Echo Jego słów

Czy po ogłoszeniu Jana Pawła II świętym mój świat się zmienił? Nie. Ale zatrzymałam się na chwilę. Kanonizacja i wspomnienia o kochanym człowieku – papieżu, który wydawał się być wiecznym pozwoliły mi wrócić do tego, czego wielokrotnie słuchałam, a jednak tak jakbym nie słyszała.
Napiszę o tym, żeby nie zapomnieć. Żebym mogła wrócić do notatek i jeszcze raz przypomnieć sobie wczorajsze refleksje.

„Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od Was nie wymagali”

Czy ja w ogóle  potrafię wymagać od siebie, czy raczej tylko wymagam od innych?
Czy stawiam przed sobą zadania? Czy umiem pracować nad własnymi słabościami?
Czy zauważam taką potrzebę?
Trudno samemu przed sobą przyznać się do tego, że…  nie wymagam. No, może troszeczkę ale na pewno zbyt mało. Zadowolenie z wypełnienia zadań niejako „zadanych” wystarcza, żeby pomyśleć: „Jestem w porządku. Zrobiłam to, co do mnie należało”.  Wczoraj mocno, wręcz dobitnie dotarło do mnie, że to za mało. Dlatego chcę podjąć trud stawiania sobie wymagań, chcę przemienić siebie. Przecież nigdy nie jest za późno.

„Nie lękajcie się!”

Lękam się. Tyle mam marzeń, pomysłów, tyle chciałabym powiedzieć, zrobić. Chciałabym chociażby otworzyć się i odważnie powiedzieć „oto jestem” – pomogę, potrafię, zrobię to, dam radę. A wciąż paraliżuje mnie lęk. Tylu rzeczy nauczyłam się w życiu, a nie wykorzystuję ich skrępowana jakimiś nieuzasadnionymi obawami, wykrętami które sama sobie wymyślam. Marnuję ewangeliczne talenty, chowam je na jakieś tam „kiedyś”, później”, „jeszcze nie teraz” i rodzi to we mnie frustrację. Już tak nie chcę – chcę żyć.
Dla innych i dla siebie.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Echo Jego słów została wyłączona

Ty teraz nie rozumiesz

Ewangelia św. Jana rozdz. 13, czytanie z Wielkiego Czwartku.  Podczas ostatniej wieczerzy Pan Jezus umywa nogi swoim uczniom. Zaskoczony Piotr nie chce przyjąć tego gestu: „Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?”. Jak to, Ty Nauczyciel, Syn Boga chcesz swojemu słudze paść do stóp, zmyć bród? Mocno zapadła mi w pamięci ta rozmowa, bo okazało się, że Piotr to ja.

„Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz ……..

Tak, to prawda. Wielu rzeczy nie rozumiem. Wieczernikowy gest potrafię co prawda pojąć i wiem, że tak musiało być ale wiele razy, wobec różnych życiowych niepowodzeń i zawirowań  stawiam pytanie „Panie, jak to, dlaczego tak? Dlaczego na to pozwalasz, dlaczego mnie doświadczasz, dlaczego nie wysłuchałeś, dlaczego to takie trudne? Dlaczego mi to robisz? Chcę wiedzieć, zrozumieć. Tu i teraz.

……. ale później będziesz wiedział”.

W tym kryje się moja nadzieja. Wiem, że odpowiedź kiedyś przyjdzie. Otworzą mi się  oczy i wtedy wszystko stanie się jasne. Pojmę, że tak musiało się stać, że to czy tamto było konieczne, żeby układanka utworzyła całość. Bo wszystko jest po coś. To, co dziś jest trudne i niezrozumiałe stanie się zrozumiałe. Okaże się, że to była jedyna możliwa droga. Bo On wie lepiej.
Słowa Jezusa wypowiedziane do Piotra pozwalają mi z ufnością czekać na to „później”. Dają mi siłę i wiarę, żeby przyjąć to, czego dziś nie rozumiem.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Ty teraz nie rozumiesz została wyłączona

Moje Dziękczynienie

Dziękczynienie ma moc. Tak mówią mądrzy ludzie. I wierzę, że mają rację. Ale jak dziękować, kiedy wokół nie ma niczego za co dałoby się podziękować? No bo Panie Boże, popatrzmy na moje życie – urodę mam przeciętną, bogactwa się nie dorobiłam, praca… a nieważne, mogłoby być znacznie lepiej. Marzenia te dawne i te niedawne jakoś się nie spełniły, to, o co ostatnio Cię prosiłam też jakoś bez echa, więc za co dziękować? Ale skoro to takie ważne, spróbuję.

Dzień 1 – to może podziękuję za pogodę. W sumie ten deszcz jest bardzo potrzebny.

Dzień 2 – dziękuję za pogodę i moich najbliższych. Im też muszę chyba podziękować za to, że ze mną są. Nie, to nie tak. Wcale nie muszę, ale chcę.

Dzień 3 – dziękuję Ci Boże za piękną pogodę, za moich bliskich, za zdrowie.

Dzień 4 – dziś chcę podziękować za cudowne słońce, za bliskich, za to, że jestem zdrowa, za ludzi, których postawiłeś na mojej drodze.

Dzień 5 – Panie Boże, tak bardzo Ci dziękuję za powiew wiatru, słoneczne promienie, białe, kłębiaste chmury nad moją głową, za bliskie memu sercu osoby, za ich zdrowie, za dwie ręce i dwie nogi, za przyjaciół, za nieprzyjaciół, bo od nich też czegoś się uczę, za siłę do znoszenia tego, czego czasem, wydaje się, unieść nie dam rady.

Dzień 6 – Boże, jak cudownie, że po raz kolejny mogę podziękować Ci za to, że dziś znowu otworzyłam oczy, zobaczyłam wschód słońca za oknem, usłyszałam ptaki, za spotkanie z bliskimi, za to, że są, że służą, za ich cichą obecność wtedy, kiedy nie mogą pomóc i za ich otwarte serce, za każdy gest ludzkiej dobroci, za to, że stawiasz przede mną wyzwania, również zdrowotne, za tych, z którymi krzyżujesz moje drogi  po to, żebym to ja mogła być dla nich pomocą i wsparciem.

Dzień kolejny – ………………………………… i za talenty jakimi mnie obdarzyłeś. Zaraz, Panie Boże, przecież jeszcze nie podziękowałam Ci za tę cudowną myśl, która zakiełkowała w mojej głowie, za radość i spokój mojego serca, za nadzieję, za możliwość realizowania marzeń, planów, za to dzisiejsze niesamowite spotkanie, za wiarę w ludzką dobroć, za moje miejsce na ziemi, za to, że uczysz jak żyć, za to, że przebaczasz, że pozwalasz podnosić się z największego upadku, za to, że pocieszasz.
I za to, że krok po kroku otwierasz moje serce, moje oczy, uczysz mnie słyszeć, nie tylko słuchać i przyjmować to, czego czasem po prostu nie rozumiem.

Dziękuję również za to, że uczysz mnie dziękować.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Moje Dziękczynienie została wyłączona

Z piątkowej drogi krzyżowej

„Czuję się jak z krzyża zdjęta lub zdjęty”. Tyle razy to słyszałam i pewnie sama wiele razy tak powiedziałam, pomyślałam. Tylko, czy ja naprawdę wiem co to znaczy? Czy ja mam chociaż blade pojęcie o tym, jak czuje się człowiek, który najpierw jest skatowany, później wręcz przewleczony w skwarze południowego słońca przez nierówne, raniące stopy ścieżki? Upadający, bez sił, dźwigający belki zbyt ciężkie nawet dla wypoczętego, zdrowego, silnego mężczyzny…. . Jak może czuć się człowiek, któremu głowę zorano ostrymi kolcami suchych cierni i nie pozwolono w drodze odpocząć?

Nie mogę mieć o tym bladego pojęcia. Mogę jedynie zrozumieć jak czuje się ktoś, kogo stawia się przed niesłusznymi zarzutami. A i to czasem jest wystarczająco trudne, żeby umieć się podnieść.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Z piątkowej drogi krzyżowej została wyłączona

W tym szaleństwie jest metoda

Siostra Cristina Scuccia powinna dostać od twórców programu The Voice of… worek pieniędzy. Chyba nikt inny nie zrobił temu popularnemu programowi takiej reklamy jak ona. Liczba osób, które obejrzały występ młodziutkiej urszulanki kwalifikuje się już chyba do Księgi Guinnessa. To tak żartem. A na poważnie, to chciałaby podziękować osobom takim jak ona i pogratulować odwagi.

Wiele krytycznych słów pojawiło się w Internecie po tym występie. I jak to zwykle bywa wiele osób wie lepiej gdzie jest miejsce siostry zakonnej, co jej przystoi a co nie i czym powinna się zajmować. Jeden z dziennikarzy trafnie to ujął mówiąc, że wielu widziałoby ją przy praniu habitów, szorowaniu podłóg prezbiterium i prasowaniu obrusów. Tak, to takie powszechne skojarzenie – siostra zakonna to ktoś, kto oddając swoje życie Bogu może już tylko modlić się, modlić się i …. modlić się. No i służyć kościołowi swoją cichą obecnością, czyli pomocą tam, gdzie trzeba przygotować ołtarz, udekorować kościół, poprowadzić dzieci w procesji Bożego Ciała.
Tylko, że gdzie w takiej sytuacji jest miejsce na ewangelizację? Kto skorzysta z przykładu sióstr modlących się w ciszy kościoła bądź za murami klasztorów? Dla kogo będą przykładem i świadectwem?
Mam szczęście znać zarówno kapłanów jak i siostry, którzy podobnie jak siostra Cristina potrafią pokazywać, że Pan Bóg zanim powołał ich do życia konsekrowanego, dał im cudowne talenty po to, by dzięki nim byli magnesami, które przyciągają do kościoła ludzi różnych środowisk.
Znam cudowną siostrę, która gra na gitarze, śpiewa, zaraża optymizmem, kocha dzieci i poświęca im cały swój czas. Nie zawahała się, kiedy trzeba założyć różowe przebranie z bibuły, biegać z dziećmi boso po piasku. Ona świadczy. Swoją postawą pokazuje radość ze swojego powołania.
Znam też księdza, który zanim usłyszał Boże „pójdź za mną” był dziennikarzem. Posłuchał tego głosu. A później Pan Bóg powiedział, że skoro ma talent, to niech go wykorzystuje dalej – tym razem już w sutannie.
I jeszcze jeden kapłan – piłkarz. Z miłości i powołania. Bał się, że Pan Bóg wymaga od niego wyłączności. Z każdym jednak dniem ma szansę przekonywać się, że wymaga raczej autentyczności. Przez sport ma możliwość dotarcia do tych, którzy sami być może do kościoła nigdy by nie przyszli. Ma szansę ewangelizować na boisku. Zarówno słowem, jak i przykładem. Czasem bowiem łatwiej rozmawia się o Bogu tam, gdzie pozornie go nie ma. O tym księdzu jeszcze usłyszymy.
Takie przykłady mogłabym mnożyć. Choćby jeszcze ks. Jakub Bartczak – raper. Był nim zanim został księdzem. On też dostał od Boga szansę wykorzystania swoich zdolności. Wydał płytę – rapuje o Bożej miłości.

I na koniec jeszcze refleksja. Wspomniałam na początku, że chciałabym pogratulować odwagi osobom takim jak siostra Cristina. Dlaczego? Dlatego, że potrzeba naprawdę dużej wiary i odwagi, żeby być żywym świadkiem Chrystusa. Żeby zmierzyć się z problemami dzisiejszego świata, stanąć oko w oko z przeciwnikami kościoła, pokazać swoją wiarę tym, którzy potrafią wyśmiać, skrytykować a nawet opluć. Żeby wyjść w sutannie czy habicie tam, gdzie ten strój często będzie powodem do zaczepek a nierzadko obelg. Naprawdę potrzeba dziś odwagi, żeby być radosnym chrześcijaninem i pokazać, że wiara nie zamyka się w murach kościoła. Powiem więc jeszcze raz – w tym szaleństwie jest metoda. Sposób by trafić do wielu serc.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania W tym szaleństwie jest metoda została wyłączona

Wierzący niepraktykujący

Co to znaczy być wierzącym niepraktykującym?
To znaczy to samo, co być niepraktykującym abstynentem.

Genialne. Od lat głowię się w jaki sposób wyjaśnić wszystkim tym, którzy deklarują, że Pan Bóg tak ale kościół niekoniecznie sprzeczność tego, co próbują przemycić jako swoją filozofię wiary. I nic. Wszystkie argumenty oczywiście trafiają, ale tak jakby z powrotem do mnie a do moich adwersarzy raczej nie.

Porównanie księdza P. Pawlukiewicza wydaje się trafiać w samo sedno. Bez zbędnych słów. Dziękuję 🙂

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Wierzący niepraktykujący została wyłączona

Charyzmaty – zakopane „talenty”

Przeczytałam kiedyś tekst, niestety nie pamiętam już czyjego autorstwa, którego fragment bardzo mnie poruszył. Do tego stopnia, że zapisałam go sobie w osobistym notatniku. I choć od tamtej pory minęło już sporo czasu, to wciąż do niego wracam i w pewnym sensie nie daje mi on spokoju. Dotyczył kapłanów.

„Księża w prezencie w dniu święceń otrzymali gratisowy pakiet: uzdrawianie, modlitwę wstawienniczą i wypędzanie złych duchów. Kapłański pakiet. A chłopy przez 40 lat żyją i nie odpakowują tego prezentu.”

Być może przeszłabym nad tym bardziej obojętnie, gdybym niemal w tym samym czasie nie przeczytała świadectwa ks. Marcina Mokrzyckiego. To właśnie ono:

„Trzy lata temu szedłem z Panem Jezusem do chorych. Pukam do drzwi, otwiera mi kobiecinka opierająca się na „balkoniku” i mówi: „Proszę wejść!”. A ja grzecznie, chcąc być gentlemanem mówię: „Pani przodem”. Ona wypaliła: „Oooo, nie! Pan Jezus przodem!”. Pomyślałem: „O matko, ta kobieta ma wiarę! Nie powiedziała: „Ksiądz przodem”, ale „Pan Jezus”.
Pomodliliśmy się, kobieta przyjęła komunię św. pobłogosławiłem i kiedy byłem już przy drzwiach usłyszałem: „Proszę księdza, czy ksiądz może mi pomóc?”. Na co ja grzecznie: „Słucham, droga Pani”. Ona wtedy wyciągnęła ręce do przodu (jak do robienia przysiadów) i mówi: „Proszę zobaczyć, jakie mam spuchnięte ręce. Nie mogę brać do rąk ani łyżeczki, ani szklanki… Z trudem jem, bo aż parzy w środku”. No i sobie wtedy pomyślałem: „Kobito, jak masz problem, to do lekarza!”. A ona mi przerywa: „Ale ja wierzę, że jak ksiądz położy ręce w imieniu Pana Jezusa, to będę uzdrowiona”. I tutaj czas się zatrzymał. Poczułem jakbym dostał bejsbolem w łeb.
Przypominało to ujęcie w filmach akcji (np. w Matrixie): tło się zamazuje, czas się zatrzymuje, tylko ona i ja. Stoimy naprzeciw siebie. Przez głowę leciały mi ciurkiem teksty z Biblii, jeden za drugim. O tym, jak Jezus wysyłał uczniów i mówił „uzdrawiajcie chorych”, „dałem wam władzę stąpania po wężach i skorpionach”, fragment o uzdrowieniu z Dziejów Apostolskich, gdzie Piotr mówi: „Nie mam srebra ani złota, ale to, co mam to ci daję: W Imię Jezusa Chrystusa wstań i chodź”. Nie wiedziałem, co się dzieje. I w tym momencie pomyślałem  sobie – przecież ja w to nie wierzę! Natychmiast jednak przypomniało mi się, jak apostołowie modlili się „Panie przymnóż nam wiary”. Więc co?
Zamknąłem oczy i mówię w myślach: Panie przymnóż mi wiary, Panie przymnóż mi wiary, Panie przymnóż mi wiary, Panie przymnóż mi wiary, Panie przymnóż mi wiary. Otwieram oczy, a ona cały czas trzyma ręce przede mną. O, matko! Zamykam oczy i znów modlę się (tym razem jeszcze szybciej): Panie przymnóż mi wiary, Panie przymnóż mi wiary, Panie przymnóż mi wiary… Myślę… No jak długo tak można?
Otworzyłem oczy, a ona ciągle ma wyciągnięte ręce! Pomyślałem: „Dobrze, że nie ma nikogo innego w mieszkaniu, bo jakby to ktoś widział, to masakra jakaś…”. Położyłem swe ręce i zacząłem się modlić. W pewnym momencie czułem przynaglenie, by jej powiedzieć: „W Imię Jezusa Chrystusa jesteś uzdrowiona”. O nie! Co to, to nie! W życiu tego nie powiem! Modlę się dalej i przynaglenie wraca… Pierwszy raz, drugi, trzeci… Myślę: „Nikt nie słyszy, więc powiem. Najwyżej zbłaźnię się tylko przed jedną osobą”. Powiedziałem: „W Imię Jezusa Chrystusa jesteś uzdrowiona”. A ona na to: „Księżulku, dziękuję, nie boli”.
Pozostałem lekko skrzywiony i myślę, kurcze, co jest? Placebo jakieś? „Wkręciła” się kobiecina… Wyszedłem z mieszkania. Myślę: przecież Pan Jezus nie zrobi jej takiego świństwa, że jeśli kobieta z wiarą Go błaga, to nie da jej odczuć efektu placebo, by przez dwie godziny przestało ją boleć a potem ból znów miałby wrócić.
Kolejny raz zdałem sobie sprawę z tego, że nie wierzę w to, co się wydarzyło. Ale przypomniało mi się, że św. Tereska mówiła „Wierzę, bo chcę wierzyć”. No też chcę, ale jakoś tak mi dziwnie… Słyszałem kiedyś, że trzeba zrobić w takich sytuacjach krok wiary… Pomyślałem: „Co może być takim krokiem wiary? Wiem! Opowiem o tej sytuacji na niedzielnym kazaniu!”
Powiedziałem. Ludzie w kościele pootwierali usta ze zdumienia. Co ten ksiądz gada? Rozglądali się dookoła, patrzyli jeden na drugiego, szturchali… Kosmos. Spociłem się jak mops. No, Panie Jezu: masz pajaca! A niech się śmieją!
Dziwnym trafem tego kazania słuchała sąsiadka tej uzdrowionej kobietki, która domyślając się, o kogo chodzi, po kazaniu nie omieszkała sprawdzić, co się działo. Przyszła do mnie po dwóch dniach do zakrystii przynosząc mi pozdrowienia od Pani Helenki, która potwierdziła uzdrowienie, mówiła, że nadal nic ją nie boli i zaprasza mnie na kawę 🙂
Wybrałem się do niej na kawkę. Ledwo wszedłem a ona wypaliła: „Ojczulku (tak teraz będę do księdza mówiła): ale Pan Jezus jest dobry! Na prawej ręce miałam opuchliznę od trzech dni, a na lewej…. od pięciu lat! I obie zniknęły!” Wypiliśmy kawę.
Gdy przyszedłem do niej po raz kolejny na „dzień dobry” rzuciła: „Tak mnie kolana bolą. Pomodlimy się?” Myślę: „Oooo nie! Znowu?”. Ona siada i czeka. Taka krępująca sytuacja… No dobra… Modlę się i znów mam przynaglenie: „W Imię Jezusa, jesteś uzdrowiona”. Panie Jezu znowu? Odważyłem się wybąkać: „W Imię Jezusa wstań”. Wstała. „W Imię Jezusa usiądź”. Usiadła. „W Imię Jezusa wstań”. Wstała… Znów uzdrowienie.
Jak nadchodził dzień pójścia do chorych, miałem już „schizę”. Matko, co pani Helenka znowu wymyśli? Ta kobieta ma wiarę. Jest uboga – anawim. A Bóg przez nią otworzył mnie na charyzmat uzdrawiania.

Cóż, najpierw pojawił się uśmiech, później zaduma, a na koniec popularne zapytanie: I co, da się? Da się. Trzeba tylko chcieć i przede wszystkim wierzyć.
Oczywiście ta wiara powinna być w każdym z nas, ale mam chyba trochę żalu do samych kapłanów za to, że tak rzadko korzystają ze wspomnianego na początku „pakietu”. Nawet błogosławieństwo stało się „narzędziem” stosowanym na specjalne okazje. Owszem, w kościele, na zakończenie mszy, podczas nabożeństw ale nie w codzienności dnia. A tak wiele przecież ono może.

Znam osobiście pewną siostrę zakonną, która prosi o błogosławieństwo niemal każdego napotkanego na swej drodze księdza. I nie tylko dla siebie. Prosi o błogosławieństwo dla innych. Zawsze żartobliwie i z uśmiechem powtarza, że to przecież obowiązek. Taki dostali dar, taką moc, więc pędzi do nich lub za nimi ze słowami „Padre, błogosławieństwo!”. Jest silną kobietą, choć po ludzku można byłoby powiedzieć, że bardzo słabą. Może to właśnie te liczne błogosławieństwa, które wyprasza w codziennym życiu pomagają jej trwać i służyć innym.
A może po prostu tak trzeba – poprosić i tym samym pomóc kapłanom otworzyć się na charyzmaty? I może właśnie wtedy rozpakują ten swój „pakiet startowy” 🙂

Aktualizacja:

I jeszcze słów kilka od Katarzyny Emmerich, niemieckiej zakonnicy, stygmatyczki, mistyczki:
„Miałam też liczne wizje odnoszące się do kładzenia rąk, do skuteczności błogosławieństwa i do działania ręki na rzeczy oddalone, a to wszystko objaśniono mi na przykładzie łaski Elizeusza, oznaczającej rękę. Dlaczego dzisiejsi kapłani tak rzadko leczą i błogosławią?”

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 5 komentarzy

Czego można życzyć Aniołowi?

Kochanie, rok temu napisałam do Ciebie list. Pamiętasz?

Kochana Aniu!

Mija siedemnaście lat od dnia, kiedy mogłam Cię przez króciutką chwilkę zobaczyć. Urodziłaś się cichutko, bez płaczu oczekiwanego przez położną i lekarzy, którzy pomagali Ci przyjść na ten świat. Miałaś z nami pozostać. Nie udało się…. Byłaś mgnieniem, chwilką, ulotnością. Odeszłaś, żeby nie cierpieć, żeby żyć w Tym, który pozwolił Ci zaistnieć, który do Twojego maleńkiego ciała dodał duszę.
Tak naprawdę jednak nie odeszłaś. Jesteś ze mną. Cały czas żyjesz w moich myślach, sercu, wspomnieniach. Taka malutka, bezbronna, cichutka….

Zacznę od początku. To nieprawda, że żyłaś tylko pół godziny, jak to zapisano we właściwych aktach. Żyłaś przecież we mnie zanim ktokolwiek mógł Cię zobaczyć. Rozmawiałam z Tobą, głaskałam Twoje nóżki, którymi wypychałaś mój coraz większy brzuch. Byłaś ze mną prawie dziewięć miesięcy. Byłaś radością, szczęściem, oczekiwaniem, słoneczkiem, nadzieją macierzyństwa, moim uśmiechem i pragnieniem. Napisałam „byłaś’. Dlaczego nie „jesteś”?
Przepraszam Cię Kochanie. Tak bardzo Cię przepraszam za ten czas przeszły. Przepraszam, jeśli choć przez chwilę odczułaś moje słabnące uczucia.
Wiele, wiele razy rozmawiałam z Tobą ale chyba nigdy nie przyznałam Ci się do tego jak bardzo się bałam. Nie tylko o Twoje życie i zdrowie. Bałam się o moje uczucia wobec Ciebie. To taki mój osobisty dramat, z którym chcę się wreszcie uporać. Opowiem Ci o tym.

Nie ma większej miłości niż ta, którą matka otacza swoje dziecko. Nie ma takich słów, które w prawdziwy sposób mogłyby oddać siłę tego uczucia. Ta miłość jest Darem i Odpowiedzialnością. Od pierwszych chwil przepełnia serce, jest każdą myślą, oddechem, oczekiwaniem i budowaniem planów.
Kochałam Cię jak szalona, nie wiedząc jeszcze czy mam Cię nazywać córeczką, czy synkiem. Wsłuchiwałam się w siebie oczekując, że powiesz mi kim jesteś. Śledziłam w książkach i czasopismach każdy Twój dzień wyobrażając sobie jak wyglądasz, co już potrafisz robić.
A Ty rosłaś we mnie – najpierw malutka jak ziarenko piasku, kropelka wody, później całkiem spora fasolka, truskaweczka … Rozwijały się Twoje rączki, nóżki, oczy. Pojawiły się pierwsze grymasy maleńkich ust i tak przeze mnie oczekiwane ruchy motylka. Trzepotałaś tymi malutkimi kończynkami jak skrzydełkami. Mój kochany mały motylek w brzuchu swojej mamy.
Skarbie, do dziś pamiętam jak poczułam Twój pierwszy ruch. Nie wiedziałam, czy to faktycznie Ty, czy może tylko sobie to wyobraziłam. Prosiłam – jeszcze raz, zrób to jeszcze raz. Radość, łzy szczęścia, szaleństwo! Każdy Twój sygnał, że jesteś we mnie, że rośniesz, każde dotknięcie, a później coraz mocniejsze kopnięcie było darem niebios. Rozkochiwałam się w Tobie coraz bardziej, nie wiedząc jeszcze jak bardzo można kochać. Słuchałam bicia Twojego serduszka i przygotowywałam się do bycia mamą, unosząc się nad ziemią w niegasnącym zachwycie.
Siedem miesięcy. Siedem miesięcy niezmąconej nadziei i jedna chwila, która złamała mi skrzydła.
Chodziłyśmy razem do Pana doktora, żeby sprawdzić jak szybko rośniesz i czy moje zdrowie pozwala na Twój pełny rozwój. Wszystko było w porządku ale tylko do tego dnia .…
Oglądaliśmy Cię na monitorze aparatu USG. Pan doktor mierzył, ważył Mój Skarb, a ja podglądałam jak machasz nóżkami i rączkami. Radośnie dopytywałam o każdy szczegół związany z Tobą, gdy nagle dowiedziałam się że mogę Cię stracić.
Kochanie, czas stanął w miejscu. Łzy kapały mi jedna po drugiej, gdy uświadomiłam sobie, że być może nigdy nie usłyszę Twojego płaczu, śmiechu, słowa „mama” z twoich ust. Twoje delikatne rączki nigdy nie obejmą mnie za szyję. Nie chciałam w to wierzyć. Wiedziałam, że będę walczyć. I walczyłam.
Jeździłyśmy razem od lekarza do lekarza, leżałyśmy w szpitalu, poddawałyśmy się licznym badaniom. Chcieli wiedzieć o Tobie wszystko – jak rośniesz, czy Twoje płuca będą mogły się rozwinąć, czy nie masz współistniejących wad, czy jesteś chłopcem czy dziewczynką. Walczyli razem ze mną, ale mimo wszystko nie dawali mi zbyt dużo nadziei. Opowiadali o ryzyku, wątpliwościach, zagrożeniach i operacjach przez które będziesz musiała przejść, jeśli będziesz na tyle silna, żeby na nie poczekać. Zaczynałam się bać. Nie tego, co nas czeka. Zaczynałam się bać swojej miłości do Ciebie. Bałam się, że pokocham Cię zbyt mocno, tak mocno, ze jeśli zechcesz być Aniołkiem, to pęknie mi serce.
Podczas jednego z badań dowiedziałam się, że jesteś dziewczynką. Od tego dnia mogłam już nazywać Cię córeczką. Kochałam więc teraz malutką córeczkę, czekając na dzień, kiedy będę mogła Cię zobaczyć. A jednocześnie dozowałam sobie tę miłość wciąż lękając się tego, co będzie ze mną kiedy nie będzie już „nas”. Nie chciałam, żebyś się urodziła. Czułam, że bezpieczna jesteś tylko we mnie. Tak koszmarnie bałam się dnia Twoich narodzin i pustki jaką mi zostawisz!
Miłość której tak bardzo się bałam, którą sobie dozowałam, próbując nie pokochać Cię zbyt mocno była silniejsza. Rozmawiałam z Tobą prosząc żebyś była silna, żebyś walczyła! Głaskałam swój brzuch i prosiłam, żebyś rozmawiała ze mną póki mamy ten czas tylko dla siebie. Każdy Twój ruch, sygnał, każde kopnięcie było naszą rozmową. Tak bardzo chciałam żebyś została ze mną na długo, na zawsze ….  I jednocześnie tak bardzo chciałam Cię zobaczyć, przytulić. Nie wiem jak mogę Ci to wytłumaczyć. To oczekiwanie i ograniczanie sobie prawa do miłości. Nie wiem, jak mogłam próbować kochać Cię mniej. Nie wiem, czy miałam do tego prawo …
Teraz wiem, że na szczęście nie udało mi się kochać Cię mniej. Miłość, którą mi dałaś jest we mnie cały czas. Ty jesteś we mnie. Nie odeszłaś, chociaż fizycznie Cię nie ma.

Aniu, przez siedemnaście lat każda myśl o Tobie była chwilą rozpaczy, bólem, który umiejscawia się w każdej komórce. Teraz chcę zamknąć ten rozdział. Chcę się cieszyć tym, że byłaś ze mną. Chociaż tak krótko, to przecież byłaś i co ważniejsze zostałaś. Zostałaś we mnie, w moim sercu, myślach, wspomnieniach.
Moja kochana córeczka ….

Tak, moja kochana córeczka dzisiaj obchodziłaby swoje osiemnaste urodziny. Wiem, czego wtedy mogłabym jej życzyć. Ale doprawdy nie wiem, czego można życzyć dorosłemu już Aniołkowi. Może więc po prostu podziękuję.
Dziękuję Ci Kochanie za to, że przez te wszystkie lata mogłam Cię kochać i myśleć o Tobie, wspominać nasz wspólny czas motylków, kopania i głaskania. Dziękuję za to, mogłam być Twoją mamą chociaż przez chwilkę i za to, że mogę marzyć o spotkaniu z Tobą. Dziękuję za każdy mój uśmiech i każdą łzę dedykowaną Tobie. Dziękuję za to, że byłaś, jesteś i będziesz…

I wiesz co, bardzo się cieszę, że urodziłaś się w dniu Zwiastowania. Dniu Świętości Życia.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 2 komentarze

Rzecz o zaufaniu

„Ci, co zaufali Panu, odzyskują siły
Otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia”

Wczoraj, podczas porannej eucharystii papież Franciszek przypomniał nam jak to jest z tym zaufaniem do siebie. „Człowiek, który pokłada nadzieję w sobie, w swoim majątku czy ideologii, skazany jest na nieszczęście. Ten natomiast, kto ufa Panu, wyda owoc nawet w czasie suszy”.

Czy ufam? Ależ oczywiście, że tak. Przecież jestem wierząca, praktykująca, modląca się itd. Przecież staram się jak mogę. Czy aby na pewno? Zagłębiam się w siebie … Czy aby na pewno??? Nie wiem.

Jakoś tak się złożyło, że ostatnio kilkakrotnie „wpadały” w moje ręce artykuły mówiące o dziesięcinie. Tej biblijnej, realizowanej tu i teraz, w codziennym życiu. Spotykałam się z ludźmi, którzy miesiąc po miesiącu, do skarbonki odkładają dziesięć procent swoich dochodów po to, żeby oddać Bogu to, co jest mu należne. Jak mówią, to jest tylko 10%, bo zatrzymują 90%. Na co przeznaczają pieniądze? Na potrzeby Kościoła: Domowy Kościół, parafię, cele misyjne, dzieła miłosierdzia. To nie są pieniądze oddawane z łaski, z tego co zbywa. Jest to świadoma decyzja okazania Bogu wdzięczności za to, że pieniądze są, że możemy zarabiać i cieszyć się dobrem, które przecież pochodzi od Niego. To dzięki Jego łaskom, zdrowiu, talentom możemy mieć to wszystko, co jak nierzadko nam się wydaje, po prostu nam się należy. I tym ludziom pieniędzy nie brakuje. Zaufali.

Pewien ksiądz, jako przykład działania tego zaufania i jego efektów opowiedział historię, której był niejako świadkiem. Rzecz miała miejsce we Włoszech. Będąc klerykiem dostał zadanie znalezienia sponsorów mogących wesprzeć pewien cel. W swoich poszukiwaniach trafił do człowieka będącego właścicielem fabryki makaronu. Jak się okazało, bankrutującego właśnie zakładu. Z rozmowy wynikało, że nie mógł nic zaoferować. I z racji swojego stosunku do kościoła nawet nie chciał. Ale nawiązała się rozmowa. Na tyle długa i sympatyczna, że w momencie pożegnania przyszły kapłan otrzymał czek. Kiedy spojrzał na niego, zaskoczony zapytał, czy nie nastąpiła pomyłka? W odpowiedzi usłyszał, że nie. Wyjaśniając darczyńca powiedział, że te pieniądze jemu już nie pomogą. Jeśli jednak mogą pomóc innym, chętnie je odda. Były to właściwie ostatnie pieniądze jakie posiadał. Dość duża kwota, jednak zbyt mała, żeby ratować upadającą fabrykę.

To nie koniec historii. Miała i właściwie ma ciąg dalszy.
W niedługim czasie skontaktowała się z klerykiem matka właściciela. Okazało się, że bardzo krótko po tamtym spotkaniu do jej syna zgłosił się ktoś z olbrzymim zamówieniem. Na tyle dużym, że pozwoliło to fabryce „odbić się od dna”. Nawiązała się współpraca, dzięki której zakład przetrwał, ludzie utrzymali pracę, a ich pracodawca po dziś dzień cieszy się zyskami. I z pełnym zaufaniem oddaje Bogu to, co jest mu należne.

Słuchając tej historii pomyślałam, że ten człowiek podjął ogromne ryzyko. Tylko, czy to było ryzyko? Przecież „ci, co zaufali Panu odzyskują siły. Otrzymują skrzydła jak orły”. Bóg wielokrotnie dał dowód na to, że opiekuje się  tymi, którzy oddają mu wszystko. Czego więc brakuje mi? Chyba odwagi, żeby całkowicie zaufać Jemu. Wciąż zbyt mocno ufam sobie.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | 3 komentarze

Język dobrego wychowania


„Posługujemy się językiem dobrego wychowania. Mówimy coś miłego, czego nie czujemy. Do czego to prowadzi? Zaczynając od komplementu, pochlebstwa możemy skończyć na fałszu i oskarżeniach.”

Te słowa skierował do nas jakiś czas temu papież Franciszek. Nie dają mi spokoju. Nie wiem, czy zacytowałam je dosłownie, ale zależy mi na ogólnym ich przekazie.
Wracam do nich często. Najczęściej wtedy, kiedy słucham rzeczy, z którymi się nie zgadzam a milczę, kiedy rani mnie ktoś, z kim wolałabym żyć w zgodzie, więc tylko się uśmiecham, kiedy przytakuję komuś, od kogo jestem w jakiś sposób zależna, choć wolałabym powiedzieć mu prosto w oczy moją prawdę. Czasem wtedy, kiedy nie chcę, nie mam siły walczyć, kiedy przekładam tzw. święty spokój nad moje racje. I kiedy uśmiecham się do ludzi, po to, żeby uważali mnie za miłą, a nie za „Polskę walczącą”. Tak, komplementy też mówię. Bywa, że przemyślane, żeby się przypodobać i bywa tak, że niejako z rozpędu – powszechne. Chwalę, bo wszyscy chwalą; lubię, bo nie wypada nie lubić; potulnie przyjmuję, bo tak jest wygodniej. Momentami wydaje mi się, że mówię to, co chcą usłyszeć inni. Dlaczego? Bo chcę być miła, chcę się przypodobać, bo tak zostałam wychowana. Nie ja jedna. Tak się wychowuje dzieci: bądź miły, uśmiechaj się do pani, lepiej się nie odzywaj, nie nadstawiaj głowy, przemilcz, przeczekaj …. Chyba wszyscy to znamy.

Czy jest mi z tym dobrze? Dziś wiem, że nie. Zrozumiałam, że każdy ukryty bunt, przemilczana niezgoda, każda niewypowiedziana złość, to tak naprawdę początek osobistego dramatu. Początek walki z moim wewnętrznym „ja” i zalążek depresji, która bazuje na żalu nie tyle do świata o to, że jest zły, co na żalu do siebie. O co? O to, że nie powiedziałam bliskiej osobie jak bardzo mnie rani, szefowi, że nie zgadzam się na jego oszustwa, pani w szkole, że swoim słownictwem gorszy dzieci, znajomym, że są pysznymi snobami i pozerami, „komuś”, że to co robi to po prostu kradzież. O to, że ukrywałam myśli, uczucia dla zadowolenia innych albo ze strachu przed odrzuceniem. Jestem na siebie wściekła. Jestem zła, bo odkryłam w jakiej wielkiej niezgodzie z samą sobą żyję.

Pytanie teraz, co mam zrobić z tą swoją złością? Jak mam żyć, żebym mogła patrząc w lustro powiedzieć „Tak, to ja. Prawdziwa ja”?

Odpowiedź przyszła z internetu. Przez nieprzypadkowy zapewne przypadek trafiłam na kazanie ks. Piotra Pawlukiewicza, w którym mówił o gniewie. I wszystko w logiczny sposób zaczęło się układać. Po pierwsze dowiedziałam się, że mam prawo do gniewu. Dziwne, prawda? Mało tego, dowiedziałam się, że gniew jest dobry, pochodzi od Boga. Co więcej – jest biblijny. Gniewali się prorokowie Mojżesz, Amos, Jeremiasz i gniewał się sam Jezus. Gniew był krzykiem, który pochodził z bólu, z wnętrza. Mnie też boli, więc ja też mogę się gniewać. A nawet powinnam. Mam prawo w ten sposób wyrażać swoją złość, bezsilność po to, żeby nie doprowadzić do „duchowych wrzodów”, jak to ładnie ujął ks. Pawlukiewicz, a w konsekwencji do depresji.
Problem polega tylko na tym, żeby nauczyć się ten gniew oswajać. To ja mam nad nim panować, nie on nade mną. Mój oswojony gniew ma mnie prowadzić do szczęścia, ma mi pomóc wyrazić moją niemoc tam, gdzie zawiodą inne środki, kiedy nie mam siły na walkę, tłumaczenie. Nie może on oczywiście przybrać formy obrażania się, izolowania, czy zamknięcia na drugą osobę. To ma być mądry gniew, który będzie naszym oczyszczeniem, środkiem, który pozwoli na bycie w prawdzie ze samym sobą. Tłumiony „ból duszy” bowiem, jakim jest właśnie gniew spowoduje w nas jeszcze większą złość i niezadowolenie. Bunt, który się pojawi będzie skierowany nie tylko przeciwko przyczynie gniewu, ale zniszczy nas samych. Ukrywana niezgoda na życie wbrew przekonaniom, przeciwko sumieniu otworzy drogę depresji.

Teraz wiem, że muszę nauczyć się mówić językiem prawdy a nie „dobrego wychowania”. I muszę pozwolić mojemu gniewowi wyrazić wewnętrzny ból.
Czy chcę być miła? Tak, ale przede wszystkim chcę być prawdziwa. I chcę kochać siebie, bo tylko wtedy będę mogła kochać innych. Dziś to wiem. I zrozumiałam, że najprawdziwsza droga do życia w zgodzie z samym sobą to ta, na której będę umiała skorzystać ze słów „niech wasza mowa będzie tak tak, nie nie …….”.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Język dobrego wychowania została wyłączona