do nich: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy
od jego mienia”. I opowiedział im przypowieść: „Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał w sobie: „Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów”. I rzekł: „Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe moje zboże i dobra. I powiem sobie: Masz wielkie dobra, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!” Lecz Bóg rzekł do niego: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, co przygotowałeś?”
Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga”.
(Łk 12, 13-21)

************************************************************************************

Przypowieść o chciwości. Tak pomyślałam, czytając ją pierwszy raz. Ale sięgnęłam do niej  jeszcze kilka razy. Tak mnie kiedyś nauczono – czytać kilka razy i szukać słów, które dotkną serca. Wczytywać się w znane treści, wciąż doszukując się tego, co w danej chwili jest dla nas najpotrzebniejsze i najcenniejsze.

Oto człowiek, który idzie za Jezusem, by nakłonić go do stanięcia po jego stronie w sporze
o majątek: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”.
I Jezus, który odmawia, stawiając proste pytanie: „Człowieku, któż Mnie ustanowił nad wami sędzią albo rozjemcą?”.
To pytanie uderzyło mnie najbardziej. Ten, który ma wszelkie prawo, by uważać się za nieomylnego w sądach uznaje, że nikt nie ustanowił go sędzią w tej sprawie.
A ja, a my? Sędziów u nas pod dostatkiem. Nie tych tytułowanych, lecz samozwańczych. Jednocześnie ekspertów w każdej dziedzinie. Rzadko mamy refleksję, która wybrzmiewa
w odpowiedzi Chrystusa. Ocena postępowania, moralności czy wyglądu drugiego człowieka nie przysparza nam żadnych trudności. Nie mając kompetencji ale przede wszystkim takiego prawa jednocześnie nie mamy oporów przed osądzaniem.
Początkowe słowa nauczania Jezusa, to dla mnie taki kubeł zimnej wody: „uważajcie
i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet, gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy od jego mienia”.
Ta chciwość to ja. To moje dążenie do nieomylności,  do tego, żeby mieć zawsze rację.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

I znowu śnią mi się dzieci

Od dwóch tygodni, prawie codziennie.

Pamiętam jak kilka lat temu mentalnie przygotowywałam się do zmiany pracy.
Czułam wtedy niezrozumiale dla mnie przynaglenie do zrobienia tego kroku i jednocześnie wewnętrzną potrzebę do zmiany. Chodziło o to, że nie chciałam już trwać w tym miejscu,
w którym byłam. Gniotło i uwierało, uświadamiając mi, że to ślepa uliczka – dalej nie ma już nic. A ja potrzebowałam po pierwsze świeżości, po drugie rozwoju, a po trzecie poczucia, że to co robię ma sens. Szukałam, rozmyślałam, wsłuchiwałam się w siebie
i różne takie tam. To nie był czas realnego szukania pracy. Było to raczej szukanie w sobie odpowiedzi na pytanie, w którą stronę chcę iść. Jedno kryterium było dla mnie jasne – nie chcę robić byle czego. Na to za późno. Chcę robić coś, co będzie mną. Coś, do czego będę przekonana, w co będę chciała inwestować swój czas i energię.
Chciałam, żeby praca była dla mnie radością i spełnieniem. Niektórzy mówią, że praca powinna być przyjemnością. Tylko wtedy naprawdę żyjemy. A niektórzy twierdzą nawet,
że jeśli robimy to co lubimy, to tak naprawdę nie pracujemy 🙂 .
Ten czas poszukiwań trwał bardzo długo. Rozważania były tylko mętlikiem, który czasami rozświetlały jakieś promyki. Miewałam też takie uderzenia w głowę, jak Pomysłowy Dobromir (dla nieznających – dobranockowy serial z lat ’70) i genialne przebłyski,
po których już na pewno wiedziałam co chcę robić. Czas weryfikował moje wynalazki.
I wtedy zaczęłam się modlić o znak, o odpowiedź na moje pytania. Był to okres, w którym szczególnie skupiłam się na tym, żeby słuchać i słyszeć a jednocześnie odkrywać swoje talenty.
Z tymi talentami to też taka ciekawa historia, bo po prostu przypominałam sobie to wszystko, czego się nauczyłam „po drodze”. Punktowałam to w myślach, jednocześnie nadając mu jakąś rangę.  I tak powstała całkiem ciekawa lista rzeczy, które – patrząc
z boku – po prostu zaprzepaściłam. Gitara, prawo jazdy, dyplom całkiem fajnej uczelni itp.
Mając już za sobą ten bilans zysków i strat, podlany jeszcze moim ówczesnym życiowym credo, które brzmiało – lepsze jest wrogiem dobrego – poczułam, że to wszystko mnie już nie uwiera. To mnie po prostu rozsadza!
Znając siebie i swoje (ogromne) lęki przed „nowym”, wzmacniane moją niewiarą w swoje możliwości wydrukowałam sobie zdanie, które było i nadal jest moim paliwem: „Błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi”. Zaczęłam jeszcze bardziej wołać o pomoc z nieba, żeby zdążyć odnaleźć swój wymarzony szlak.
I wtedy zaczęły mi się śnić dzieci.
Trwało to długo. Nawet bardzo długo. Nie codziennie, ale kilka razy w tygodniu, przez kilka miesięcy budziłam się z pytaniem – o co chodzi?
Najpierw powoli, jak w „Lokomotywie” Tuwima, zaczęłam dostrzegać kierunek. Później coraz częściej i coraz szybciej kojarzyłam zdarzenia, które były dla mnie znakami.
Aż w końcu nadszedł dzień, w którym skoczyłam na główkę. Moja decyzja, patrząc na to nawet z dzisiejszej perspektywy była dość odważna. Nawet teraz uśmiecham się sama do siebie, wspominając moją pewność siebie na rozmowie kwalifikacyjnej. Pamiętam jak wychodząc z niej pomyślałam: „Kto jeśli nie ja?” (czy na tej rozmowie to byłam na pewno ja, czy ktoś mnie podmienił?).

Dziś jestem w miejscu, w którym chcę być. Robię to, co naprawdę lubię. I choć jest to trudne, nawet bardzo, to dodaje mi sił. Widzę sens, chociaż owoców pewnie długo nie zobaczę. Nie muszę się motywować, bo sama praca jest motywacją.
O co więc chodzi z tymi snami? Z ogromna ciekawością spoglądam w przyszłość.
Co tam  jeszcze Panie Boże dla mnie szykujesz?

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania I znowu śnią mi się dzieci została wyłączona

rozdział 50

Czy ja jestem optymistką? Nie wiem. Są momenty, w których widzę tylko czarne chmury
i chwile, kiedy mam ochotę zwinąć się w kłębek, ukryć gdzieś za szafą i udawać, że mnie nie ma. Ale tak naprawdę, jeśli tylko mocno dmuchnę, to potrafię rozgonić te chmurzyska
i między nimi zobaczyć światło (prawie zawsze). To może jednak jest to optymizm? A może siła, którą mam, ale nie doceniam? A może moje Anioły dbają o ten róż nad moją głową?

Wczoraj rozpoczęłam kolejny, 50 rozdział życia. Nie miałam pomysłu, jak spędzić
ten dzień. Jakoś tak spontanicznie przyszedł mi do głowy pomysł, żeby pojechać
do Częstochowy i znaleźć się (jak to z uśmiechem na ustach ujęłam) na „audiencji
u Królowej”. To był dobry pomysł. Przebywając tam, modląc się w kaplicy, milcząco wpatrując się w Cudowny Obraz czułam się jak w domu. Były we mnie spokój, nadzieja, wytchnienie. Taki niecodzienny stan, rzadko obecny w moim zabieganiu i lęku o tak wiele. Nie śpieszyłam się. Miałam czas na zatrzymanie się i myślenie. O czym? No właśnie –
o sobie, o tym kim byłam i kim jestem. O moich czterdziestu dziewięciu latach życia.
To nie był rachunek zysków i strat, ani nawet rachunek sumienia. Wolno przepływające myśli kreśliły raczej mój własny wizerunek i jednocześnie niosły niebywałe ukojenie. Poczułam się sobą. Nie kimś, kto chce sprostać oczekiwaniom innych i nie kimś, kto siebie ocenia zawsze zbyt surowo. Odkryłam, że mogę kochać siebie taką jaka jestem
i odkryłam, że wreszcie to przyjmuję – siebie z wadami, potknięciami, lękami.

Przez te kilka godzin na Jasnej Górze moje myśli wracały do tego, co było kiedyś.
Do dziecka, do dziewczyny, jaką byłam. Przypomniałam sobie marzenia, dziecięcą ufność
i otwartość. Zajrzałam do serca, w którym przechowuję najcenniejsze myśli i chwile, przy okazji zatrzymując się nad tym ile dostałam. Patrzyłam na siebie jakby z boku, z pewnej perspektywy. I wróciłam do siebie. Nie wiem jak to się stało. Zresztą nie to jest najistotniejsze. Najważniejsze jest to, że z ogromna siłą poczułam, że wracam do dziecięcej wiary w ludzi, w ich dobro. I na nic nic starania sceptyków i poszukiwaczy chmur – nawet jeśli bardzo się starali przeciągnąć mnie na swoją stronę, to ja chcę żyć tak jak czuję – doszukując się dobra i Boga w każdym człowieku, w każdym zdarzeniu.
To było jak ulga, jak głęboki oddech po długim wyczerpującym płaczu. Takie napełnienie tlenem, nową siłą do życia.

                                    
Czy moje patrzenie na świat to optymizm? Czy jest nim dostrzeganie dobra tam, gdzie nie widzą go inni, dawanie szans, ciągła wiara w to, że w każdym z nas jest światło? Chyba nie. To raczej jakaś łaska. Wynika więc z tego, że nie jestem optymistką – no to kim?  😉

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 4 komentarze

Wychowanie jest sprawą serca*

Odebrałam dzieciaki z kolonii. Zapakowałam do samochodu i pociekły łzy. Moje, bo ich łzy lały się strumieniami już wcześniej.

Kiedy dzieci dowiedziały się, że jadą na kolonię, nie skakały z radości. One właściwie mają kolonię cały czas. Wspólne pokoje, łazienki, posiłki na „dzwonek” – jak to w placówkach… . Byłam więc przekonana, że chociaż ucieszą się z mojego przyjazdu, a zobaczyłam smutek. Nie u wszystkich, ale u tych u których był obecny, był jednocześnie autentyczny, najprawdziwszy z prawdziwych. Zwłaszcza ten jeden – naznaczony bólem głowy, opuchniętymi oczami i niemożnością oderwania się od kolonijnej wychowawczyni. Dwunastoletni smutek, będący końcem świata i kolejnym dramatem w dziecięcym życiu.
Zapakowałam ten obraz rozpaczy do samochodu, zaopatrzyłam w paczkę chusteczek
i powolutku, starannie dobierając słowa, za ich pomocą próbowałam osuszać łzy.
A równocześnie sklejałam swoje serce, które rozpadło się na milion kawałków – już dawno skradzione przez M., w tym momencie cierpiało razem z nim.
Płakałam ukrywając łzy, bo jak nie płakać, kiedy słyszy się na tylnym siedzeniu szloch
i stłumiony głos, który opowiada o tym, że ta pani była taka dobra, taka kochana. Dlaczego? Dlatego, że zawsze miała czas, przytulała, opiekowała się, kiedy coś bolało, prowadziła do pielęgniarki i wieczorami opowiadała różne historie. A na dobranoc robiła na czole aniołka (błogosławieństwo). Nigdy nie krzyczała. Była DOBRĄ PANIĄ. Tak dobrą, że rozstanie z nią było prawie końcem dziecięcego świata. W życiu tego dziecka takiej dobroci było mało. Bardzo mało.

Miłość. Tak wygląda miłość, której głodne są dzieci – BYCIE obok z otwartym sercem.
Po raz kolejny M. przypomniał mi, że nic nie zastąpi dziecku bliskości, że to czego potrzebuje najbardziej, to uwaga i uważność, towarzyszenie, słuchanie.
Miałam ochotę wyć i siarczyście kląć, choć na co dzień nie robię ani jednego, ani drugiego. Chciałam krzyczeć, pytając: „jakich to dziecko spotykało do tej pory ludzi???”. Przecież to takie oczywiste, że dzieci się przytula, rozmawia z nimi, opiekuje, ratuje z opresji. To takie oczywiste, że po prostu się z nimi jest! Miałam nieodpartą ochotę wejść do jakiegoś kościoła  i leżeć krzyżem. Z jednej strony błagając, żeby zawsze tak było, żeby dobro było
w życiu każdego dziecka, a z drugiej dziękując, że DOBRA PANI była promykiem światła, promykiem miłości chociaż przez chwilę.
Nie weszłam, nie mogłam. Jechałam dalej, powolutku, kilometr po kilometrze budując wspólnie z M. tratwę, która ocali wspomnienia i uratuje nadzieję, a później pozwoli zamienić ją na łódkę i złapać za wiosła, żeby płynąć. Nawet jeśli będą zakręty i mielizny, to płynąć do takich przystani i do takich ludzi, którzy umocnią, wesprą, pokochają.
Częściowo się udało. Łzy obeschły, choć wcześniej pozwoliliśmy im tak jak w żałobie,
oddać cześć osobie, którą musimy pożegnać, jednocześnie zapamiętując tę radość, którą wniosła w nasze życie.
M. zaczął przysypiać na tylnym siedzeniu, a ja… . No cóż, po raz kolejny miałam nieodpartą ochotę na potężne przekleństwo! Tym razem ze złości na siebie. Bo, w świetle słów chłopca zobaczyłam siebie. Tracącą cierpliwość, nieuważną, zirytowaną, podnoszącą głos. Czasem moralizującą i podpierająca się zbiorem mądrości wyssanych z podręczników, a czasami
z palca. Zobaczyłam chwile, w których zamiast przytulić… . Było mi wstyd.

Janek Bosko powiedział kiedyś, że: „Bycie dobrym nie polega na tym, że nie popełnia się żadnego błędu. Bycie dobrym polega na posiadaniu woli poprawy”.
Będę próbowała. Pewnie jeszcze nie raz i nie dwa polegnę, ale wtedy znowu spróbuję od nowa.

*Jan Bosko

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Wychowanie jest sprawą serca* została wyłączona

72+1

(Łk 10,1-12.17-20)
Jezus wyznaczył jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch uczniów i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. […]
Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością mówiąc: ”Panie, przez wzgląd na Twoje imię nawet złe duchy nam się poddają”. […] Oto dałem wam władzę stąpania po wężach
i skorpionach, i po całej potędze przeciwnika, a nic wam nie zaszkodzi. Jednak
nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie”. 

Wróciło tylu ilu poszło. Dlaczego? Dlaczego nikt nie zdezerterował, nie stracił wiary,
nie zmienił zdania i nie wybrał własnej drogi? Bo wszystko się udało. Bo nawet złe duchy potrafili okiełznać. Powód do dumy i radości, motywacja na dalszą drogę. I super!
Ale czy o to chodzi?
Początkowy sukces bez wątpienia uskrzydla, jednak to nie on ma być powodem radości
jak mówi Pan. Cieszyć mam się nie z tego co tu i teraz, nie z tego, że pokonałam wroga,
że wypędziłam złego ducha. I nie z tego, że jestem taka w tym dobra. Nawet gdyby
tu i teraz nie udało się, to mam się cieszyć z tego, że moja droga i moje starania będą zapisane w niebie. Nagrodzona będzie wierność. Wierność posłania, wierność drogi .
A władza stąpania po wężach to bonus, który umacnia tę wiarę i wierność, tak przecież
po ludzku słabą.

„72+1” nie jest w tym przypadku matematycznym działaniem i nie jest ważna suma dodawania. „+1” to próba dołączenia do tych, którzy wytrwali w posłaniu. I próba wytrwania na tej drodze, którą przeznaczył mi Bóg.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania 72+1 została wyłączona

Nowym być…

Kilka miesięcy temu zmieniłam pracę. W dotychczasowej to ja wprowadzałam nowych pracowników, przekazując to, co najważniejsze i pozwalając jak najpłynniej wejść w życie domu. Tym razem stanęłam wobec trudnej sytuacji bycia „nową”. Jak się czułam?
Jak intruz. Jak ktoś, kto z butami wchodzi do cudzego życia. Siedemnaścioro dzieci śledziło każdy mój krok i wsłuchiwało się w każde słowo, próbując nie tylko mnie wyczuć,
ale również (a może przede wszystkim) przetestować. Sprawdzały moją wytrzymałość, opanowanie i kompetencje. Tak – one „przeżyły” już niejednego wychowawcę i śmiało wchodziły w rolę członków najwyższej komisji ds. oceny nowego personelu. Momentami było naprawdę ciężko i niejednokrotnie słyszałam, że pan X był lepszy niż ja, że lepiej, żeby mnie nie było… . Na każdym kroku wyczuwałam ich czujność i nieufność.
Mimo wszystko trwałam. Czasem jednak przychodziła refleksja, że to przecież nie mój,
ale ich dom, że może powinnam się podporządkować. Tylko, gdzie w takim razie byłabym ja? Ja, jako osoba, pedagog, wychowawca – przecież miałam im tyle do zaoferowania.
Cierpliwie czekałam, aż zauważą, że nie jestem intruzem, że jestem dla nich i chcę im dać siebie.
Teraz już chyba zauważają, ale naprawdę potrzeba było dużo czasu, żeby zostać przyjętą
do domu. Nie jak gość, nie jak intruz, ale jak członek wspólnoty.

Kiedy kilka lat temu do mojej parafii przyszedł nowy ksiądz, byłam jak te moje dzieci.
Pod lupę wzięłam jego kazania, sposób mówienia, próby adaptowania się w nowym miejscu i angażowanie się w życie naszych wspólnot parafialnych. Byłam krytyczna i niejeden raz
w rozmowach z różnymi osobami pozwalałam sobie na porównania. Poprzednik nowego księdza był nasz, a nowy wikary jawił się jako ktoś zupełnie obcy, nieprzystający do naszego „domu”. Mówił inne kazania, nie uśmiechał się do dzieci, trudno nawiązywał relacje. Niejeden raz wzdychałam do przeszłości – żeby wrócił ten nasz, że lepiej by było … .
Dużo czasu minęło, zanim my, jako parafia zaakceptowaliśmy nowego księdza. Zanim
go przyjęliśmy – nie fizyczne, ale sercem. Dużo krytyki miało miejsce zanim naszą czujność i nieufność zastąpiła otwartość na wszystko, co miał nam do zaoferowania „świeży” członek wspólnoty.
Dziś wiem, jak ciężko musiało mu być. Nie było siedemnastu par oczu i uszu, ale
o wiele wiele więcej. O wiele więcej oczekiwań, „wiem lepiej”, zawoalowanych „niech ksiądz się podporządkuje i będzie taki jak MY chcemy”.
Ile lęku, obaw, niepewności pojawiło się wtedy w kapłańskim sercu, które w nowym dla siebie miejscu i środowisku miało być naszym pasterzem – „z ludu wziętym, dla ludu ustanowionym”?
Ksiądz przetrwał i został w naszej parafii dość długo, dzięki czemu stał się Nasz.
Kiedy odszedł, zrozumiałam jak wiele dobra po sobie pozostawił. I podziękowałam mu,
z wielkim żalem przepraszając za to, co myślałam wcześniej.

Odnosząc to wszystko do swojego doświadczenia, uzmysławiam sobie, że nie jest łatwo wejść w środowisko, w którym wszystko jest już poukładane, gdzie oczekuje się od nas,
że wpiszemy się w pewne schematy, zapominając o tym, co ze sobą chcielibyśmy wnieść. Nie jest też łatwo być następcą kogoś, kto swoim byciem, swoją osobą mocno wpisał się w daną wspólnotę, czy to parafialną, czy jakąkolwiek inną.
A przecież każda nowa osoba wraz ze swoją innością przynosi również powiew świeżości. Tak patrząc mamy szansę również dać szansę – na łatwiejsze wejście w środowisko i na wcześniejsze odnalezienie tego, co łączy a nie dzieli. Dotyczy to również księży, których przyjmujemy w naszych wspólnotach.
W środowiskach, które od lat są naszym domem. Kapłanów, którzy wciąż na nowo stają przed podobnymi wyzwaniami, mierząc się po raz kolejny z oczekiwaniami coraz to nowych par wpatrzonych w nich oczu i uszu.
I jeszcze warto byłoby podziękować – za tę cierpliwość do nas wiernych, tak często niewierzących, że naprzeciwko nas stoi człowiek. Kapłan –  człowiek, tak samo pełen pytań, wątpliwości, lęków i niepewności o jutro, zerkający zza ołtarza na twarze nieoswojone, nieznane, a czasem niepokojące.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Nowym być… została wyłączona

Lakierki i sukienka

Idziemy kupić buty. Już w pierwszym sklepie widzę zachwyt w małych oczkach. Są! Wymarzone czarne lakierki. Oczywiście mój pragmatyzm zakłada, że kupimy takie buty,
w których będzie można wędrować po różnych ścieżkach, a nie tylko białotygodniowych. Lakierki nie wpasowują się w mój plan. Próbuję więc oponować:
– A może kupimy te, które stoją obok?
– Nie.
– Przecież są bardzo ładne, chociaż przymierz.
– Nie ma lakierków, nie ma Komunii.
Yyyyyy……… .

Jest wieczór i usiłuję zapędzić towarzystwo do łóżek. Z jednego z nich odzywa się lakierkowy szantażysta:
– Pani Dorotko, a będzie pani na mojej I Komunii?
– Tak, będę.
– To musi się Pani ładnie ubrać. Najlepiej w sukienkę. Może być czarna.
– A nie może być żółta?
– Żółta też może być.
Ufffffff ……… .

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Lakierki i sukienka została wyłączona

Dzieciństwo jawnogrzesznicy

Poznałam Jadzię dawno temu. Byłyśmy wtedy małymi dziewczynkami i pewną część roku spędzałyśmy w bezpośrednim sąsiedztwie. Lubiłyśmy bawić się razem, ale był pewien problem. Z Jadzią trudno było się porozumieć. Niezrozumiały był bowiem jej język.
W zabawie nadrabiałyśmy wiele gestami, lecz z czasem nasze drogi zaczęły się jakby rozchodzić. Być może za sprawą dorosłych i zasłyszanych słów odkryłam, że moja towarzyszka zabaw nie jest taka jak ja. Słyszałam szepty, że nieprawidłowo się rozwija,
że może jest opóźniona a może to jakaś choroba, w każdym razie wszyscy widzieli, a chyba nawet w swoim własnym poczuciu WIEDZIELI, że jest INNA.
W pewnym momencie Jadzia zniknęła. Nie spotykałam jej przez długi czas. Było to chyba nawet kilka lat. Kiedy wreszcie skrzyżowały się nasze drogi, to wtedy ja zauważyłam,
że moja koleżanka jest inna. Uśmiech nie schodził z jej twarzy, mówiła wyraźnie, zrozumiale dla każdego. Nowa Jadwiga. Ten czas, kiedy jej nie było spędziła w szkole
dla dzieci niedosłyszących. Na szczęście znalazł się ktoś, kto późno a nawet bardzo późno odkrył, że jej problemy z komunikacją wynikają nie z upośledzenia, ale z niedosłyszenia. Długo musiała nadrabiać to, co my – dzieci słyszące miałyśmy od początku – świat słów
i jednocześnie świat porozumiewania się. Trochę czasu zajęło też przekonanie świata,
że inna, to niekoniecznie gorsza… .

Tomek to już inne pokolenie. Jest w wieku mojego syna. Dziś już dorosły, sam kieruje swoim życiem. Ale kiedyś, kiedy był małym chłopcem to otoczenie kształtowało go jako człowieka. Środowisko w którym dorastał uczyło go jak nazywać poznawane rzeczy
i jak porozumiewać się z innymi. Rodzice robili to tak, jak sami umieli, a chłopiec naśladował swoich najbliższych i funkcjonował w taki sam sposób jak oni. Jednak, kiedy poszedł do szkoły stanął przed ścianą, której nie umiał pokonać. Nikt z rówieśników
i opiekunów nie rozumiał go. Nikt nie znał znaczenia wypowiadanych przez niego słów.
Nie był obcokrajowcem, a jednak jakby nie z tego świata. Tomkowi groziło odrzucenie. Dobrze, że znalazł się ktoś, kto zrozumiał skąd biorą się problemy i pomógł dziecku poprawić to, co w nieświadomy sposób przekazali mu rodzice. Długie miesiące pracy
z logopedą dały Tomkowi szansę dobrego funkcjonowania nie tylko w świecie rówieśników, ale również w całej społeczności. Na szczęście udało się zapobiec stygmatyzacji, która była już tuż tuż.

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy nie było czym się zachwycać. Sześcioletnie dziecko, które w przerażający sposób przypominało małe zwierzątko. Posklejane włosy trzeba było obciąć możliwie jak najkrócej, żeby pozbyć się kołtunów. Komunikaty wysyłane przez całe ciało, uzmysławiały nam, że strach jest jej codziennością. Strach, który towarzyszył jej
od dawna, niemalże od początku. Strach dziecka zamykanego w komórce.
Powolutku uczyła się wszystkiego. Od korzystania z toalety, poprzez jedzenie sztućcami
i porozumiewanie się z otoczeniem. Nie znała słów – nie wiedzieliśmy czy cokolwiek rozumie, bo mówić nie potrafiła. Chyba nigdy nie zapomnę rozdzierającego wrzasku
czy raczej jęku, który wydobywał się z jej ust, kiedy chciała czemuś zaprotestować.
Ale nie zapomnę również tego momentu, kiedy przykładając dłoń do ust lub do podbródka próbowała wypowiadać pierwsze sylaby. I tego cudownego, zakończonego uśmiechem na jej buzi „ko, ko”.
Tak Oliwko, tak robi kura.

Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!»

Nie potępiaj, to również nie oceniaj. Tak to rozumiem. Nie wiesz dlaczego ktoś nie mówi, dlaczego płacze na środku ulicy, dlaczego nie posługuje się nożem, ucieka w ciszę
albo rzuca się w wir życia nie patrząc za siebie. Dziwisz się, że nie umie żyć tak jak ty.
A przecież najczęściej nie znasz historii jego życia i nie jesteś w stanie przewidzieć jak sam odnalazłbyś się w jego codzienności. Często przerażająco trudnej.
Jakie było dzieciństwo jawnogrzesznicy? Może była Jadzią a może Oliwią?
Może jej życie nie było wyborem, a raczej konsekwencją? Wypadkową tego, co było kiedyś, co było wcześniej, co ukształtowało jej przyszłość… .

Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz».

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Dzieciństwo jawnogrzesznicy została wyłączona