Troje na drodze (a może czworo?)

Idę ulicą, a przede mną młoda dziewczyna. Rozmawia przez telefon i drugą ręka sięga
do torebki. Wypadają pieniądze (niemałe, co można poznać po kolorze banknotów). Chciałam zawołać, ale nie zdążyłam. Mężczyzna, który szedł między nami i równiez widział to, co ja niemal z doskoku chwycił banknoty i schował dla siebie. Zamurowało mnie
na kilka sekund, ale na szczęście mój początkowy szok szybko minął i zwróciłam się bezpośrednio do mężczyzny z prośbą (właściwie, to chyba z poleceniem) oddania pieniędzy dziewczynie. Udawał zdziwionego, ale moja błyskawiczna reakcja chyba trochę go zaskoczyła. To wszystko trwało kilkanaście, może kilkadziesiąt sekund, więc udało się zawołać i zatrzymać dziewczynę. Była ogromnie wdzięczna. Komu? Oczywiście znalazcy, czyli panu, który chciał „zaopiekować się” jej pieniędzmi.

A we mnie wręcz wrzało. Byłam wściekła na niedoszłego złodziejaszka. Pełna pytań o to, jak tak można? Ale kiedy już trochę ochłonęłam, po prostu śmiałam się sama do siebie.
Bo jak widać Bóg naprawdę ma przedziwne plany i drogi dla nas. Mam nadzieję, że temu panu dał odczuć ile znaczy ludzka wdzięczność i jakie to wspaniałe uczucie móc dać komuś radość. Może więc i on coś z tej lekcji wyniesie 😉

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Troje na drodze (a może czworo?) została wyłączona

Wróciłam

Pełna nowych myśli, doznań, wrażeń. Tyle chcę napisać, ocalić od zapomnienia, a jakoś nie wychodzi…
Chyba muszę ochłonąć, poczekać aż się ułoży i nabierze mocy. A na razie pomyślę sobie jeszcze o tym co było. To takie ładne myśli…

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Wróciłam została wyłączona

Pokój kontra niepokój

(Mt 10,7-15)
Jezus powiedział do swoich apostołów: Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy! Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie!
Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski! Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny,
i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was! Gdyby was gdzie nie chciano przyjąć
i nie chciano słuchać słów waszych, wychodząc z takiego domu albo miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych! Zaprawdę, powiadam wam: Ziemi sodomskiej
i gomorejskiej lżej będzie w dzień sądu niż temu miastu.

  1. Nie mam w sobie tyle wiary, żebym umiała tak jak On. Uzdrawiać chorych, wskrzeszać umarłych, oczyszczać trędowatych, wypędzać złe myśli…. Nie mam. Żałuję.
    Ale postaram się być dla innych wsparciem, pomocą, wskrzeszać w nich nadzieję, wypędzać złe myśli, wskazywać drogę. I dzielić się tym, co dostałam – wiarą, nadzieją, miłością.
  1. Skoro pokój ma powrócić, to znaczy, że on we mnie jest. Jest darem, który otrzymałam od Ojca. Być może o nim nie pamiętam, może ukryłam go głęboko. A może zapomniałam, kto mi go dał? Nie ma miejsca na niepokój tam, gdzie jest pokój. Muszę więc szukać pokoju w sobie, w każdej trudnej sytuacji i wracać do słów „Nie lękajcie się!”. Słów, które mam wrażenie, dość często padają w Ewangelii.
    Pokój to dar Boga, on we mnie jest. I chcę o tym pamiętać.
    Niepokój, to bomba-niespodzianka podłożona przez szatana. Nie chcę jej.
  1. Mam strząsnąć proch z moich nóg. To tak jakbym miała otrząsnąć z siebie to wszystko, czym próbują mnie nakarmić Ci, którzy pod pięknymi słowami kryją kłamstwo, którzy karmią mnie obietnicami lepszego życia bez Niego. Muszę się nauczyć otrząsać z tego wszystkiego, co brudzi, kusi moje myśli, buduje wątpliwości.
Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Pokój kontra niepokój została wyłączona

Moje święte racje

Czy Ten, który zawsze miał rację próbował na siłę ją udowadniać? Czy Pan Jezus wykłócał się bądź tupał nogą mówiąc, że tak ma być, bo On tak chce, bo ma rację?
On nie przekonywał na siłę swoich przeciwników, tylko głosił to, co uważał za słuszne, nauczał nie rozliczając, mówił, siał słowo i pozwalał każdemu zmierzyć się z tym,
co usłyszał. Zapewne niejeden ze słuchaczy nieprzekonany wracał do domu, by w silnym przeświadczeniu o własnej racji burzyć się przeciwko temu co usłyszał. Ale w sercu niejednokrotnie już kiełkowało ziarno. Może dość szybko, a może powoli, niezauważalnie. Może musiało poczekać jeszcze na deszcz? A może obumrzeć jak zboże ozime? Moc słowa.

Moje dziecko – w pewnym momencie zobaczyłam, że zaczyna mieć poglądy zupełnie różne od moich, w kwestiach zasadniczych – dla mnie nieakceptowane. Zaczynały się spięcia.
Ja forsująca swoje jedynie słuszne zdanie i on – zamykający się na „wszystkowiedzącą najlepiej mamę”. Traciliśmy nić porozumienia. Zarzucił mi kiedyś, że nie słucham tego,
co mówi, że każda dyskusja to właściwie z mojej strony agresywne forsowanie poglądów.
Zabolało, ale dotarło. Przemyślałam to (właściwie dalej myślę) i zobaczyłam siebie jego oczami. Miał rację. Chciałam to zmienić, ale jak? Co zrobić, żeby umieć rozmawiać, umieć słuchać, ale też umieć przekazać to, co naprawdę ważne i słuszne?
Odpowiedź przyszła dość szybko. Usłyszałam w swoim sercu odpowiedź: „Rozmawiaj, mów i nie wymagaj, po prostu czekaj”.

Teraz staram się mówić, dzielić swoimi poglądami, myślami, uczuciami, ale bez oczekiwania natychmiastowej zgody i akceptacji. Nie namawiam, nie przekonuję tylko sieję i czekam aż zakiełkuje. Owszem, wracam do pewnych tematów ale tylko delikatnie „podlewam” to, co powinno się mocno zakorzenić. I mam nadzieję na owoce.

I odkryłam coś jeszcze. Kiedy nie ma rozmów, kiedy brakuje tego „siania” dobrego słowa, natychmiast zaczynają rosnąć chwasty. A jak mawiają mądrzy lekarze – lepiej jednak zapobiegać niż leczyć.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Moje święte racje została wyłączona

Czytanie myśli

Umorusana czekoladą buzia zdradza zjadacza batonika, ale on przeświadczony o własnym sprycie patrzy prosto w oczy mamy i jest przekonany, że nie odgadnie ona jego tajemnicy. Odważnie mówi „To nie ja. Nie jadłem batonika. NAPRAWDĘ”. I NAPRAWDĘ nie ma pojęcia skąd mama wie, że to jednak nie jest prawda.

Ileż to razy mój syn zdziwiony pytał „mamo, skąd wiedziałaś?”. Zawsze z uśmiechem mówiłam, że przed mamą nic się nie ukryje, że mama wie wszystko. I tak jest. Mama bezbłędnie rozpoznaje, gdy dziecko coś dręczy, gdy „kręci”, wyczuwa ból, którego jej Pociecha jeszcze nie nazwie, zauważa to, czego inni nie potrafią zobaczyć. Takie są mamy, nawet jeśli nie widzą, nie słyszą, to czują. Bo serce widzi więcej niż widzą oczy i słyszy to, czego nie mogą usłyszeć uszy.

To jeśli matka widzi tak wiele, to czy Ojciec nie będzie widział więcej? Często wydaje nam się, że Bóg owszem, widzi nasze czyny, słyszy słowa, ale nasze myśli są już wyłącznie nasze. Może to dlatego, że są tak ulotne, że sami często nie zdążymy się nawet do nich przywiązać? A może dlatego, że po ludzku myślimy, że tylko te zwerbalizowane są uchwytne? I tylko wtedy, kiedy MY pozwolimy, to pozna je ktoś jeszcze?

„Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach?” (Mt 9,1-8).
Jezus „usłyszał” myśli niewypowiedziane. Znał je. Jego słowa powiedziane do uczonych
w Piśmie są dowodem na to, że traktowanie naszych myśli jako nieodczytywalnych jest myśleniem dziecka, które uważa, że fakt zakrycia głowy kocem wystarczy, by nikt go nie zauważył.
On zauważy i odczyta nawet to, co nam wydaje się nieodczytywalne.

*

„Zgrzeszyłam myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem …..”
Za złe myśli też trzeba przeprosić.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Czytanie myśli została wyłączona

Powracające „Talitha kum”

Prababcia Maria – niewiele wiem o jej życiu. Dopiero teraz zaczynam odkrywać historię, która poniekąd jest też i moją historią. Tym bardziej próbuję składać z małych puzzli obraz życia dziewczyny, która usłyszała „Talitha kum”.

Urodziła się 1 lutego 1884 roku, jako córka Franciszki i Jana Feliks.  Wraz z rodzicami mieszkała w niewielkiej wtedy wsi na południu Polski. Utrzymywali się z prowadzenia gospodarstwa. Podejrzewam, że byli niczym niewyróżniającą się rodziną. Pracowici, pobożni, średniozamożni. Ich życie wyznaczały pory roku i praca na roli. Spokojne życie zaburzyła choroba Marii. Nikt nie wiedział, co się stało, ale młoda, około dwudziestoletnia dziewczyna przestała chodzić. Żaden z lekarzy nie umiał jej pomóc. Ból i niedowład nóg na stałe przykuł ją do łóżka. Lekarskie diagnozy nie dawały nadziei na to, że będzie mogła chodzić. Trudne to było niewątpliwie dla młodej dziewczyny, która musiała porzucić nadzieję na założenie własnej rodziny, urodzenie dzieci. Niełatwe zapewne było też dla jej rodziców. W gospodarstwie bowiem liczyła się każda para rąk.

Każdy dzień Marii wyglądał podobnie. Budziła się, gdy jej mama zaczynała krzątaninę
w kuchni, zasypiała, kiedy milkło życie w domu. Jej życie toczyło się w przykuchennej izdebce. Czy cierpiała z powodu swojej choroby? Nie wiem, ale zapewne tak, bo trudno sobie wyobrazić, żeby młoda dziewczyna chciała tak żyć. Wiem jednak, że dużo czasu spędzała na modlitwie i być może właśnie Bogu poświęcała tę chorobę.

Pewnego ranka Maria obudziła się z silnym przeświadczeniem, że nie jest w pokoiku sama. Otworzyła oczy i w nogach swojego łóżka zobaczyła jasną kobiecą postać, która powiedziała jej „Wstań”. Nie bardzo wiedząc, czy to sen, czy jawa Maria nie zareagowała. Po chwili usłyszała ponownie „Dlaczego leżysz? Wstań!”. Wtedy odpowiedziała „Nie wstanę,
nie mogę chodzić”. I ponownie kobieca postać odpowiedziała „Będziesz chodziła.
Złóż ofiarę Matce Bożej w Tarnowcu i będziesz mogła chodzić”. Jasna postać zniknęła.

Moja prababcia zdumiona słowami, które usłyszała przywołała swoją mamę, która w tym czasie przygotowywała już śniadanie i zapytała o to, kto ich odwiedził. Jednak mama, zaskoczona opowieścią zaprzeczyła jakoby miała miejsce jakakolwiek wizyta.

Co stało się dalej? Czym prędzej udano się do kościoła w Tarnowcu (dziś pobliska parafia)
i złożono ofiarę na mszę świętą w intencji uzdrowienia Marii. I stał się cud, choroba ustąpiła i nigdy już nie powróciła. Dziewczyna zaczęła znowu chodzić i zapomniała o bólu, jaki był jej udziałem. Założyła rodzinę i dzięki temu teraz mogę nazywać się jej prawnuczką.
Pamiątką tych zdarzeń jest stojąca do dziś w dawnym, przydomowym ogrodzie dziękczynna kapliczka, którą Maria ufundowała w imieniu i na prośbę swoich rodziców.

Opowieść o tych zdarzeniach przetrwała. Ja poznałam ją z ust mojej babci Janiny, która podobnie jak jej mama w pewnym momencie swojego życia doświadczyła cudu, o którym nie sposób nie opowiadać. Ale to osobna historia. A całość, to historia mojej rodziny, opieki Bożej Opatrzności i wielu cudów, które się działy i dzieją, bo niemal w każdym pokoleniu jedna z nas – kobiet tej rodziny słyszy z ust Boga „Talitha kum”.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Powracające „Talitha kum” została wyłączona

Zbyt mocno zamknięta izdebka

„Strzeżcie się, byście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli.” (Mt 6,1)

„Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać.
Gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu.”(Mt 6,5-6)

Czy nie jest tak, że czasem zbyt dosłownie traktuję te słowa? Zamykam izdebkę i nikt nie wie, że w ciszy mówię Mu „tak”. Nie daję światu poznać, że jestem Jego dzieckiem.
Nie zdradzam się gestem, słowem. Milczę, gdy trzeba Go bronić, traktuję swoją wiarę jak prywatną sprawę i nie umiem przyznać się do niej publicznie. Wstydzę się „zdradzić”
ze swoim postem, jałmużną, modlitwą…..

Wróć Jezu i powiedz coś jeszcze. Powiedz, że obłudnik to nie tylko ten, kto modli się, żeby ludziom pokazać, ale również ten, kto zakłamuje swoją wiarę ukrywając ją przed światem. Powiedz, że nie chciałeś, żebym zamykała tę izdebkę ze strachu, że ktoś zobaczy. Wesprzyj mnie i daj odwagę, żebym umiała wyjąć różaniec przy innych, powiedzieć „szczęść Boże” obcej osobie, przeżegnać się przed figurką i kościołem, dać świadectwo Twojej obecności
w moim życiu. Naucz mnie nie ukrywać się. Naucz mnie świadczyć.

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Zbyt mocno zamknięta izdebka została wyłączona

Efekt „wow”

Jeden z ostatnich „przepracowanych” przeze mnie tematów to spowiedź. Jakby na niego nie spojrzeć, to temat złożony, rzekłabym – trudny. Głównie przez to, że „żyjąc” z nim już tyle lat, wydaje się, że wszystko wiemy. Jak, kiedy i z czego się spowiadać. Mamy też zazwyczaj konkretny pogląd na to, u kogo lepiej. Czasem chodzi o konkretnego kapłana, czasem o to, czy lepiej u księdza, czy zakonnika. Dziś po przemyśleniu tego tematu na tysiąc sposobów mogę zaryzykować stwierdzenie, że nie wszystko, albo wręcz niewiele wiemy. Przygotowani do pierwszej spowiedzi świętej niejako infantylnie trwamy w utrwalanych przez lata nawykach i spojrzeniu na ten sakrament.
Nie chcę wchodzić w szczegóły tego tematu. Chcę jednak napisać o tym, czego doświadczyłam „zapoznając” się z nim na nowo.

Pierwsze dotknięcie, to spotkanie w konfesjonale przyjaciela. Panika. Ani uciec, ani wyznać grzechy. Myślę, że moment zaskoczenia był trudny dla nas obojga. Ale jego słowa o tym, żebym zapomniała, że to on siedzi w konfesjonale i żebym otworzyła się na Łaskę,
na Ducha Św. pomogły mi. Mimo wszystko, a może dzięki temu wychodziłam z kościoła
ze łzami lejącymi się ciurkiem.
Drugie dotknięcie, to spotkanie w konesjonale kapłana, który zanim jeszcze cokolwiek usłyszał, powiedział do mnie „dobrze, że jesteś, że przyszłaś”. Jak się poczułam? Jak ktoś, na kogo Pan Bóg czeka. Tam, w konfesjonale nie siedział ksiądz, tam czekał On.
Trzecie dotknięcie, to efekt pracy nad sobą. Próba nauczenia się prawdziwego, dojrzałego, rzekłabym – dorosłego rachunku sumienia. To trwa. Próbując dobrze przygotować się
do każdej spowiedzi powróciłam (trochę paradoksalnie :)) do dziecięcego spisywania grzechów na kartce. Pomaga. Nawet bardzo. Wyzbyłam się „klepania” w głowie grzechów w kolejce do konfesjonału po to, żeby czasem czegoś nie zapomnieć. Idę spokojna.
No może nie całkiem, ale na pewno spokojniejsza niż kiedyś. Ostatnia spowiedź (to jest właśnie to trzecie dotknięcie) skończyła się podarciem karteczki z grzechami i wyrzuceniem jej do kosza przed kościołem. Zrobiłam to jakoś tak odruchowo. Ale kiedy to nastąpiło, pojawiła się we mnie niesamowita myśl, że faktycznie pozbyłam się moich grzechów. Wow, nie ma ich, wyrzucone. Nie tylko do kosza, ale przede wszystkim z Bożej pamięci. Odpuszczone. Temat zamknięty i zaczynamy od nowa. Radość, lekkość, spokój.
I jeszcze myśl, że właśnie tam jest miejsce grzechów – w koszu. Jeśli jeszcze ich nie wyrzuciłeś – wyrzuć. Naprawdę robi się lżej.

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Efekt „wow” została wyłączona

Moja czy Jego droga?

Bywają w życiu takie momenty, kiedy nie wiemy jak dotrzeć do celu. Gubimy się stając na rozdrożach, w nieznanych miejscach, na nieoznaczonych szlakach. I chociaż dokładnie wiemy, dokąd chcemy dotrzeć, to nie wiemy którędy. Przyznając się do własnej bezradności musimy szukać pomocy. Najpierw GPS, mapa, znaki drogowe – w dowolnej kolejności i konfiguracji, a kiedy i to nie wystarcza, szukamy kogoś, kto zna drogę.

W ostatnich dniach zdarzyło się, że to ja mogłam być tym kimś, kto wskaże drogę. Mogłam więcej – mogłam nią poprowadzić.  Zrobiłam to, a później przyszła refleksja.

Kiedy ktoś zagubi się w gąszczu nieznanych dróg i poprosi o pomoc, musi zaufać.
Musi uwierzyć, że nie zostanie wprowadzony w błąd. I ufa. Naprawdę ufa, że otrzyma pomoc i wskazówkę jak dotrzeć do celu. Nie zakłada złych intencji tego, kogo pyta o drogę, nie dopuszcza myśli, że ktoś celowo wprowadzi w błąd. To naprawdę niesamowite, jak wielkie zaufanie okazuje się często zupełnie obcej osobie. W zamian dostaje się wskazówkę, a czasem coś więcej. Czasem może znaleźć się ktoś, kto nie tyle pokaże drogę,
ale poprowadzi do celu. Tak jak zrobiłam to ja. Nie pokazałam drogi, ale poprowadziłam nią. A zagubiona osoba całkowicie mi zaufała mimo, że moja droga momentami była ciasna, ciemna i pełna zakrętów. I ani raz nie zapytała, dlaczego tak? Dlaczego tędy,
a nie inną drogą? Nie kwestionowała moich wyborów, tylko ZAUFAŁA. Uwierzyła, że chcę jej dobra, że chcę pomóc.

Ile już razy pogubiłam się w życiu? Ile razy prosiłam „Boże pomóż, poprowadź”. A zaraz później pytałam „może nie tędy, może znajdziesz inną drogę?”. Licytowałam długość, wyboistość, liczbę zakrętów. I najczęściej wybierałam własną trasę – na skróty, nierzadko kończąc  w ślepej uliczce.
To doprawdy jest nawet zabawne, że zupełnie obca osoba potrafiła mi bezgranicznie zaufać, a ja, chociaż powtarzam „Jezu, ufam Tobie” wciąż tak naprawdę nie daję się poprowadzić. Nie potrafię zrozumieć, że nikt na całym świecie nie pragnie mojego dobra bardziej niż On – ten, który wie, która z dróg jest najlepsza i która poprowadzi do celu.
Ja wciąż kwestionuję i stawiam pytania.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Moja czy Jego droga? została wyłączona

Po prostu szukam

 

Szukam Cię w ciszy, Twoim milczeniu

Moim bezdechu

Szukam Cię w słowach, w myśli ulotnej

I w tej drążącej

Szukam Cię w szczęściu, w chwilach uniesień

W nieskończoności

Szukam Cię w żalu, w płaczu

W rozterce

Szukam Cię w deszczu, w słońcu

W powiewie

Szukam po trochu i też zachłannie

O każdej porze

Szukam i znajdę

Znajdę Cię Boże ………..

W drugim człowieku

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Po prostu szukam została wyłączona