Pan Szewc

Zanikający zawód, a właściwie mistrzostwo.
Odwiedziłam go dzisiaj z tak zwanej wyższej konieczności. Miało to trwać dwie minuty,
a wyszło jak zwykle. Bo zwykle kiedy odwiedzam Pana Szewca, to dzieli się ze mną swoimi dylematami, komentuje świat i jego zawiłości. Ot, takie pogawędki bez kawy.
Nie uciekam od tego, bo widzę w tym człowieku ogromną potrzebę spotkania. On cieszy się każdym klientem i z każdym zamienia kilka (właściwie to wiele więcej) słów. Sceptyk powiedziałby, że cieszy się, bo zawsze to zarobek. Otóż nie zawsze. Już kilka razy zdarzyło mi się, że za – jak to określił Pan Szewc – „takie tam byle co” nie brał zapłaty, bo – tu znowu zacytuję – „proszę Pani, ja pieniędzy nie potrzebuję, mam ich dużo. Ja to robię dla przyjemności”. Taka to fanaberia człowieka starszej daty. On naprawdę cieszy się każdym, kto go odwiedza.

Mieliśmy ostatnio rodzinne spotkanie. Takie przepełnione przywoływaniem tego,
co minęło, wracaniem do obrazów sprzed lat i do tego, co jakoś szczególnie utkwiło nam
w pamięci. Jedna z osób wspominała spędzane u dziadków na wsi wakacje. Dom był bardzo oddalony od innych gospodarstw i również z dala od głównej drogi – tej „do miasta”. Rzadko kiedy ktokolwiek tamtędy przejeżdżał. Ale od czasu do czasu wstępował do dziadków listonosz. Mój kuzyn opowiadał, że widział jak znaczące było to wydarzenie. Dziadek przerywał wtedy pracę niezależnie od tego, co akurat robił – czy było to zbieranie siana, czy koszenie zboża. Odprowadzał na bok konia, przynosił coś do picia, zasiadał
z listonoszem i delektował się usłyszanymi nowinkami ze świata. Śmialiśmy się, że dziadek logował się na FB.
A później opowiadał mój tata. Wspominał dorosłe rozmowy dziadków, rodziców, wujków
i cioć. Opowiadał, jak wyganiali wtedy ich – najmłodsze pokolenie z pokoju, bo sprawy dorosłych nie były sprawami dzieci, którym to jednak czasem udało się to i owo usłyszeć. Wtedy hierarchia była obowiązującym prawem. Najważniejszy głos należał do starszyzny.
W nawiązaniu do tych opowieści i mojej dzisiejszej rozmowy z Panem Szewcem pomyślałam, że brakuje mi takich rozmów. Rozmów, w których ludzie szanują siebie nawzajem. Brakuje mi tej radości z rozmowy, która jest spotkaniem z drugim człowiekiem, takiej oczekiwanej i celebrowanej.
Czy to już zaginęło i czy trzeba tego uczyć od podstaw? Wokół słychać tyle rozmów,
w których wulgaryzmy zabijają treść, kłótni o to, kto ma mówić a kto słuchać, tych postrzępionych przerywaniem sobie nawzajem „dialogów”. Gdzie w tym jest miejsce na spotkanie i szacunek? Mam nadzieję, że to nie jest brak chęci do rozmowy, a tylko (aż?) nieumiejętność.

Mój tata skończył już siedemdziesiąt lat. Jest doskonałym partnerem do dyskusji. Obserwuję to, kiedy do rozmowy z nim zasiada mój syn. Rozmawiają o rzeczach ważnych
i bardzo ważnych, o polityce, historii, przeszłości i przyszłości i po prostu – o życiu. Łączą ich więzy rodzinne, ale też wiele różni – wiek, czasy w których przyszło dorastać, wiedza,  zainteresowania i oczywiście doświadczenie. A jednak rozmawiają niesłychanie pięknie. Zresztą rozmówców mojemu tacie nie brakuje i zauważyłam, że jest w tych rozmowach
z jednej strony traktowany jak partner, a z drugiej jak nestor rodu, z całym należnym mu szacunkiem i autorytetem. Może właśnie dlatego, że potrafi pięknie rozmawiać, dając swojemu rozmówcy odczuć, że rozmowa jest dla niego spotkaniem i czymś w tym danym momencie niesłychanie ważnym. I zapewne dlatego, że szacunek jakim darzy ludzi pomaga mu dostrzec w każdym równego partnera do rozmowy.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Pod prąd ale z nadzieją

To był trudny tydzień. Wielkimi krokami zbliża się termin I Komunii Świętej, a co za tym idzie – szukam „po świecie” świadectwa chrztu. Nie jest to łatwe, kiedy jedyną wskazówką jest miejsce zamieszkania w „okolicach” daty urodzenia. I jak się okazuje, ta wskazówka może prowadzić donikąd. Szukanie po omacku nie przybliżyło mnie do celu, więc ruszyłam inną drogą. Postawiłam na jedną kartę i zmusiłam nieobecną w życiu dziecka matkę
do kontaktu ze mną i co za tym idzie, być może do kontaktu z dzieckiem. Po wielu miesiącach czekania na jej gest, na telefon, na choćby jedno pytanie o dziecko… .
O jej dziecko.

Czasem czuję tak, jakbym płynęła pod prąd. Nie dość, że trudno, to jeszcze wszyscy pukają się w czoło. Albo tak jak teraz, stają w opozycji do moich działań – niezrozumienie, krytyka i tak zwane dobre rady, czyli – rób tak jak my, jest bezpieczniej. Tym razem usłyszałam,
że to matka powinna kontaktować się ze mną, a nie ja z nią, że to jej obowiązek i najlepiej, gdybym pozostała bierna.
Ustawa nakłada na nas – opiekunów obowiązek pracy z rodziną. W praktyce, najczęściej jest to rodzina mocno dysfunkcyjna, gdzie przemoc, alkohol, demoralizacja to codzienność. Rodzice z ograniczonymi lub odebranymi prawami rodzicielskimi, nieumiejący lub niemogący zapewnić dziecku/dzieciom właściwej opieki. Nie pracuje się z nimi łatwo,
lub co bardzo częste – nie pracuje się z nimi wcale. Dlaczego? Bo w wielu przypadkach rodzice zaprzestają kontaktów z dziećmi a nam jest wtedy łatwiej. Nie utrudniają codzienności, nie psują pracy, nie krytykują (!), czyli nie przeszkadzają. Nie burzą „spokoju” dziecka, bo bywa tak, że po kontakcie z rodzicem wychowanek wraca
do równowagi przez kilka dni.
Bardzo łatwo jest wpaść w pułapkę samouwielbienia – my opiekunowie wiemy lepiej… .
To my jesteśmy z dzieckiem na co dzień, jesteśmy pedagogami i przede wszystkim naprawiamy to, co zepsułeś TY rodzicu! Sama często przyjmuję taką postawę i takie myślenie. Obłędnie się tego boję, ale czasem bardzo trudno odciąć się od tego wiedząc,
jaki los zgotowali dzieciom najbliżsi.
W takich momentach staram się wracać do moich autorytetów i właśnie wtedy nabieram powietrza w płuca i płynę pod prąd. Oni wiedzą, że dziecko nie będzie rozwijało się prawidłowo w poczuciu odrzucenia. Będzie racjonalizowało błędy rodziców, żeby tylko móc czuć się chciane, ważne. I zakwestionuje wszystko, cokolwiek będziemy chcieli mu wpoić, jeśli zauważy, że my nie akceptujemy jego przeszłości. Jeśli choć przez moment poczuje,
że nie umiemy szanować jego mamy czy taty, choćby miało najgorsze z nimi wspomnienia, to nie przyjmie niczego, w co będziemy chcieli je wyposażyć. Tak to działa i żaden bunt tu nie pomoże. Najgorszy rodzic będzie lepszy i ważniejszy niż jakakolwiek nasza pomoc, choćby największy nasz wysiłek.
To nie jest tylko teoria. Dziś mogę powiedzieć, że właściwa postawa wobec rodzica niezwykle pomaga i wiele ułatwia, niewłaściwa niweczy niejeden wysiłek. Co więcej –
w przypadku tej pierwszej dzieją się cuda. Dziecko, które zauważy nasz szacunek dla rodzica (nie dla czynów, ale dla człowieczeństwa) spojrzy na wychowawcę innym wzrokiem.
Pamiętam, kiedy pewnej mamie powiedziałam, że pięknie tego dnia wygląda, to nastąpił przełom. Mój wychowanek zaczął współpracować. Po miesiącach szarpaniny zaczął słuchać, rozmawiać. Bo on, choć wiedział, jak to naprawdę jest z jego mamą, to wymagał dla niej szacunku. I był gotowy do walki z każdym, kto nie będzie umiał go okazać.
Kolejne zdarzenie – chłopiec, który nie mówił nic o swoim domu i o rodzicach, oraz o tym co przeżył. Powiedziałam mu, że słyszałam, że jego mama umie pięknie posprzątać dom.
I zaczął o niej mówić. Zaczął też sprzątać… .
I jeszcze jeden przykład – dziewczynka, która buntowała przeciwko wszystkiemu, kwestionowała każde moje słowo. Praca z nią, to była ciągła walka. Dziś umie posłuchać. Mama dzwoni coraz częściej. Dlaczego? Bo opowiadam jej o córce , rozbudzam mamy ciekawość, chwalę dziewczynkę. I myślę, że w matce rodzi się przeświadczenie, że nie jest taką najgorszą matką, skoro ma dobrą córkę. Rodzi się w niej nadzieja, a z niej wypływa siła do zmiany. To są naprawdę cuda. Na razie małe, może nawet maleńkie, ale jednak cuda.  Jasne, to nie jest tak, że już wszystko układa się dobrze, alkohol przestaje płynąć,
a dzieci wracają do domów. Ale to jest początek drogi. Bardzo długiej drogi do lepszego życia. Czasem dla jednej, a czasem dla obu stron.

Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym figowcu, a nie znajduję. Wytnij go, po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok go pozostaw, aż okopię go i obłożę nawozem; i może wyda owoc. A jeśli nie,
w przyszłości możesz go wyciąć”.
/Łk 13,7-9/

Myślę, że rok nie wystarczy. Trzeba wielu lat, ale mam przeświadczenie, że warto próbować okopywać i okładać nawozem. Może doczekamy się owoców. A jeśli się nie uda?
W przyszłości kto inny osądzi.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Nikogo nie zmienię

To co dziś, to raczej żadne odkrycie. A może jednak? Może olśnienie, odnalezienie światełka w mroku?

Nikogo nie zmienisz, ale możesz sprawić, że on sam będzie chciał się zmienić.

To jest sedno mojej pracy i do tego powinnam wracać. Ba, wręcz chcę wracać, bo wtedy
jest o wiele łatwiej.
Ta refleksja pomaga nie płakać nad porażką, nie zżymać się, że tak się starałam i nic, że tyle daję, a groch odbija się od ściany…  Gdy wracam do niej, nie czuję niemocy, bo MOC przychodzi z góry przez zrozumienie.
Nie zmuszę nikogo, żeby był inny, żeby chciał być lepszy, żeby pracował nad sobą, zmieniał swoje życie i miał nadzieję. Ale spróbuję pokazać, że ta nadzieja jest, że można inaczej,
że zawsze jest szansa, że każdy jest cudem, choć czasem odrzuconym…
I dam siebie, z moją siłą, którą Ty mi dasz. Wierzę w to, bo wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Nikogo nie zmienię została wyłączona

Grzeczna czy grzeszna?

– Wiki, powiedz coś o sobie. Jak minął dzień, co się wydarzyło – od początku.
Dziewczynka powoli, bardzo powoli, jak żółw ociężale próbuje powiedzieć cokolwiek. Kombinuje, bo nie wie, czego oczekujemy.
– No, byłam grzeczna… – to prawie szept.
– Grzeszna? – próbujemy żartować. Ale po drugiej stronie pojawia się konsternacja.
– Nie, no chyba byłam grzeczna.
– To spróbuj przedstawić siebie jak najlepiej. Powiedz o wszystkich dobrych rzeczach,
które się wydarzyły odkąd wstałaś, że np. wstałaś uśmiechnięta.
– ………..
– Spróbuj, to taka autoprezentacja, mów tylko o tym co było dobrego.
– Yyyyyyy…., ummmm….., no nie wiem…
Próbujemy inaczej:
– Czy uderzyłaś dzisiaj kogoś, obraziłaś słowem, podstawiłaś nogę?
– No, chyba tak…

Wika ma 11 lat. Wiele razy słyszała i wciąż słyszy, że jest głupia, beznadziejna, idiotka,
że jest świnią itp. Słyszy też wiele innych obraźliwych rzeczy, których z przyzwoitości tutaj nie przytoczę. I zaczęła w to wszystko wierzyć. Chociaż za każdym razem broni się przed tymi oszczerstwami (zresztą w podobny sposób), to gdzieś głęboko, na dnie jej jestestwa powstał zły obraz. Obraz kogoś, kto o sobie nie wie nic dobrego.
Zanim sama poznała siebie, już wiedziała jak widzą ją inni, choć ten obraz mocno mija
się z rzeczywistością. I przyjęła to, uwierzyła że taka właśnie jest. Takie „nic dobrego”.
Jak teraz to wszystko odwrócić? Jak zbudować prawdziwy obraz?
Długa droga przed nami. Bardzo długa, żeby pokazać temu dziecku, że jest w niej ogrom dobra, że jest piękna, wrażliwa, zdolna, delikatna, mądra.
Czas start, liczy się każda chwila, bo żeby osiągnąć efekt, trzeba będzie od nowa przepracować dotychczasowe 11 lat.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 6 komentarzy

Nie, nie, nie!

– Kubusiu, wstań proszę.
– Nie.
………………………..
– Kubusiu, umyłeś się?
– Nie.
– To proszę umyć buzię i zęby.
– Nie, nie, nie!
…………………………
– Kuba, zjedz przynajmniej jedną kanapkę.
– Nie.
………………………..
– Kubuś, wychodzimy do szkoły.
– Nie.
– Ok, to my wyjdziemy, pojedziemy samochodem, a ty pójdziesz pieszo…
– Nie!
………………………..
– Kuba, kurtka!
– NIE, NIE, NIE! Niech się pani do mnie nie odzywa!!! (odgłos trzaskających drzwi).
………………………..
– Wskakujcie do samochodu.
– Nie, idę na piechotę (+ mina „i co mi zrobisz?”).
– Kuba, wsiadaj do samochodu.
………………………….
– Dzieciaki, poproście mnie o coś 😉
– Niech Pani nam coś kupi.
– Nie.
– To niech Pani nam coś da.
– Nie.
– A może Pani coś fajnego nam  przyniesie…
– Nie.
– Może zabierze nas Pani gdzieś?
– Nie.
– …….
– Nie.
– …….
– Nie.
……………………………
– Proszę Pani, a kiedy ma Pani następny dyżur?
– Jutro.
– To dobrze (wzrok błądzi gdzieś po podłodze).
– Kubusiu, chciałbyś żebym Cię przytuliła?
– Tak, bardzo.

PS.
YES, YES, YES 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 YES, YES, YES 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Dzieci, które się nie śmieją

Uwielbiam się śmiać, zwłaszcza takim śmiechem, po którym boli całe wnętrze. Takim,
przy którym  muszę trzymać się za brzuch, bo boję się, że coś w nim pęknie.
Już dawno zauważyłam, że brak takiego „uśmiania się po pachy” jest dla mnie równią pochyłą, po której stacza się moje dobre samopoczucie. Śmiech jest jak doładowanie akumulatora. Zawsze pomaga, dostarczając mi chęci do działania, energii i siły do tego, żeby ruszyć z miejsca tworząc cokolwiek, czy to coś na miarę arcydzieła, czy choćby zwykłą pomidorową, ale z miłością. Powoduje, że chce się chcieć.

Tak, śmiech mnie uskrzydla i uwielbiam ten stan, w którym biorę głęboki oddech zachłystując się nową siłą, nadzieją, radością… Moje życie paradoksalnie nabiera kolorów wtedy, gdy po twarzy płyną strumienie łez, które trudne są do powstrzymania. Kocham
ten stan, pożądam go.
Śmiech jest moim lekarstwem i odtrutką na wszystkie smutne stany. Cieszę się nim, a on cieszy się „całą mną”.
Pamiętam, był taki czas, że nic mnie nie cieszyło i tak bardzo wtedy za nim tęskniłam – za tym moim turbodoładowaniem. Błądziłam w tęsknocie, bo nie umiałam znaleźć drogi, która pomoże wyjść z ciemności smutku. I w tej ciemności, bez światła nie umiałam też znaleźć lekarstwa.

Dziś ten stan odnalazłam w moich „przytulonych” dzieciach. One tak rzadko się śmieją, tak mało w nich prawdziwej radości. Tej, która rozjaśnia spojrzenie, jest panaceum na smutki, których nie mogą unieść. Zrozumiałam, że chociaż dałabym im worek prezentów, stworzyła niesamowite warunki bytowe, wsparła ich edukację, przeprowadziła milion rozmów wychowawczych, próbowała rozbudzić nadzieję na lepsze życie, to nic nie wskóram, jeśli nie dam im radości.
Nie wiem jak to zrobić. Nie mam pojęcia jaki dać powód do trzymania się za brzuch i cieszenia się z łez płynących po policzkach ale wiem, że to jedyna droga do nadziei.
Mam marzenie, żeby umiały śmiać się z niczego zamiast nawzajem z siebie. Nie chcę, żeby ich śmiech wyszydzał, ranił i niszczył, ale żeby zaraźliwie dawał siłę i był napędem
do zmiany życia. Żeby rozjaśniał ciemność, oddalał lęk i czynił dzieciństwo lepszym.
Boli mnie to, że dzieci w Domach Dziecka mają tak mało dziecięcej radości, że zranione przez dorosłych gubią po drodze oręż do walki ze smutkiem, apatią i brakiem nadziei.

***
Kiedy skończyłam pisać to, co powyżej przypomniała mi się inicjatywa księdza Krzysztofa, który poprosił swoje wierne parafianki o tym by modliły się o konkretne dzieci z Domu Dziecka.
A może by tak pójść dalej? Może skoro jest akcja otoczenia modlitwą nienarodzonych,to warto byłoby pomóc w ten sposób dzieciom narodzonym, ale tak bardzo pokrzywdzonym? Może chociaż niektóre z nich odzyskałyby blask w oczach?

***
Jeśli to czytasz, pomódl się proszę za Izę, Julię, Kamila, Wiktorię, Ksawerego, Kacperka, Patryka… Pomódl się za inne dzieci, daj im siłę.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Jak to się stało?

Zajrzałam tam na moment i ugrzęzłam na dwie godziny. Rok po roku, miesiąc po miesiącu przeglądałam wszystkie wpisy i czytałam udostępnione posty. Odsłuchiwałam polubioną muzykę i na przemian śmiałam się, wzruszałam i zamyślałam. Przewertowałam tak kilka lat FB-owego życia. I co? Spodobało mi się. Polubiłam tę osobę, której życie oglądałam jakby wstecz. A jaka ona jest?

  1. Kocha dzieci. Jest wrażliwa na ich potrzeby i na krzywdę jakiej doświadczają.
  2. Sama jest jak dziecko. Potrafi śmiać się i bawić, całkowicie zapominając
    o konwenansach :).
  3. Uwielbia kolorową, roztańczoną starość. Taką bez metryki.
  4. Wierzy w dobre anioły i dobro w ludziach.
  5. Patrzy w przyszłość z nadzieją, a w każdym razie mocno się stara.
  6. Stawia sobie wyzwania i każdy nowy, nadchodzący rok wita nie tyle z listą rzeczy
    do zrealizowania, co z pewnym przesłaniem.
  7. Wiele rzeczy jej się udało, choć na co dzień tego nie zauważa. Ale Facebook, jak cierpliwy papier – przyjął i zapamiętał, a teraz przypomina.
  8. Kocha życie. Takie zwykłe, codzienne, z uśmiechniętą kawą w ulubionej filiżance.
  9. Zbiera „mądre myśli”, które są jak „przypominajki”. Stawiają do pionu i uwrażliwiają na to, co ważne, potrzebne, niepowtarzalne i budujące.
  10. Lubi słowa. Dzieli się nimi, ujawniając myśli zrodzone z wielu przemyśleń.

W moich myślach powstał portret z posklejanych obrazów, dźwięków i słów. Ładny.
Zajrzałam w przeszłość, która otworzyła mi oczy.
To ja, w każdym z tych punktów jestem ja. Wróciłam do siebie sprzed miesięcy i lat. Przypomniałam sobie, co mnie cieszyło kilka lata temu, z radością odkryłam, że zrealizowałam pewien plan, zrozumiałam, że ze wszystkich zmagań i wyborów powstała moja droga. Tylko moja, bez lęków o ocenę i opinię. Dokonałam dobrych wyborów…
I w jakiś cudowny sposób polubiłam samą siebie. To było jedno z najtrudniejszych moich życiowych wyzwań, ale chyba się udało.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Jak to się stało? została wyłączona

1% empatii

Zza cienkiej ścianki dzielącej dwa pomieszczenia rehabilitacyjne słyszę rozmowę. To trochę nieładnie wsłuchiwać się w cudze zwierzenia, ale jestem mimowolnym świadkiem.
Nie mam jak tego zagłuszyć, ale też chyba nie chcę.
Mama leczy kręgosłup. Właściwie dopiero zaczyna, bo do tej pory jakoś dawała radę.
Ale teraz, kiedy jej córka przytyła parę kilo, jest jakby trudniej. Dźwiganie dwudziestoletniego dziecka nie jest łatwe, bo też i żadnej pomocy z jego strony
nie ma. Bezwładne ciało trzeba podnosić, podtrzymywać, wkładać do wanny, żeby umyć, później mocno dźwignąć, żeby powycierać, przenieść na łóżko. Tak dzień po dniu.
Ze strony rehabilitanta pada wiele pytań o urządzenia wspomagające pomocne
w codziennych czynnościach, o rozwiązania które są dostępne. Wyraźnie jest zatroskany, chce pomóc. Podpowiada i wskazuje, co można byłoby ulepszyć, żeby mama miała siłę, żeby sama nie „poległa na placu boju”.
Miło się słucha, bo naprawdę wyczuwa się wiele empatii w tej rozmowie, ale koniec jest nad wyraz smutny.
Jest taki portal „siepomaga”, prowadzony przez fundację o tej samej nazwie. Kiedy pada propozycja, żeby się zgłosić, zorganizować zbiórkę, która pomoże zebrać niezbędne środki na sprzęt ułatwiający życie obu stronom, mama rezygnuje, nie chce spróbować.
Dlaczego? Dlatego, że już nie jeden raz słyszała bezpośrednio lub pośrednio przykre słowa na temat tego, ile otrzymała – zapomóg, procentów od podatku, bezpłatnych sprzętów, przejazdów…
Rozmowa się kończy, a ja zostaję z dziurą w sercu i bez odpowiedzi na pytanie o intencje tych, którzy przykrym, bezmyślnym słowem potrafią  odebrać chęć i nadzieję, coraz bardziej przyginając do ziemi zmęczony kręgosłup. A mogłoby być o wiele łatwiej, gdyby każdy z tych ofiarodawców przykrości stał się ofiarodawcą chociaż 1% empatii.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Na Antokolu

„Słowa, którymi błagałam Boga, są następujące: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało
i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twojego, a Pana naszego Jezusa Chrystusa,
za grzechy nasze i świata całego. Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas”.
Św. Faustyna Kowalska

Wileński klasztor Sióstr Miłosierdzia stoi między blokami i przedszkolem na wileńskim Antokolu. Trochę ukryty, jakby zapomniany. To właśnie w nim 13 i 14 września 1935 roku siostra Faustyna po raz pierwszy modliła się słowami Koronki do Bożego Miłosierdzia, które podyktował jej Pan Jezus. W „Dzienniczku” odnotowała to przeżycie następująco – „Z taką mocą wewnętrzną jeszcze się nigdy nie modliłam jako wtenczas”.

Mija właśnie 83 lata od tego wydarzenia. I patrząc z perspektywy czasu widać wyraźnie,
że było ono przełomem. Przypomniało i przybliżyło tajemnicę miłosierdzia. Zmieniło myślenie o Bogu, którego miłosierdzie daje nam dziś nadzieję i uwalnia
od lęku przed groźnym osądem, ale uczy też podobnej postawy wobec innych.
Siostra Faustyna była niezwykłym łącznikiem na drodze poznania tej tajemnicy.
Dzięki temu, że przede wszystkim w swojej pokorze chciała słuchać i przyjąć wszystko,
co przekazał jej Pan Jezus. A ponadto dzięki temu, że nie bała się podjąć zadania,
które jej zlecił. I chociaż spotkała się niejednokrotnie z niezrozumieniem, wyśmianiem
czy lekceważeniem, to jednak sprostała temu wyzwaniu, które powierzył jej Bóg.
Ona – skromna, cicha, pokorna, schorowana, niewykształcona zapewne nie mogła sobie nawet wyobrazić tego, co miało stać się później. Fali modlitwy, miłości i dobra, które popłynęło na cały świat. Jej „Dzienniczek” przetłumaczony został na wiele języków i dotarł do odbiorców na całym świecie.

Dla każdego z nas, tak jak dla św. Faustyny Pan Bóg ma specjalne zadania. Pytanie – czy chcemy znać Jego plany? Czy chcemy je usłyszeć, czy raczej wolimy działać po swojemu, bojąc się, że z tymi Bożymi wskazówkami będzie nam zupełnie nie po drodze? A może nie umiemy usłyszeć?
Wybierając nas do różnych zadań Bóg nie daje nic ponad nasze siły.  Wszystko, co nam przeznacza jest „szyte na miarę”. Wiem jednak na własnym przykładzie, że Jego pomysły czasem trochę zagłuszam, twierdząc, że nie dam rady, wolę nie. Może jakiś plan „B”?
A czasem jest we mnie tyle hałasu, że nie potrafię usłyszeć tego, co On chce opowiedzieć.
O tym, gdzie chce mnie posłać, jakie drogi mi przygotował, dla kogo mam być wsparciem, komu podać dłoń, a komu przebaczyć.
Jestem pewna, że w podobny sposób Bóg mówi do każdego człowieka. To, czy usłyszymy jest tylko kwestią tego, ile jest w nas ciszy i wsłuchiwania się w tę ciszę, a ile hałasu
i chaosu, który powstaje na skutek forsowania własnych planów, braku ufności w Jego opiekę, zmagania się w samotności z przeróżnymi trudnościami i brakiem oddania wszystkiego Bogu. Czasem pozorna cisza też jest wewnętrzna burzą i wiele wysiłku potrzeba, żeby uspokoić serce. A to właśnie ono jest tym miejscem, gdzie najlepiej słychać – „Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2, 19),
gdzie można zrozumieć, uwierzyć, zaufać. W rozważaniu przychodzą odpowiedzi
na większość pytań.

Zastanawiam się, co by się stało, gdyby siostra Faustyna nie miała w sobie tej przestrzeni, gdyby nie usłyszała Bożego Głosu? Może jeśli ja przegapię, zagłuszę Jego słowa, umknie coś ważnego – coś, co mogłam zrobić ja i tylko ja, coś, co było moim zadaniem…
Droga do świętości wymaga odwagi oddania Bogu naszych zmagań, zmartwień i naszego walecznego rozpychania się łokciami w drodze do wybranego celu. Takiego „zaparcia się siebie”. A w zamian posłuchania i przyjęcia tego, co On chce do nas powiedzieć. Takiego przemyślanego „Mów, Panie, bo sługa Twój słucha” (1 Sm 3,9). Święci nie są jakimiś dziwolągami oderwanymi od życia i problemów codziennych. Wyróżnia ich jednak to,
że pielęgnują tę przestrzeń, w której mogą usłyszeć głos Boga. I przede wszystkim chcą
go słyszeć i po prostu za nim pójść.

Wielkie dzięki siostro Faustyno!

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Na Antokolu została wyłączona

Podaj dalej

Kiedyś, dawno temu otrzymałam niezłe wyzwanie. Po spowiedzi, jako pokutę miałam zrobić trzy dobre uczynki. To było wtedy, kiedy z racji mojego przekonania, że na ciężkie pokuty po prostu nie zasługuję szczerze liczyłam na takie łatwe i proste. No i te dobre uczynki miały być takie lekkie i przyjemne. Nic bardziej mylnego, o czym dość szybko się przekonałam. Wydawało mi się bowiem, że przecież ja jestem dobra dla ludzi, służę pomocą i biegnę na każde wezwanie, więc jak mam z tej mojej codzienności wyróżnić trzy wyjątkowe „pokutne” uczynki?

Cała ta historia ze spowiedzią przypomniała mi się kilka dni temu, po obejrzeniu filmu „Podaj dalej”. Opowiada on o historii chłopca, który w ramach szkolnego zadania ma wymyślić coś, co mógłby zrobić, aby świat stał się lepszy.Wpada na pomysł, żeby znaleźć trzy osoby, którym pomoże w zrobieniu czegoś, czego nie mogą zrobić sami. Oni natomiast zamiast odwdzięczać się jemu, mają pomóc innym. Każdy z nich ma obdarzyć jakimś dobrem trzy kolejne osoby. Piramida dobra.
Okazuje się to takie proste i zarazem takie trudne. Zupełnie jak w moim przypadku.
Ale przecież nie jest niemożliwe.
A efekt?

Bywa zaskakujący…

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Jeden komentarz