Kto strzela do dzieci?

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – Kanclerz Jan Zamoyski.
Taki będzie świat i jego przyszłość…

To nie my zbudujemy przyszłość naszą lokalną czy też globalną. Zrobią to nasze dzieci. My możemy budować tu i teraz a im pokazać jak robić to dalej. Mówi się, że dzieci, to niezwykle plastyczny „materiał”, że „chłoną jak gąbka”. I jest w tym wiele prawdy. Wystarczy spojrzeć w oczy dziecka, gdy z podziwem śledzi wszelakie poczynania rodziców i kiedy mówi, że chce być takie jak mama czy tata. I codziennie, krok po kroku naśladuje w rzeczach małych, żeby powoli dojść do tych większych. Dobrych i złych.

Dziecko, zwłaszcza małe, niezależnie od tego czy nasze własne, czy tez nie uruchamia prawie w każdym pokłady najwspanialszych i często świadomie skrywanych uczuć.  Wzrusza, wzbudza pragnienie otoczenia opieką, przytulenia, zapewnienia mu bezpieczeństwa. Trudno przejść obojętnie nad płaczem czy też bólem dziecka. Cierpimy razem z tymi, które dotknięte chorobami i różnymi ograniczeniami nie mogą korzystać z uroków dzieciństwa. Filmy pokazujące kalectwo, niedolę czy też śmierć dziecka oglądamy z kompletem chusteczek, oburzamy się na tych, którzy wyrządzają dzieciom krzywdę i pytamy Pana Boga o to, dlaczego na to pozwala?

Pytanie czysto retoryczne, ale można byłoby również zapytać, dlaczego to my pozwalamy na krzywdę wyrządzaną dzieciom? Dlaczego świat, w którym żyjemy nie jest im przyjazny? Dlaczego w wyniku walk dorosłych giną i cierpią dzieci? Dlaczego krzywdzimy i pozwalamy krzywdzić bezbronnych?

Dawno, dawno temu….

Historia pokazuje, że problematyka dzieciństwa i ochrony praw najmłodszych sięga tak naprawdę niewielu lat wstecz. Dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku przekonanie, że dziecko, jako istota słabsza potrzebuje specjalnej opieki i ochrony przerodziło się w konkretne działanie. Okres średniowiecza naznaczony był bowiem myśleniem i postrzeganiem dziecka jedynie jako „materiału” na dorosłego. W związku z powyższym uważano, że nie wolno traktować dzieci pobłażliwie, a raczej hartować to, co w przyszłości ma zaowocować niezłomnością i siłą, zarówno fizyczną jak i charakteru. Z tego też względu tak opieka jak i wychowanie już w założeniu były bardzo surowe. Dyscyplinowanie dzieci postrzegane było jako jedyna szansa na ukształtowanie pełnowartościowej jednostki ludzkiej. To nie był łatwy czas dla najmłodszych. Brak troski otoczenia, surowe wychowanie i gorsze niż dziś warunki sanitarne owocowały dużą umieralnością wśród dzieci.

Zmiany na tym polu zapoczątkowała mała, zaledwie ośmioletnia dziewczynka. Mary Ellen Wilson z Baltimore regularnie bita przez matkę po pomoc zwróciła się do lokalnego oddziału stowarzyszenia działającego na rzecz przeciwdziałania okrucieństwu wobec zwierząt. Uzyskała ją. Paradoks widoczny na pierwszy rzut oka. Istniały organizacje ratujące zwierzęta, nie istniały natomiast takie, które mogłyby pomóc dzieciom. Historia Mary Ellen zapoczątkowała powstawanie różnego rodzaju stowarzyszeń, których celem stała się ochrona dzieci przed przemocą. Od 1874 roku w samych Stanach Zjednoczonych powstało ich ponad 200. Podjęto walkę zarówno z niewłaściwym traktowaniem nieletnich i wielorakie działania na rzecz ustalenia ich praw oraz zapewnienia godziwych warunków do życia i rozwoju. Zaczęto postrzegać dziecko, jako jednostkę wymagającą szczególnych działań ze strony dorosłych. W niedługim też czasie podjęto działania na rzecz stworzenia odpowiednich aktów prawnych, które miałyby gwarantować dzieciom należne im traktowanie.

Podstawowym dokumentem o charakterze międzynarodowym, jaki powstał w zakresie poszanowania i ochrony praw dziecka jest Deklaracja Praw Dziecka uchwalona przez Zgromadzenie Ogólne Narodów ONZ (20 listopada 1959r.) Była następstwem tzw. Pierwszej deklaracji Praw Dziecka z roku 1924. Mowa w niej zarówno o prawach najmłodszych jak i o obowiązkach dorosłych wobec dzieci. W preambule tego dokumentu istnieje zapis o tym, że dziecko z powodu niedojrzałości fizycznej i umysłowej wymaga szczególnej opieki i troski, a także odpowiedniej opieki prawnej, zarówno po urodzeniu, jaki i przed urodzeniem.

Ze względu na brak możliwości kontroli przestrzegania zasad Deklaracji i jednocześnie konieczność interwencji wobec oczywistego jej łamania, w rocznicę jej uchwalenia powstała Konwencja o Prawach Dziecka (20 listopada 1989). Obydwa te dokumenty wyraźnie mówią o konieczności szczególnego traktowania dzieci. Pokrótce dotyczy to:

– zakazu dyskryminacji dzieci
– prawa dziecka do szczególnej ochrony ustawodawczej
– prawa do nazwiska i obywatelstwa
– gwarancji ubezpieczeń społecznych, systemu opieki medycznej
– priorytetu rodziny w zakresie wychowania i pomocy państwa dla rodzin wielodzietnych
– prawa do nauki bezpłatnej i obowiązkowej przynajmniej w zakresie szkoły podstawowej
– pierwszeństwa dziecka do ochrony i pomocy
– ochrony dziecka przed zaniedbaniem, okrucieństwem i wyzyskiem
– obowiązku wychowania w duchu przyjaźni, tolerancji i pokoju

Zarówno inicjatywa powstania Deklaracji, jaki Konwencji o Prawach Dziecka wyraźnie pokazuje, że utworzenie przepisów zabezpieczających dobro najmłodszych obywateli było problemem wyróżniającym się na tle innych. Czy ich powstanie w wystarczający sposób przyczyniło się jednak do tego, żeby dzieci mogły czuć się bezpieczne i spokojne we współczesnym świecie?

Sytuacja dziecka we współczesnym świecie

Choć w chwili obecnej na całej kuli ziemskiej działa wiele organizacji walczących o prawa dzieci i wydawać by się mogło, że ze względu na wiedzę, doświadczenie czy też ogólny poziom rozwoju wielu państw kwestia opieki nad najmłodszymi czy też zapewnienia im zawartych we wspomnianych dokumentach praw i przywilejów jest oczywista, to jest to niestety bardzo błędne myślenie.
Wystarczy przyjrzeć się mapie świata pod kontem konfliktów zbrojnych i udziału w nich dzieci.

Według Amnesty International ok. 300 tysięcy dzieci na świecie walczy jako żołnierze wcieleni do wojska. Ok. 100 tysięcy w samej Afryce. Dzieci stały się na tym terenie znakiem rozpoznawczym grup rebelianckich. Jedną z nich jest Armia Bożego Oporu, podejmująca partyzanckie walki na terenie północnej Ugandy, południowo-wschodniego Sudanu oraz Kongo. Ruch kierowany przez Josepha Kony siłą porywa i wciela do armii najmłodszych. Pozbawione opieki najbliższych, przerażone podejmują prywatna walkę o przetrwanie. Są oddanymi wojownikami, bo bycie dobrym wojownikiem gwarantuje im przeżycie i zminimalizowanie cierpienia. Daje szanse przeżycia, otrzymania jedzenia, awansu. Bunt nie pomaga – niesie ogromne prawdopodobieństwo stania się ofiarą. Bycie nieletnim rebeliantem hartuje – oducza płaczu, tęsknoty, przywiązywania się do kogokolwiek. Jedną z najokrutniejszych form szkolenia doskonałego i wiernego partyzanta jest zmuszenie go, do wymierzenia kary przyjacielowi. Jeśli umiesz zabić swego przyjaciela – zabijesz każdego. Poddawane próbom, z czasem staja się maszynkami do zabijania. Ta przemyślana taktyka nie tylko niszczy dziecięcą psychikę, ale też okalecza na całe życie. Małoletni zbrodniarz ma nikłe szanse na wejście w normalne życie. Nikłe są też jego szanse na jakąkolwiek pomoc i resocjalizację. Dziecko-zbrodniarz, jeśli samo przeżyje, z czasem stanie się z katem. Bo to, do czego są zmuszane i co muszą oglądać na co dzień, nawet w odruchu samoobrony, znieczula, zobojętnia na ból i cierpienie.

Podobnie sytuacja wygląda w Kolumbii. Kraj ten ogarnięty jest konfliktem zbrojnym od roku 1964. I można byłoby zaryzykować stwierdzenie, że nie pamięta już on innej rzeczywistości niż ta wojenna. Walki pomiędzy rządem a partyzantami i grupami paramilitarnymi okaleczyły niemal każdą rodzinę, skazując dzieci na dorastanie bez najbliższych. Ale to tylko część ich dramatu. Prawdziwy rozgrywa się w konsekwencji wszechobecnej nędzy i braku opieki. Dzieci, jako łatwy łup i jednocześnie „materiał” bardzo plastyczny często dorastają w samym centrum walk. Porywane i siłą wcielane do partyzantki uczą się nie tylko życia z karabinem w dłoni, ale również przeżycia. Inne, szukając sposobu na biedę i pomysłu na przyszłość same szukają „opieki” partyzantów. Raporty są przerażające. Ok. 11 tysięcy partyzantów, to grupa wiekowa poniżej 18 roku życia. Wstrząsający raport organizacji humanitarnej Human Rights Watch „Nauczysz się nie płakać: Dziecięca partyzantka w Kolumbii” na podstawie relacji 112 byłych bojowników pokazuje to, co przeżywają najmłodsi.  Opisy asystowania przy torturach, czy też samodzielnego ich wykonywania, zmuszanie do wykonywania wyroków śmierci na przyjaciołach, picia krwi wroga w celu przezwyciężenia w sobie strachu, zmuszanie do katorżniczej pracy, dziewczynki na usługach komendantów, czy starszych kolegów to tylko fragment ich codzienności. Jak z tym żyją? Jedne próbują uciec, inne giną, a jeszcze inne przyzwyczajają się do okrucieństwa i przyjmują je, jako własny sposób na życie. Dorosłe życie.

Indie – dzieci żebrzące na ulicy, małoletnie dziewczynki sprzedawane za mąż, brak możliwości podjęcia nauki i skazanie na życie bez przyszłości, planów, nadziei…..

Kraje biedy – kilkuletnie dzieci zatrudniane w prywatnych domach do wszelkich prac. Często oddawane przez własnych rodziców, niemogących znaleźć zatrudnienia, niezdolnych do utrzymania rodziny, za własne długi. Trochę starsze wykorzystywane w rolnictwie, przemyśle, kopalniach. Pracują po kilkanaście godzin dziennie, bez możliwości egzekwowania godziwych warunków, za przysłowiową miskę ryżu. Są najtańszą siłą roboczą i najmniej świadomą tego, w jak okrutny sposób wykorzystywaną.

Meksyk, Tajlandia – dziecięca prostytucja, jako niezwykle dochodowy interes. Obrzydliwe świadectwo tego, jak „dorośli” – bo tak naprawdę trudno nazwać zwyrodnialców ludźmi dorosłymi – niszczą dzieci, uprzedmiatawiając je i wykorzystując w najohydniejszy sposób ich niewinność i delikatność.

Działające na całym świecie narkotykowe mafie wciągają dzieci zarówno w wyniszczający nałóg jak i w proceder handlu i przemytu. Najpierw uzależniają, a później za „działkę” oczekują całkowitego poddania się żądaniom. Uzależnione, ubezwłasnowolnione dzieci dla swoich „opiekunów” zrobią wiele.

Te przykłady pochodzą z odległych zakątków świata, ale kraje bogate też mają się czego wstydzić. Wszechobecna pornografia, przemoc dostępna w telewizji, Internecie, grach dla dzieci – do podpatrzenia i ewentualnego zastosowania we własnym młodocianym życiu, wychowywanie bez należytych wzorców, autorytetów, wychowywanie bezstresowo lub „tresowanie” według ambicji rodziców czy też pozostawianie samym sobie to realia niemal każdego środowiska. Czy naprawdę tego chcemy dla naszych dzieci? Jaki będzie dorosły świat dzisiejszych dzieci?

Jak będą żyły ze wspomnieniami morderstwa dokonanego na ich rówieśnikach w szkole Biesłanie gdzie zginęło 156 dzieci czy w szkole w Pakistanie gdzie ich liczba sięgnęła 100? Chwycą za broń z chęcią odwetu czy może zobojętnieją na przemoc?

I na koniec pytanie wypowiedziane przez kilkunastoletniego bohatera reportażu o wojnie w Syrii. Kiedy leżał w szpitalu, potwornie poparzony po ataku bombowym na jego szkołę zapytał: „dlaczego? Kto strzela do dzieci?”

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Kto strzela do dzieci? została wyłączona

Dziewięć miesięcy Adwentu

Adwent okresem postu i wyrzeczeń czy radosnego oczekiwania?

W poprzednich wiekach adwentowi nadawano wymiar bardziej pokutny i ascetyczny. Odmawiano sobie rozrywek, dobrego pożywienia, skupiano się na swego rodzaju ćwiczeniach duchowych, mających prowadzić ku doskonałości w oczekiwaniu na ponowne przyjście Chrystusa. Dziś bardziej chyba koncentrujemy się na organizowaniu przyjęcia wigilijnego i kupowaniu prezentów niż na wymiarze duchowym. Sprzyja temu klimat, jaki towarzyszy naszym przygotowaniom do świąt. Świąteczne piosenki, reklamy, choinkowe ozdoby i wystawy sklepowe pełne mikołajków, aniołków, świeczek i brokatu zachęcają
do kupowania, poddania się pewnej magii, budowania nastroju, ale jednocześnie odbierają
w pewnym sensie treść, jaką niesie ze sobą ten czas.

Jak więc przeżywać okres adwentu – poddać się ogólnemu zamieszaniu związanemu z szałem przygotowań porządkowo – zakupowych, czy pozwolić sobie na więcej skupienia na samej jego istocie?

Czasami, żeby zrozumieć to, co najważniejsze trzeba znaleźć jakąś analogię. Mnie pomógł ją dostrzec mój przyjaciel, człowiek niezwykle wrażliwy i umiejący w prosty sposób wskazać to, co naprawdę ważne. Pokazał mi jak bardzo adwent przypomina czas, w którym matka przez dziewięć kolejnych miesięcy przygotowuje się na spotkanie ze swoim dzieckiem.
Czy jest to czas radości, czy wyrzeczeń? Pierwszą odpowiedzią, jaka się nasuwa jest ta, że oczywiście jest to czas radości. I to szczególnej, bo przepełnionej miłością i tęsknotą nie za tym, co było, ale za tym, co ma dopiero nadejść. Towarzyszy jej budowanie wyobrażeń o tym, jak to będzie, kiedy pierwszy raz będzie można wziąć maleństwo na ręce, zobaczyć jego pierwszy uśmiech, pierwszy krok, usłyszeć pierwsze słowo. Po prostu cieszyć się jego obecnością. Każdy dzień, to dojrzewanie do tego spotkania i budowanie niezwyklej więzi.
To nadzieja na to, że dojdzie do cudu narodzin. To radość oczekiwania i przygotowań zewnętrznych i wewnętrznych.

Każda matka wie, jak wiele umiałaby poświęcić po to, by stworzyć dla własnego dziecka jak najlepszy świat, dać mu wszystko to, co najkorzystniejsze dla jego rozwoju. I niejedna poświęca. Rezygnuje z dotychczasowego trybu życia, przyzwyczajeń. Podejmuje wyzwania związane ze zmianą diety, porzuceniem palenia, wycisza się i żyje tak, żeby w jak najmniejszym stopniu nie zaszkodzić cudowi, jaki się w niej rozwija.

Bywa i tak, że wyrzeczenia te przybierają formę całkowitego poświęcenia się w imię dobra nienarodzonego dziecka. Wiążą się z rezygnacją z pracy, koniecznością spędzenia wielu miesięcy w szpitalu. Ale to wszystko nie jest tak naprawdę postrzegane, jako wyrzeczenie. Każdej takiej decyzji, czy wyborowi towarzyszy świadomość, że warto, że po prostu
nie można inaczej.

W pewnym momencie przychodzi też czas na przygotowanie miejsca dla oczekiwanego dziecka, na zbudowanie mu malutkiego świata składającego się z łóżeczka, wózka, kolorowych zabawek a może i nawet z własnego pokoiku. Tu też rodzice są skłonni wiele poświęcić, odmawiając sobie różnych rzeczy po to, by stworzyć dziecku bezpieczny, szczęśliwy świat. Teraz najważniejszy jest ten mały człowieczek, na którego przyjście czekają. To on będzie centrum ich świata i jemu poświęcą swój czas i każdą myśl. Wszystko z miłości do niego.

Taki sam jest adwent. Jest czasem oczekiwania na cud narodzin, jednocześnie będący czasem przygotowania po to, by radość mogła być jeszcze większa.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Dziewięć miesięcy Adwentu została wyłączona

Podsłuchałam

Rozmowa mamy i pięciolatka

Mama: wiesz, ksiądz to taki zwykły, normalny człowiek. On po prostu wybrał taką drogę. Ty też kiedyś możesz zostać księdzem.

Syn: Nie chcę, ja chcę zostać strażakiem.

Mama: To wspaniale, jeśli taki jest twój plan. A wiesz jak to się nazywa? Powołanie. Każdy z nas kiedyś odkrywa powołanie i wtedy decyduje co chce robić, kim chce być.

Niewiele, kilka krótkich zdań, a mnie uskrzydliły. Dlaczego? Bo są jeszcze rodzice, którzy umieją rozmawiać ze swoimi dziećmi. I ta przypadkowo zasłyszana rozmowa zaleczyła troszkę ranę z innego obrazka, kiedy pewna mama przez siedem godzin podróży autobusem poświęciła swojemu dziecku (w bardzo podobnym wieku) ok. pół godziny uwagi. Warcząc na niego.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Podsłuchałam została wyłączona

Sierpniowe wędrowanie

Sierpień to miesiąc ożywionego ruchu pielgrzymkowego. Z każdego niemal zakątka wyruszają pątnicy, by dotrzeć do cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Szacuje się, że tych pielgrzymich szlaków jest ok. 55 i przemierza nimi ok. 40 grup diecezjalnych i kilkadziesiąt regionalnych. Roczna liczba pielgrzymów to ok. 250 tysięcy, natomiast w samym tylko sierpniu ok. 100 tys. Wędrują od kilku do kilkunastu dni. Najczęściej jest to trasa w jedną stronę, do celu lub tak jak w przypadku pielgrzymki kaliskiej, której początek sięga 1637 roku – w obydwie strony.
Najwięcej pątników przybywa do Częstochowy na uroczystości związane z Wniebowzięciem Najświętszej Maryi Panny, zwane również świętem Matki Bożej Zielnej (15.VIII) oraz na święto Matki Bożej Częstochowskiej (26. VIII).
Czym jest takie pielgrzymowanie? Z definicji jest to wędrówka podjęta z motywów religijnych do miejsca, gdzie znajduje się objęte publicznym kultem sanktuarium.

Za początek pielgrzymowania przyjmuje się II wiek n.e., kiedy to pieszo pokonywano drogę do Jerozolimy, a później w III wieku do Rzymu, do grobów męczenników za wiarę
i do relikwii z nimi związanych. Od późnego średniowiecza taką popularną trasą pielgrzymowania stał się szlak św. Jakuba i cel, jakim jest Santiago de Compostela
w Hiszpanii.
Jednak nasze narodowe pielgrzymowanie na Jasną Górę również ma swoją historię i bogate tradycje. Można byłoby nawet powiedzieć, że jest pewnego rodzaju fenomenem polskiego katolicyzmu. Przetrwało bowiem niejedną zawieruchę, prześladowania, zabory, dwie wojny
i czas, kiedy w okresie powojennym usiłowano wykorzenić tę formę czci niesionej Matce Bożej poprzez administracyjne zakazy i szykany.
A wszystko zaczęło się w roku 1434, kiedy to na pielgrzymi szlak ruszyli wierni, żeby przenieść z Krakowa do Częstochowy cudowny obraz, odrestaurowany po zniszczeniach, jakim uległ w czasie napadu rabunkowego. Przyjmuje się, że była to pierwsza zorganizowana piesza pielgrzymka.
Od tego momentu stale przybywało pątników i pielgrzymich szlaków. Ludzie zanosili
do Matki Bożej swoje troski i prośby, ale również podziękowania za powrót do zdrowia, nawrócenie, czy też cudowne ocalenie. Tak właśnie było w przypadku pielgrzymki, jaka wyszła z Warszawy 6 sierpnia 1711 roku. Jej inicjatorem był przeor warszawskiego klasztoru paulinów o. Innocenty Pokorski. Z jego błogosławieństwem na szlak wyruszyli członkowie Arcybractwa Pięciorańskiego po to, by podziękować Najświętszej Panience za ustąpienie trwającej w od kilku lat w Warszawie epidemii tyfusu plamistego.
W tym roku Piesza Pielgrzymka Warszawska obchodzi swoje 300-lecie nieprzerwanego, corocznego wędrowania. /ten tekst napisałam w 2011 roku :) więc teraz warszawska ma już 303 lata :)/

Ale pielgrzymka to nie tylko wspólne podążanie do miejsca uświęconego. Gdyby tak było, wielu osobom z pewnością nie udałoby się pokonanie jej trudów, deszczu i zimna
lub przeciwnie – żaru lejącego się z nieba, pęcherzy na nogach, asfaltówki (uczulenia na kurz i asfalt), spartańskich warunków noclegowych i wielu innych niedogodności, które
w niektórych momentach faktycznie wydają się problemami „nie do przejścia”. To nie jest łatwa droga, ale ci, którzy wędrując wypraszają łaski, dziękują za te już otrzymane
lub po prostu poświęcają swój czas na te swoiste rekolekcje w drodze pokrzepieni świadectwami innych, ubogaceni ewangelizacją i naładowani pozytywną energią łatwiej znoszą trudy dnia codziennego i z roku na rok powracają na pielgrzymi szlak.
Jeśli chodzi o strukturę grup pielgrzymkowych, to można powiedzieć, że jest ona mocno zróżnicowana zarówno pod względem społecznym, jak i wiekowym. Jest to na dobrą sprawę pełen przekrój naszego społeczeństwa. Można tu spotkać przedstawicieli wszystkich zawodów. Obok profesorów wędrują ich studenci, babcie prowadzą swoje wnuki. Pielgrzymują całe rodziny, tworząc swoiste trzony danej wspólnoty pielgrzymkowej, bo wiadomo, że za rok znów wrócą na ten sam szlak. Ciekawostką natomiast tego naszego fenomenu jest duże zaangażowanie pielgrzymów z innych krajów.

Warto jeszcze wspomnieć o licznej grupie osób, które towarzyszą „zwykłym” pielgrzymom, dbając o bezpieczeństwo i stronę organizacyjną. Są wśród nich kapłani, klerycy i siostry zakonne, służby medyczne, porządkowi, kwatermistrzowie, bagażowi i ludzie dbający
o porządek po przejściu grup. A obok nich wszyscy ci, którzy z otwartością serca przyjmują pielgrzymów pod swój dach, zapewniając im noclegi i częstując posiłkami.

Poza trasą pozostaje natomiast jeszcze jedna grupa, która wspiera pątników w trochę innym wymiarze. Są to pielgrzymi duchowi – osoby, które z różnych względów same nie mogą podjąć się trudu codziennego marszu. Wspierają jednak wędrowców swoją modlitwą, podejmowanymi wyrzeczeniami lub ofiarowując swoje cierpienie w ich intencji. Są to modlitwy indywidualne lub prowadzone przez kapłanów, w kościołach. Ta więź umacniana jest poprzez pisemne deklaracje uczestnictwa w duchowym pielgrzymowaniu, możliwość korzystania z konferencji i rozważań udostępnianych na stronach internetowych oraz przez wspólne modlitwy z pielgrzymami pieszymi dzięki audycjom radiowym, nadawanym na żywo, prosto ze szlaku. Formą podziękowania za to wsparcie jest natomiast możliwość zaniesienia na Jasną Górę intencji wszystkich tych osób, które pielgrzymują tylko w wymiarze duchowym.

Jak widać mimo upływu lat pielgrzymowanie nie traci na swojej wartości. Wciąż przyciąga wiernych, pozwalając przeżyć im niezapomniany czas i dając możliwość budowania siły zarówno tej duchowej, jak i fizycznej. Uczy też kultury bycia z ludźmi i dla ludzi, co wydaje się być wartością samą w sobie.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Sierpniowe wędrowanie została wyłączona

Ratuj mnie!

Dzisiejsza ewangelia:

„…….Na to odezwał się Piotr: Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie! A On rzekł: Przyjdź! Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: Panie, ratuj mnie! Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: Czemu zwątpiłeś, małej wiary?….”

Dałeś mi wiarę, żebym mogła stąpać po wodzie. Dałeś mi siłę, żebym mogła góry przenosić. Wezwałeś mnie dając gwarancję, że z Tobą mogę wszystko. Tylko, że ja, tak jak Piotr często wątpię, chcę iść do Ciebie, ale upadam. Nawet mały wiatr jest w stanie mnie przestraszyć. Topię się i wołam jak Piotr: „Ratuj!”.

Pozwól mi proszę wierzyć, że z Tobą mogę wszystko. I nie pozwól mi zwątpić w to,
że zawsze będziesz w pobliżu, żeby podać mi silną dłoń….

Przepiękna ewangelia. I mam wrażenie, ze dopiero dzisiaj ją odkryłam 🙁

 

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Ratuj mnie! została wyłączona

Krajobraz z kościołem w tle

Dużo czasu spędzam w podróży. Podczas pokonywania wielokilometrowych tras mam możliwość zatrzymania się w zachwycie nad tym, co widzę. Z każdą podróżą i z każdą niemal chwilą moje zauroczenie wzrasta. Piękny jest nasz kraj.

Poranne mgły przysłaniające pagórki i wypełniające doliny, zakola rzek, stateczne jeziora, ukwiecone łąki, pola porośnięte zbożami, cudowne barwne owocowe sady. Bogactwo kolorów, przepych różnorodności miast, miasteczek, wiosek. Nie umiem opisać tego wszystkiego, co widzą oczy i uczuć, które rodzą się wtedy w sercu. Brakuje mi słów.
I tak trwam w zauroczeniu. Ale gdy gdzieś podczas podróży spotykam kościoły, moje uczucia nabierają jeszcze większej mocy. Wyrastające na niewielkich wzgórzach, ukrywające się w cieniu drzew, z wieżami górującymi nad najbliższą okolicą… Małe i duże, stare i nowe, kamienne i drewniane. Wszystkie majestatyczne i mimo wzniosłości budowli jakieś takie pokorne, ciche. Ich widok uspakaja i umacnia, daje poczucie bezpieczeństwa, stałości, trwałości. Są częścią naszego świata. Dają szansę zatrzymania się, wyciszenia, bycia bliżej Boga. Dają ukojenie. Pozwalają „złapać” oddech w naszej codzienności, mają w sobie jakąś niebywałą siłę i gwarancję tego, że będą na nas czekały.

Czy aby na pewno, czy będą czekać zawsze? Przyszło mi do głowy pytanie, co stałoby się, gdyby nagle, w ciągu jednej chwili ktoś zabrał nam wszystkie świątynie? Czy potrafilibyśmy żyć tak jak dziś żyjemy? Gdyby brakło tego spokoju, który milcząco towarzyszy naszej codzienności, czy bylibyśmy na tyle silni, żeby nie pogubić się w tym świecie?

Wydarzenia ostatnich tygodni – prześladowania chrześcijan w Iraku, narzucany im nakaz przejścia na islam lub wieczna banicja, exodus w poszukiwaniu schronienia, palenie
i bezczeszczenie kościołów to przecież tylko ułamek tego, co serwuje się chrześcijanom we współczesnym „tolerancyjnym” i wymagającym tolerancji świecie. O ile więcej jest takich miejsc, gdzie bycie chrześcijaninem to trud bycia naznaczonym, gorszym, wygnańcem, prześladowanym? Syria, Korea Północna, Nigeria, Pakistan, Kolumbia, Uganda to miejsca, choć przecież nie wszystkie, gdzie kościołom nie daje się prawa wpisania się w krajobraz.

Dziś jeszcze nasze kościoły mogą być dla nas ostoją i opoką. Ale czy będą trwać zawsze
i czy ich cicha obecność nie powinna być treścią codziennej wdzięczności?

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Krajobraz z kościołem w tle została wyłączona

Znak

Byłam uczestnikiem turnusu rehabilitacyjnego. Dwadzieścia cztery dni spędzone w gronie zupełnie przypadkowych osób. Każda z nich inna, z różnym bagażem doświadczeń, upodobań, przyzwyczajeń i poglądów na życie. Taki polski mishmash. Doskonałe pole do obserwacji ludzkich zachowań. Skorzystałam z tego i z upodobaniem śledziłam jak powoli wszyscy razem i każdy z osobna odkrywamy karty. Doprawdy ciekawe, jak jesteśmy nieprawdziwi w naszych zachowaniach….
Ale właściwie nie o tym chciałam napisać. Chciałam natomiast podzielić się obserwacją poczynioną w węższym gronie – towarzyszy moich śniadań, obiadów i kolacji. Skład mieszany, czterech mężczyzn i cztery kobiety. W tym siostra zakonna. Początkowo milcząca i jakby nieobecna. Z czasem okazała się osobą otwartą i niezwykle sympatyczną. Każdy posiłek rozpoczynała od znaku krzyża i krótkiej, cichej modlitwy. Tak samo kończyła. Jej zachowanie było oczywistym świadectwem, ale jakoś poruszyło mnie to, że była w tym sama.
Muszę tu uderzyć się w pierś. Nie umiem wytłumaczyć samej sobie, dlaczego nie umiałam postąpić tak samo. Wstyd mi. Ale z czasem zaczęło coś pękać. Nie tylko we mnie. Postawa Siostry, jej świadectwo dodały nam odwagi. Najpierw ukradkiem, potem coraz śmielej zaczęliśmy do niej dołączać. Śmielsze stawało się też codzienne poranne „Szczęść Boże”.
Dziwne, ale przypominając sobie to wszystko myślę także o pierwszych chrześcijanach, którzy z lęku przez prześladowaniami nie ujawniali się światu, a jedynie ukradkiem kreślili na piasku znak ryby.
Dzisiaj nie musimy się bać, a mimo to czekamy na znak. W jakimś nieuzasadnionym lęku boimy się ujawnić z naszymi poglądami i wiarą. Ot, taka smutna refleksja.

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Znak została wyłączona

Szara Królewna

Pan Bóg stworzył mnie z miłości i z miłością. Uczynił mnie na swój obraz i podobieństwo.
A ja patrząc w lustro dostrzegam….  no właśnie, co? Nie wiem. Ale nie patrzę z zachwytem, nie uśmiecham się do tego odbicia. Zerkam tylko szukając tego, co należy poprawić.
Może włosy, może ubranie? Wygładzam, przyczesuję, zmieniam. Odwracam wzrok
i właściwie bez akceptacji zgadzam się na to, co nie zachwyca. Na szarość i nijakość.
Tak to widzę. Tak postrzegam siebie – bez fajerwerków.

Nie jestem zdruzgotana sobą. Nie płaczę i nie użalam się nad sobą. Nie pragnę być ideałem. Przyjęłam kiedyś i nadal, dzień po dniu przyjmuję ten obraz siebie, który widzę w lustrze. Nie zachwyca mnie, ale umiem z nim żyć. Bo przecież to Ja. Nic nie zmienię, bo taka już jestem. Trochę z przekorą myślę i powtarzam – „Taką mnie Panie Boże stworzyłeś, to taką masz”.

Tylko jaką? Przecież wiem, że stworzyłeś mnie Panie Boże na swój obraz, na swoje podobieństwo. Jestem dzieckiem bożym. Jestem królewskim dzieckiem. Jestem Królewną. Dlaczego tego nie dostrzegam?

Przecież zostałam naznaczona tą godnością, która powinna powodować, że patrząc w lustro jestem dumna z tego, jaka jestem. I powinnam dziękować Bogu za to, że uczynił mnie na swój obraz i podobieństwo. W jego oczach nie jestem szara i nijaka. Jestem piękna. Co mam zrobić, żeby to czuć, żeby o tym pamiętać?

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Szara Królewna została wyłączona

Darami mnie ubogać

Modlimy się o dary, łaski, błogosławieństwa. Wierzymy, że dzięki nim wszystko się zmieni jak za dotknięciem bajkowej czarodziejskiej różdżki. Świat będzie piękniejszy a życie łatwiejsze. Tylko nas Boże ubogać! Daj to, o co prosimy. A jak dasz, to będziemy lepsi, mądrzejsi, bardziej wierzący….

Boże dary postrzegamy jak cuda, które powinny się „zadziać” niemal natychmiast po naszym cichym lub głośnym „Boże wysłuchaj, daj”.
Tak same z siebie. Dlatego wciąż czekamy, zakładamy nogę na nogę i raz po raz tracąc cierpliwość pytamy o to, dlaczego jeszcze nie wysłuchał.

Bóg wysłuchuje. Rozdaje prezenty na prawo i lewo, ubogaca łaskami dzień po dniu, bezinteresownie. Ale dary same z siebie nie są sprawcze. Żaden dar nie zaowocuje, jeśli nie będzie wykorzystany. Więc jeśli dostałeś miłość, to ją mnóż. Tylko wtedy poczujesz ile jej
w sobie masz. Jeśli mądrość – podziel się nią. Jeśli piękny głos – pozwól innym zachwycić się nim.  Bóg każdemu coś dał i daje, trzeba tylko odnaleźć to w sobie i dzień po dniu rozwijać.

Jak tę prawdę przełożyć na język praktyczny? Żaden prezent, który bezużytecznie leży
w kącie nie daje radości. Jeśli pragnąłeś zostać pianistą i otrzymałeś wymarzony instrument, to zacznij na nim grać. Ćwicz, próbuj, ucz się krok po kroku i nie poddawaj się. Dopiero wtedy rozwiniesz skrzydła. Jeśli chciałeś nauczyć się jeździć na nartach, to nie odstawiaj ich w kąt. Wtedy bowiem radość z prezentu będzie chwilowa. Dar stanie się bezużyteczny i szybko o nim zapomnisz.
Żadna książka, żaden kurs nikogo nie nauczył języka obcego, jeśli nie został podjęty trud działania.

To takie oczywiste. Dlaczego więc nie odkryłam tego wcześniej? Chyba wiem, dlaczego :). Ktoś inny otrzymał od Pana wielki dar jasnego spojrzenia i mądrości, która pozwala oświecać innych. I temu Komuś bardzo dziękuję za to, że chce nam pomagać odkrywać te prawdy, których nie umiemy dostrzec.

Dzięki Krzysiu 🙂

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Darami mnie ubogać została wyłączona

Uczę się słyszeć

Moje życie jest oczekiwaniem. Błądzeniem i poszukiwaniem prawdy, drogowskazów i odpowiedzi. Pytaniem o kierunek i o to jak mam żyć. Jest wołaniem, żebyś mi pomógł. Tupaniem nogą, żeby stało się to tu i teraz. Niepokojem o to, czy rozpoznam Twój głos.
Moje życie jest prośbą …..

„Mów do mnie Panie, Chcę słyszeć Cię
Przyjąć od Ciebie, co masz dla mnie”

Tyle razy prosiłam i nadsłuchiwałam odpowiedzi. Słuchałam, ale wciąż nie słyszałam. Twoje słowa „przelatywały” obok mnie zostawiając powierzchowne wrażenia. Gdybyś wtedy powiedział mi, że przecież mówisz, to wykłócałabym się z Tobą. Przecież słucham a jednak nie słyszę! Co prawda wiem, że mówisz. Ale mówisz ogólnie, do wszystkich. A ja chcę żebyś mówił do mnie! Chcę słyszeć Cię!
Mówiłeś. Dziś wiem, że mówiłeś cały czas. A ja słuchając nie słyszałam, bo żeby słyszeć potrzeba NAPRAWDĘ chcieć usłyszeć. Chyba nawet bardziej sercem niż uszami.
Zaczęłam prosić, żebyś nauczył mnie słuchać, widzieć i czuć – tak po Twojemu. Czekałam na cud. Na to, że przyjdziesz jak huragan, z siłą i mocą powiesz „niech się stanie”. I usłyszę Twój głos skierowany bezpośrednio do mnie, pełen wskazówek jak żyć i pocieszeń dla moich smutków. Takie nasze tete-a-tete.

„W lekkim powiewie przychodzisz do mnie Panie.
   Nie przez wicher ogromny i nie przez ogień,
   Ale w lekkim powiewie przychodzisz do mnie
   W lekkim powiewie nawiedzasz duszę mą”

Doczekałeś tego momentu, kiedy moje pragnienie Twojej bliskości i mądrości aż bolało.
I przyszedłeś, a właściwie przychodzisz cały czas. Nie tak jak oczekiwałam, ale delikatnie, jak lekki powiew wiatru. I zrozumiałam, że w swej mądrości nie chciałeś się wcześniej narzucać. Czekałeś na moje „tak” wypowiedziane sercem, na „chcę” całą duszą, na szczere zaproszenie.
W swej mądrości pozwoliłeś mi bardzo zapragnąć Ciebie.
Powoli zaczęłam słyszeć, czuć. Twoje słowa, Twoją obecność. Były łzy, było ciepło, które przenika. Ale był tez cud. Cud który się dzieje. Jest nim odkrycie tego, że nic nowego mi już nie powiesz. Wszystko zostało powiedziane i spisane. Muszę tylko wciąż od nowa wracać do tych kart, które niosą Twoje słowa. Tam są zapisane wszystkie odpowiedzi na moje pytania. Cudem jest dla mnie to, że sercem odkryłam tę prawdę. Prawdę o niesamowitej, nieogarniętej mądrości, która jest, była i będzie odpowiedzią na każde moje pytanie. Znajdę ją. Tylko muszę chcieć słyszeć. Skąd Panie wiedziałeś, że będę o to wszystko pytać?

Bo kiedy serce zapragnie, otwiera wszystkie zmysły ……

Zaszufladkowano do kategorii krok po kroku, czyli wszystkie wpisy | Możliwość komentowania Uczę się słyszeć została wyłączona